Witold Modzelewski

Witold Modzelewski

W dwudziestym wieku nauczyliśmy się dzielić epoki na „przedwojnia”, „międzywojnia” i „powojnia”. Ówczesne międzywojnie trwało bardzo krótko (21 lat), skończyło się jeszcze większą katastrofą niż poprzednie. Dopiero druga z wielkich wojen, wyniszczająca i degradująca, a w zasadzie likwidująca „Wielkie Niemcy”, dała nam długi czas „powojenny”, który trwa już ponad sześćdziesiąt lat, co jak na realia europejskie jest czymś zupełnie wyjątkowym. Nasza, polska państwowość utworzona u zarania tej epoki, przetrwała bez istotnych wstrząsów i strat terytorialnych do dziś i ma szansę na kolejne dziesięciolecia, a obecne „powojnie” nie przekształci się w „międzywojnie”, bo… wojny w tym regionie świata nie będzie. Dlaczego? Odpowiedź wynika z oceny istotności trzech czynników, które w tej części świata mogą niszczyć nasz konflikt.

Pierwszym z nich są Niemcy, które w zeszłym wieku wywołały i przegrały wszystkie istotne wojny. Obecna Polska została ukształtowana jako państwo antyniemieckie, osłabiające i przywracające naturalny stan wielości państw niemieckich. Ich zjednoczenie w 1871 r. było największym i najkrwawszym błędem Europy. Co prawda podjęto już w naszych czasach częściowo udaną próbę odtworzenia (prawie) Wielkich Niemiec, które jednak z wielu przyczyn (na razie) nie wrócą do tej destrukcyjnej (dla innych i siebie) roli. „Wielkie Niemcy” były najistotniejszym twórcą naszej międzywojennej, bardzo nietrwałej państwowości, a od lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku wróciły do projektu Mitteleuropy, przywracając swoją hegemonię na najszerszym historycznie wariancie. Ale dziś są one państwem konserwującym status quo, a nie rewizjonistycznym – jak w „międzywojniu”, co przecież oznacza, że wspólna polityka z rewizjonistyczną Rosją nie ma większych szans. Gdyby nasi politycy choć trochę nadawali się do międzynarodowej roli, to wykorzystywaliby ten atut, uzyskując korzyści od obu stron. Na razie podporządkowujemy się do cna niemieckim interesom, ale to też jest jakimś pomysłem na naszą małą stabilizację. Dopóki w Berlinie, podobnie jak w Polsce, będzie rządzić kolejne pokolenie „powojennych” polityków, nie grozi nam niemiecka agresja (nie muszą zdobywać tego, co już mają ekonomicznie i politycznie). Każdy, kto broni status quo, mając więcej niż jest w stanie obronić, prowadzi politykę pokojową.

Drugim czynnikiem jest rewizjonistyczna Rosja, która cofnęła się do rozmiarów siedemnastowiecznego Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (czasy Aleksego Michajłowicza Romanowa). Oczywiście, wbrew powtarzanym w Polsce bredniom, nie chce ona „przywrócić” Związku Radzieckiego ani tym bardziej uniwersalistycznego imperium czasów Aleksandra Pawłowicza, bo to zupełnie przebrzmiałe i martwe wzorce. Rosja odradza się w wersji nacjonalistycznej, bardziej moskiewskiej niż petersburskiej, chce odzyskać wpływy w „kanonicznych” ziemiach ruskich, które w niemieckiej wersji Mitteleuropy stanowią odrębne, antyrosyjskie państwa. Dotyczy to głównie obecnej Białorusi i Ukrainy, a może jeszcze Estonii (rosyjska większość), ale nie Litwy, a na pewno już nie Polski.

Nawet Związek Radziecki nie chciał popełnić carskiego błędu formalnego przyłączenia do swojego państwa ziem etnicznej Polski i sądzę, że również dziś w Moskwie nie ma i nie będzie takich planów. Dopóki Rosja z lepszym lub gorszym skutkiem będzie odbudowywać swoje wpływy na „kanonicznych” ziemiach „Świętej Rusi”, a to może jeszcze potrwać długo i z niewiadomym skutkiem, to my możemy spać spokojnie. Żadne wojny z Rosją nam nie grożą, zresztą i nie groziły również w niedawnej przeszłości. Obyśmy tylko pozbyli się szkodliwej misji bezinteresownego „obrońcy niepodległości” państw wschodniej Mitteleuropy, bo nic na tym nie zyskujemy, a tracimy ekonomicznie i politycznie zbyt dużo. Powinniśmy robić z Rosją interesy, zarabiać na ich rynku, bo w czasie pokoju liczą się tylko ci, co mają pieniądze.

