sobota, 10 grudzień 2016 00:40

Jak będzie wyglądała wojna pomiędzy Rosją i USA

Napisane przez The Saker

Często słyszę to pytanie. Bardzo często słyszę całkowicie cudaczne odpowiedzi, zwykle wynikające z głębokiej ignorancji. Zajmowałem się tym zagadnieniem i osoby zainteresowane mogą zaglądnąć do innych moich artykułów.

Powtarzanie tego wszystkiego nie ma wielkiego sensu, więc poniżej przedstawiam problem z nieco odmiennego punktu widzenia.

Chciałbym obalić popularne mity o nowoczesnej wojnie jako takiej. Mam nadzieję, że w ten sposób pomogę wam zdobyć narzędzia do przebicia się przez propagandę, którą mass media przedstawiają nam jako profesjonalne raporty czy analizy.

 

Mit pierwszy: Stany Zjednoczone mają olbrzymią przewagę w broni konwencjonalnej nad Rosją

 

Wszystko zależy od tego, jak rozumieć „przewagę”. Armia amerykańska jest dużo większa od rosyjskiej, to prawda. W przeciwieństwie do rosyjskiej, jest ona rozproszona na całym globie. W wojnie liczy się nie całkowity rozmiar sił zbrojnych, tylko ile zdolnego do walki wojska można umieścić w teatrze działań militarnych (strefie konfliktu). Przykładowo, jeśli w strefie konfliktu znajdują się dwa lotniska, każde zdolne do obsługi 100 samolotów, to 1000 samolotów nie będzie specjalnie przydatnych.

Można usłyszeć zdanie: „Cywile koncentrują się na sile ognia, a wojskowi na logistyce”. To prawda. Współczesne wojsko wymaga olbrzymiego wsparcia logistycznego, co wyraża się w ilości wyposażenia i personelu koniecznego dla zapewnienia działania każdego czołgu, samolotu czy jednostki artylerii. Mówiąc prosto – jeśli czołg nie ma paliwa czy części zamiennych, to przestaje pracować. Nie ma więc sensu porównanie 13 000 amerykańskich samolotów do 3 000 rosyjskich. To może być prawdą, ale jest bez znaczenia.

Znaczenie ma tylko, ile samolotów USA czy NATO mogą zaangażować w chwili rozpoczęcia walki i jaka będzie ich misja. Izraelczycy mają długą historię niszczenia arabskiego lotnictwa na ziemi, zanim samoloty zdążyły wzbić się w powietrze, ataków z zaskoczenia, które są najlepszym sposobem podważenia liczebnej przewagi przeciwnika. W rzeczywistości Stany Zjednoczone potrzebują wielu miesięcy, aby zebrać w zachodniej Europie siły równoważne rosyjskim. Oczywiście Rosjanie nie będą się temu przyglądać bezczynnie (to był największy błąd Saddama Husajna).

Stany Zjednoczone potrzebują wielu miesięcy, aby zebrać w zachodniej Europie siły równoważne rosyjskim.

 

Mit drugi: atakujący potrzebuje przewagi sił 3:1 albo nawet 4:1 nad obrońcą

 

To jest dogmat szczególnie na poziomie taktycznym. Generalna reguła mówi, że będąc w obronie tylko z tego tytułu masz przewagę 3:1, co oznacza, że atakując jeden batalion musisz mieć co najmniej trzy bataliony, żeby mieć nadzieję na zwycięstwo. Jednakże na poziomie operacyjnym, a szczególnie strategicznym jest to zupełny fałsz. Dlaczego? Bo będąc w obronie, ponosisz tego negatywne konsekwencje: to atakujący decyduje o tym, gdzie, kiedy i jak zaatakować.

Zainteresowanym tematem rekomenduję książkę: „Surprise Attack: Lessons for Defense Planning” Richarda Bettsa, która choć wydana dość dawno (1982) i skoncentrowana na zimnej wojnie przedstawia bardzo dogłębne rozważania na temat ryzyka i korzyści związanych z atakiem z zaskoczenia. To fascynujący temat, ale nie czas na jego rozważanie, tylko wspomnę, że udany atak z zaskoczenia niemalże likwiduje przewagę sił strony atakowanej.