Wreszcie trzeci, choć dość odległy gracz na europejskiej scenie, czyli Stany Zjednoczone Donalda Trumpa. Tu zmienia się najwięcej. W Ameryce chyba definitywnie kończy się ich „powojnie”, które wykreowało to państwo dla roli światowego lidera. Warto przypomnieć, że ani w dziewiętnastym wieku, ani tym bardziej w międzywojniu państwo to nie było „światowym przywódcą”. Donald Trump zupełnie przecież nie pasuje do tej wizji: jego polityką są interesy, a on ma zamiar chronić interesy Ameryki, jej gospodarkę i odbudować przemysł w tym kraju, bo na globalizacji, „wolnym handlu” i innych postzimnowojennych pomysłach amerykański biznes na pewno dużo zarobił, ale koszty tego poniósł obywatel, który nie ma roboty i żadnych perspektyw. Powstała nowa wersja pasożytniczego kapitalizmu, przenosząca centra produkcyjne do państw azjatyckich, historycznie osłabił Amerykę, która ma pieniądze, ale towary musi kupować od innych (nonsens). Pod tym względem diagnoza nowego prezydenta jest trafna, bo w gospodarce liczą się – jak świat światem – tylko ci, którzy u siebie produkują towary (przemysłowe lub surowce, a najlepiej jedne i drugie).

Aby przemysł wrócił do amerykańskich miast, dał pracę – czyli zajął w ciągu dnia miliony wyborców, trzeba zmienić wiele, co zresztą nastąpi. Nie chcę formułować efektownych tez, ale ostatnie wybory w USA prawdopodobnie definitywnie zakończyły nie tylko postzimnowewnętrzną epokę (lata 1991-2017), lecz również amerykańską wersję czasów „powojennych”. Nie trzeba być nadto przenikliwym obserwatorem, żeby stwierdzić, że wszyscy obrońcy (również naszego) status quo bardzo boją się przyszłości i nie ukrywają swojego strachu. Słusznie? W pewnym sensie tak, bo zglobalizowany politycznie i zdominowany przez Stany Zjednoczone świat nie okazał się korzystny dla tego państwa, które straciło istotną część swoich realnych aktywów, czyli przemysłu. W tym świecie inni bogacili się kosztem Ameryki, tworzyli nie tylko konkurencyjną gospodarkę, ale również niezależne związki państw, czego najlepszym przykładem jest właśnie Unia Europejska. Ten związek państw chce uchodzić za trzeciego gospodarczego gracza w świecie (obok USA i Chin), chroni swój „wspólny rynek”, eliminując amerykańską produkcję. Czy tak wygląda sukces z perspektywy Waszyngtonu?

Minione ćwierćwiecze wykreowało przede wszystkim najważniejszego przeciwnika – światową potęgę gospodarczą – Chiny, które są już albo prawdopodobnie będą większą gospodarką od amerykańskiej. Stany Zjednoczone potrzebują rozwoju realnej gospodarki, wielkich zamówień i nowych rynków zbytu, aby zrealizować politycznie i ekonomicznie wizje nowego prezydenta. Jest jeden kraj, który może zaoferować te możliwości, a jego interesy nie są tu przeciwstawne. Kto? Wiadomo – Rosja. Jeżeli głównym strategicznym partnerem reindustrializacji Ameryki będzie Rosja (możliwy wariant), to my powinniśmy zacząć myśleć, jak będzie wyglądać (już wygląda?) nasz polski świat, bo jesteśmy dzieckiem innej, przemijającej już dla Ameryki epoki.

Dlaczego nic nam nie daje do myślenia fakt, że sprowadzone na nasze terytorium w ostatniej chwili obce wojska, które (jakoby) mają nas bronić przed „rosyjską agresją”, są na naszej zachodniej granicy, a dokładnie na terenach należących do 1945 r. do „Wielkich Niemiec”?

Sądzę, że Ameryka nie chciała w przeszłości i nie chce dziś konfliktu z Rosją, a jej bezinteresowna chęć obrony istniejącego status quo jest już tylko częścią mitu założycielskiego III RP. Pora zacząć szukać koncepcji polskiej polityki w świecie rządzonym przez Donalda Trumpa. Kluczem do zrozumienia naszej przyszłości nie może być jednak strach przed wyimaginowaną „agresją rosyjską”, której ma jakoby zapobiec (rotacyjna) obecność amerykańskiej brygady na naszych zachodnich rubieżach.