Tylko przykład: wyobraźmy sobie linię frontu 50 km, w której każde 5 km jest bronione przez jedną dywizję. Każda strona ma więc 10 dywizji, każda dywizja odpowiedzialna za obronę 5 km. Zgodnie z żelazną zasadą, przedstawioną wyżej, strona A musi mieć 30 dywizji, żeby przełamać obronę 10 dywizji, prawda? Nie! Strona A może skoncentrować 5 dywizji na odcinku 10 km, a pozostałe 5 w obronie. Na tym odcinku 10 km, gdzie nastąpi atak, strona A ma przewagę 5 dywizji nad 2 dywizjami strony B, podczas gdy na reszcie frontu to strona B ma przewagę 8 dywizji nad 5 dywizjami strony atakującej A. Strona B nie ma przewagi 3:1 dla przełamania obrony A (faktycznie jest to 8:5). Strona B przesunie więcej dywizji do obrony wąskiego odcinka 10 km frontu, ale oznacza to mniej sił dla obrony pozostałej linii frontu. Stąd można stawiać założenia: kontratak B zamiast obrony, A może przeprowadzić pozorowany atak w jednym miejscu i faktycznie zaatakować w innym, A może wysłać jeden batalion dla wykreowania chaosu w głębokiej obronie B itp. Chodzi o to, że reguła stosunku sił 3:1 ma tylko znaczenie taktyczne i w rzeczywistej wojnie takie reguły się nie sprawdzają, potrzebne są o wiele bardziej zaawansowane obliczenia, uwzględniające przewagę osiągniętą z ataku z zaskoczenia.

Reguła stosunku sił 3:1 ma tylko znaczenie taktyczne i w rzeczywistej wojnie takie reguły się nie sprawdzają, potrzebne są o wiele bardziej zaawansowane obliczenia, uwzględniające przewagę osiągniętą z ataku z zaskoczenia.

 

Mit trzeci: zaawansowana technologia zawsze wygrywa

 

To niezwykle fałszywe założenie, a jest to święty mit i dogmat wśród cywilów, zwłaszcza w Ameryce. W rzeczywistym świecie zaawansowana technologicznie broń, choć cenna, ma też wady, z których pierwszą jest wysoki koszt. [Na marginesie: kiedy studiowałem strategie wojskowe w późnych latach 90., jeden z moich nauczycieli (z amerykańskiego lotnictwa) przedstawił nam wykres rosnącego kosztu jednego amerykańskiego myśliwca od lat 50. do 90. Następnie dokonał projekcji tego trendu na przyszłość i zażartował, że około 2020 roku Stany Zjednoczone będą miały pieniądze na nabycie tylko jednego, bardzo, bardzo drogiego myśliwca. To oczywiście był żart, ale miał głęboką treść: galopujące koszty skutkują nieziemsko drogimi systemami uzbrojenia, które mogą być produkowane w krótkich seriach, a zaangażowanie ich w walce jest ryzykowne].

Zaawansowane technologie są bardzo wrażliwe na niekorzystne warunki, wymagają kompleksowej obsługi, logistyki serwisowej itp. Nie ma sensu posiadanie najlepszego czołgu na ziemi, jeśli większość czasu spędza on w warsztacie naprawczym. Ponadto jednym z problemów zaawansowanej technologicznie broni jest fakt, że jej złożoność pozwala na atak z wielu różnych stron. Na przykład uzbrojony dron może być unieszkodliwiony w jeden z następujących sposobów:

1. zestrzelenie na niebie (aktywna obrona),
2. oślepienie lub zdezaktywowanie kamer/czujników w inny sposób (aktywna obrona),
3. zagłuszanie komunikacji z operatorem (aktywna obrona),
4. zagłuszanie czy unieszkodliwianie systemu nawigacyjnego (aktywna obrona),
5. kamuflaż/oszustwo (pasywna obrona),
6. kreacja fałszywych celów (pasywna obrona),
7. ochrona celów na przykład poprzez zakopanie ich w gruncie (pasywna obrona),
8. pozostawanie mobilnym lub zdecentralizowanym czy rozproszonym (pasywna obrona).

Istnieje wiele dostępnych sposobów, wszystko zależy od aktualnego zagrożenia. Kluczowe znaczenie ma ponownie koszt i praktycznie ograniczenia: jaki jest koszt opracowania, budowy i wdrożenia zaawansowanych broni w relacji do potencjalnych kontrposunięć.