Witold Modzelewski

sobota, 20 sierpień 2016 14:43

Doktryna Kaczyńskiego

Może zacznę od pytania: czy nasz kraj, a zwłaszcza polskie rządy, mają jakąś własną doktrynę stosunków polsko-rosyjskich? Zapewne zadaję pytanie niezręczne lub wręcz niepotrzebne, gdyż trudno znaleźć spójną wizję naszej polityki wobec innych ważnych lub mniej ważnych państw, to dlaczego akurat tu mamy się wykazać jakąś oryginalną koncepcją.

Jeszcze do niedawna „nową ideą” prezentowaną publicznie na jednej z konferencji przez prominentnych przedstawicieli klasy politycznej była „dalsza pełna integracja z Unią Europejską”; nikt nie dopuszczał nawet myśli, że Brytyjczycy opowiedzą się za wystąpieniem z tej struktury, mimo że kryzys tej organizacji był już widoczny prawie dla każdego.

Analizując wypowiedzi oraz niektóre działania polskich rządów w ciągu ostatnich lat, można dostrzec tylko dwie tezy, które mają istotne znaczenie w relacjach z Rosją. Pierwsza dotyczy uniezależnienia się od dostaw surowców energetycznych z tego kraju, druga zakłada istnienie stanu wojny między Rosją a Ukrainą („agresja rosyjska”), co ma nas jakoby zobowiązywać do bezwarunkowego poparcia dla obecnych rządów w Kijowie. Ta druga teza, uznawana za pewnik, ma potwierdzić konieczność „wzmocnienia” wschodniej flanki NATO, bo istnieje, zdaniem autorów tej diagnozy, bezpośrednie zagrożenie militarne ze strony Rosji, która chce „reaktywować ZSRR”. Jesteśmy więc jakoby państwem frontowym, które musi okopać się, sprowadzić na swoje terytorium obce wojska, w tym Bundeswehrę, co ma wzmocnić nasze bezpieczeństwo, będące w stanie głębokiego zagrożenia.

(...)

Czy Polska wymaga naprawy? Pytanie w istocie nie ma sensu; gdy rozumiemy pod pojęciem „Polski” naszą państwowość – jej instytucje, prawo, a przede wszystkim ustrój, to proces naprawy musi być czynnością codzienną. Dlaczego? Bo legislacja, administracja rządowa, sądownictwo, organy władzy, samorząd terytorialny wymagają – jak każdy twór ludzki – ciągłej konserwacji i napraw, zwłaszcza gdy jest często wykorzystywany przez tak niewprawnych – jak w naszej klasie politycznej – ludzi.

Oczywiście na wstępie muszę zastrzec, że nie mam zamiaru ani bezpośrednio, ani pośrednio nikogo straszyć. Boimy się już (trochę) masowej (choć mało prawdopodobnej) inwazji do Polski muzułmańskich imigrantów z Bliskiego Wschodu, a w duchu odczuwamy niezbyt budujące schadenfreude w związku z postępującą islamizacją naszych zachodnich sąsiadów: mimo nachalnej propagandy ostatnich 25 lat jakoś nie polubiliśmy Niemców jako „wypróbowanych przyjaciół polskości”, Słowian, a zwłaszcza Żydów.

Nie boimy się również rządów Putina i jego urojonych prób „reaktywacji Związku Sowieckiego” czy też „prosowieckiego imperium”. Tu też oficjalna propaganda raczej nie święci sukcesów. Dlaczego? Bo my lepiej wiemy niż nasi i obcy sowietolodzy, że bolszewizm, tworzący w przeszłości nie tylko państwo sowieckie, ale i „obóz socjalistyczny”, był wrogiem i katem Rosji – i bez pieniędzy z Zachodu, a zwłaszcza Niemiec i Ameryki, nigdy by nie zdobył i nie utrzymał tam władzy. A dziś nie pozostało po tym państwie nic ważnego, a nostalgia za sierpem i młotem łączy tylko dożywających swoich lat postradzieckich emerytów.

Czy w związku z tym mamy się obawiać wypadków oraz procesów, które dzieją się dziś (i jutro) na zachód od Polski? Niekoniecznie, ale trzeba próbować zrozumieć to, co tam się dzieje. Do starej Europy po ponad 600 latach wrócił islam i za około trzydzieści lat będzie tam dominującą siłą polityczną. Wielka wędrówka ludów rozszerza na północ świat wyznawców Proroka, a sprawcą tego procesu są jak zawsze wyjątkowo krótkowzroczni politycy „świata atlantyckiego”. Przypomnę tylko ich największe błędy, które umożliwiły ekspansję Islamu w tym regionie świata:

finansowe i logistyczne wsparcie dla Afgańczyków i Czeczenów w walce z „imperium zła”: dzięki temu wsparciu uwierzyli w swoje siły oraz zdolność pokonania „wszystkich niewiernych”,

zniszczenie Jugosławii, na trupie której powstała muzułmańska Bośnia i Hercegowina (odwiedzał ją wielokrotnie Osama Bin Laden),

utworzenie kolejnego muzułmańskiego państwa – Kosowa, kosztem chrześcijańskiej i europejskiej Serbii,

zniszczenie państw arabskich, takich zwłaszcza jak Irak, Libia i Syria, których rządy były najpewniejszym wrogiem islamskiego radykalizmu,

poparcie (bezwarunkowe) dla państwa Izrael, którego polityka jest przyczyną rozwoju radykalizmu w palestyńskiej diasporze (ten najbardziej wykształcony naród, mógłby być przecież czynnikiem stabilności w tym regionie świata),

pośrednio wsparcie dla tzw. Państwa Islamskiego poprzez nieudolne próby „asymilacji” muzułmańskich imigrantów do Europy Zachodniej i USA: stąd rekrutuje się i będzie rekrutować polityczne kadry przywódcze tego „państwa”.

Być może, muzułmanie żyjący od lat na zachód od Odry i Nysy, wsparci przez miliony współwyznawców przybywających tam z Bliskiego Wschodu w najbliższych latach, już powołali swoje kalifaty z siedzibami w Berlinie, Paryżu czy Londynie. A jeśli nie, to zrobią to niedługo, bo wierzą w swoją siłę i przyszłość, która należy do nich. Państwa Europy Zachodniej nie mają sił, które mogłyby zatrzymać ten proces. A siłami tymi są ludzie, którzy chcą walczyć, a nawet umrzeć w obronie status quo. Tych już od dawna nie ma, a złożona z płytko zgermanizowanych Turków i Polaków Bundeswehra nie jest groźna dla muzułmańskich przeciwników. Przecież to wszystko już kiedyś było: antyczny Rzym wcielał do legionów Germanów, bo latyńscy chłopi nie chcieli walczyć i umierać za cesarzy, a potem byli legioniści tworzyli kadry dowódcze plemion, które zniszczyły to państwo. Był wtedy również wątek religijny: chrześcijaństwo niszczyło od wewnątrz i od zewnątrz świat antyku, podobnie jak dziś muzułmanie kończą historię postchrześcijańskiej Europy, gdzie podobnie jak 1700 lat temu stoją pozostałe świątynie umarłych (tam) religii.

(...)

Przez ponad sto lat kilka kolejnych pokoleń Polaków stawiało sobie podstawowe pytanie: czy bić się, czy nie bić z zaborcami, w tym zwłaszcza z Rosją.

Na początek jednak podstawowa refleksja: ile było powstań narodowych? Moim zdaniem jedenaście: kościuszkowskie, pierwsze wielkopolskie (1806), listopadowe, krakowskie (1846), drugie wielkopolskie w czasie Wiosny Ludów (1848), styczniowe, pierwsze warszawskie (1905), trzecie wielkopolskie (1918) i trzy śląskie (1919, 1920 i 1921). Dlaczego więc liczymy tylko te, w których głównym lub jedynym przeciwnikiem była Rosja? Czy to na pewno obiektywny obraz naszej historii? Niedawno słyszałem, że nie było „powstań śląskich”, lecz jakaś „wojna domowa”. Niewiele mówi się o wszystkich powstaniach wielkopolskich, a „rewolucje” 1846 i 1848 roku, skierowane przeciwko niemieckojęzycznym zaborcom, przynajmniej oficjalnie popadają w zapomnienie. Czyżby ich obchody szkodziły naszym dobrym stosunkom z Wiedniem czy Berlinem? Nasza, pożal się Boże, polityka historyczna wypacza obraz historii, bo przynajmniej część powstań antyniemieckich wygraliśmy, z czego powinniśmy być dumni, a antyrosyjskie przegraliśmy wszystkie. Bez wyjątku.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.