Historia dowodzi, że siła woli, zaangażowanie żołnierzy jest o wiele ważniejsza od technologii.

Poza tym historia ciągle dowodzi, że siła woli, zaangażowanie żołnierzy jest o wiele ważniejsza od technologii. Spójrzcie na poniżającą klęskę zadaną przez Hezbollah wartemu miliardy dolarów wojsku Izraela w 2006 roku. Izraelczycy użyli całego swojego lotnictwa, sporej części marynarki wojennej, dużą część potężnej artylerii, najnowsze czołgi i ponieśli straszną klęskę z rąk prawdopodobnie mniej niż 2000 bojowników Partii Boga, a nie były to najlepsze oddziały w dyspozycji Hezbollahu (najlepsze trzymał na północ od rzeki Litanii).

Podobnie atak NATO na Serbów w Kosowie przejdzie do historii jako jedna z najbardziej spektakularnych porażek potężnego sojuszu wojskowego, wyposażonego w zaawansowane systemy broni, z rąk małego kraju wyposażonego w przestarzałe uzbrojenie. [Na marginesie: w obydwu wojnach anglo-syjonistom uratowała twarz machina propagandowa, która ukryła rozmiary ich porażki. Informacje ciągle są dostępne, wystarczy poszukać].

 

Mit czwarty: wojny wygrywają duże budżety wojenne

 

To także mit – jest on podtrzymywany zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Jak często słyszeliście coś w rodzaju „bombowiec B-2 za miliard dolarów” lub „lotniskowiec kasy Nimitz za 6 miliardów dolarów”?

Założenie stojące za takimi przekazami mówi, że samolot B-2 czy statek Nimitz, które kosztują tyle pieniędzy, muszą być naprawdę groźne. Naprawdę? – Spójrzmy na 300-milionowy F-22A „Raptor”

I spójrzcie na sekcję „zastosowanie” w Wikipedii:
https://en.wikipedia.org/wiki/Lockheed_Martin_F-22_Raptor#Deployments

Co my tu mamy? Unieszkodliwienie kilku rosyjskich czołgów T-95 (data wprowadzenia do służby: 1956) i irańskiego F-4 Phantom (data wprowadzenia: 1960). Cała kariera to kilka nalotów bombowych w Syrii i przeróżne zadania w dziedzinie pijaru. To wszystko!

Na papierze F-22A jest wspaniałym samolotem i pewnie jest świetny pod pewnymi względami, ale w realnym świecie F-22A był użyty w zastosowaniach, w których F-16, F-15 czy F-18 byłyby tańsze, a nawet lepsze (F-22A to kiepski bombowiec, pewnie dlatego że nie był zaprojektowany do tego celu).

Od razu słyszę kontrargument: F-22A został zaprojektowany do wojny ze Związkiem Radzieckim i gdyby ta wojna wybuchła, to świetnie by się spisał. Możliwe, tylko że zbudowano mniej niż 200 egzemplarzy. A dla zachowania niskiej wykrywalności przez radary samolot dźwiga mało uzbrojenia. Ale Sowieci zainstalowali systemy wykrywania, działające w podczerwieni na swoich niespecjalnie zaawansowanych MiGach-29 i SU-27. I Sowieci zbudowali już nowe radary, więc obecnie F-22A są bezużyteczne, wykrywane przez nowe rosyjskie radary.

To wszystko nie przeczy twierdzeniu, że F-22A jest nadzwyczajnym osiągnięciem technologicznym i bardzo drogim myśliwcem. Tylko że nie zrobiłoby to wielkiej różnicy w rzeczywistej wojnie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim.

F-22A jest nadzwyczajnym osiągnięciem technologicznym i bardzo drogim myśliwcem, tylko że nie zrobiłoby to wielkiej różnicy w rzeczywistej wojnie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim.

 

Mit piąty: wielkie sojusze militarne wygrywają wojny

 

To jeszcze jeden mit propagowany na Zachodzie: sojusze wygrywają wojny. Typowym przykładem jest oczywiście II wojna światowa: w teorii Niemcy, Włochy i Japonia tworzyły „Oś”, a 24 państwa (w tym Mongolia i Meksyk) to „Sprzymierzeni”. Jak wiemy, ci ostatni pokonali Oś. To oczywiście nonsens. W rzeczywistości siły Hitlera obejmowały 2 miliony Europejczyków z 15 państw, było to 59 dywizji, 23 brygady, pewna liczba oddzielnych regimentów i batalionów (…).

Ponadto Armia Czerwona jest odpowiedzialna za co najmniej 80% niemieckich strat w ludziach i sprzęcie podczas wojny. Wszyscy pozostali, włączając w to Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, są odpowiedzialni za pozostałe 20% lub mniej niemieckich strat i dołączyli do wojny, kiedy Hitler był już pokonany. 

Niektórzy mogą chcieć wspomnieć o partyzantach walczących z nazistami, niekiedy heroicznie. Nie ujmując ich wkładowi, zaznaczam, że nigdzie w Europie partyzanci nie pokonali jednej dywizji Wehrmachtu czy SS (10-15 tys. żołnierzy). Dla porównania: w Stalingradzie Niemcy stracili 400 tys. żołnierzy, Rumuni 200 tys., Włosi 130 tys., a Węgrzy 120 tys., z całkowitych strat 850 tys. W Bitwie na Łuku Kurskim Armia Czerwona pokonała 50 niemieckich dywizji liczących 900 tys. żołnierzy.

Armia Czerwona jest odpowiedzialna za co najmniej 80% niemieckich strat w ludziach i sprzęcie podczas wojny. Wszyscy pozostali, włączając w to Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, są odpowiedzialni za pozostałe 20% lub mniej niemieckich strat.

[Na marginesie: ruchy oporu zwykle były zaangażowane w sabotaż, dywersję i ataki na szczególnie ważne cele, nigdy nie miały atakować regularnych wojsk, nawet jednej kompanii (ok. 120 żołnierzy). Niemieckie siły w Związku Radzieckim były zorganizowane w grupy armii (Heeresgruppe), każda z nich składała się z 4-5 armii (każda ok. 150 tysięcy żołnierzy). Za pomocą tych liczb chcę pokazać rozmiary walk na froncie wschodnim, który był inny od jakiegokolwiek zamieszania, spowodowanego przez ruchy oporu, ale również inny od jakiegokolwiek teatru militarnego II wojny światowej, przynajmniej na lądzie, bo wojna morska na Pacyfiku również była rozgrywana w olbrzymiej skali].

Historia dowodzi, że zjednoczona siła militarna pod jednym dowództwem zwykle sprawuje się lepiej niż wielkie sojusze. Ujmując to inaczej: kiedy formują się wielkie sojusze, zwykle znajduje się jeden wódz, który ma władzę i się liczy, a pozostali są na uboczu (oczywiście pojedynczy żołnierz zaatakowany, okaleczony czy zabity tak tego nie widzi, ale taki jest większy obraz).

Jeśli mowa o NATO, to realistycznie mówiąc, nie ma NATO poza Stanami Zjednoczonymi. USA to jedyny kraj NATO, który się liczy. Nie tylko jeśli chodzi o liczbę żołnierzy czy siłę ognia, ale również w kwestii wywiadu, mobilności, logistyki etc. Każdy amerykański dowódca świetnie to rozumie, choć będzie bardzo grzeczny i uprzejmy w Mons czy podczas przyjęć w Brukseli. Jeśli nadadzą sygnał do boju z Rosjanami, Amerykanie będą polegać tylko na sobie i będą szczęśliwi, jeśli cała reszta NATO po prostu niezwłocznie się wycofa ze strefy walki.

 

Mit szósty: szyk ofensywny daje wielką przewagę

 

Każdego dnia słyszymy o rosyjskich skargach na NATO, przemieszczające siły w kierunku rosyjskiej granicy, na tysiące żołnierzy rozmieszczanych w krajach bałtyckich i w Polsce, na rakiety antybalistyczne w Rumunii i na amerykańskie okręty wojenne opływające rosyjskie granice na Bałtyku i Morzu Czarnym. To wszystko godna ubolewania prawda. Fałszywe jest tylko przedstawianie tego przez Rosjan jako rzeczywistego zagrożenia militarnego.

Prawda jest taka, że z czysto wojskowego punktu widzenia rozmieszczanie amerykańskich sił w krajach bałtyckich czy wysyłanie okrętów wojennych na Morze Czarne to fatalne pomysły, dlatego że trzech państw bałtyckich nie można obronić, a Morze Czarne z praktycznego punktu widzenia jest rosyjskim jeziorem, gdzie można wykryć i zniszczyć każdy okręt w czasie krótszym niż pół godziny.

Trzech państw bałtyckich nie można obronić, a Morze Czarne z praktycznego punktu widzenia jest rosyjskim jeziorem, gdzie można wykryć i zniszczyć każdy okręt w czasie krótszym niż pół godziny.

Amerykanie to doskonale wiedzą i jeśliby chcieli zaatakować Rosję, to zrobiliby to nie z takiego statku, ale za pomocą rakiet dalekiego zasięgu. [Na marginesie: pomysł, że Rosja chciałaby zaatakować któreś z państw bałtyckich czy zatopić amerykański okręt wojenny jest absurdalny i wcale tego nie sugeruję. Kiedy analizuje się zagadnienie z czysto wojskowego punktu widzenia rozważa się zdolności techniczne, a nie intencje].

Zasięg współczesnych broni jest taki, że w przypadku wojny w Europie nie będzie „frontu” i „zaplecza”, ale mniejsza odległość od wroga ułatwia wykrycie i naraża na atak większego asortymentu broni. Mówiąc prosto, im bliżej jesteś do rosyjskich wyrzutni rakietowych, instalacji walki elektronicznej, personelu zwiadowczego, tym bardziej powinieneś się martwić.

Nie będę szedł tak daleko, aby twierdzić, że ofensywny szyk nie daje żadnych korzyści. Daje: twoje rakiety dolecą dalej, czas lotu do celu jest krótszy, samoloty potrzebują mniej paliwa do dotarcia do celu itp. Za te korzyści trzeba zapłacić. Obecnie amerykańskie siły rozmieszczone przy rosyjskich granicach są namierzone, ich cel jest polityczny, chodzi o zademonstrowanie zaangażowania. Nie stanowią one dla Rosji rzeczywistego niebezpieczeństwa.

 

Mit siódmy. Stany Zjednoczone i NATO ochraniają kraje wschodniej Europy

 

Na papierze i w oficjalnej propagandzie NATO, cała Europa i Stany Zjednoczone są gotowe, jeśli zajdzie taka potrzeba, rozpocząć III wojnę światową dla obrony Estonii przed rewanżystowskimi ruskimi hordami. W świetle tego, jak malutkie kraje bałtyckie i Polska permanentnie „szczekają” na Rosję i angażują się w niekończące aroganckie prowokacje, ludzie we wschodniej Europie pewnie w to wierzą. Wierzą, że są częścią NATO, częścią Unii Europejskiej, cywilizowanego Zachodu, a ich anglo-syjonistyczni partnerzy ochronią ich przed tymi strasznymi Ruskimi. Jeśli w to wierzą, to dowodzą tym samym, jakimi są głupcami.

Pisałem już, że poza Stanami Zjednoczonymi nie ma żadnych realnych sił NATO i wszyscy amerykańscy liderzy to wiedzą. I mają rację. Pozaamerykańskie siły NATO to żart. Czym, jak myślicie, są belgijskie czy polskie wojska? Dokładnie tak! Są tylko kpiną i wygodnym celem ataku. A co ze wspaniałymi i niezwyciężonymi Portugalczykami czy Słoweńcami? To samo.

Czym, jak myślicie, są belgijskie czy polskie wojska? Są tylko kpiną i wygodnym celem ataku.

 

Pozaamerykańskie siły NATO to jedynie listek figowy, mający przykryć smutną prawdę, że Europa jest tylko amerykańską kolonią, niektóre listki figowe są większe, a inne mniejsze, ale to wszystko. Największe listki figowe (Niemcy i Francja) to ciągle to samo, jednorazowe przybory na usługach prawdziwych panów Imperium. Jeśli w Europie wybuchnie prawdziwa wojna, to wszystkie te nadmuchane państewka dostaną rozkaz: wypier**lać i zrobić miejsce dla prawdziwych mężczyzn. Zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie to doskonale wiedzą, ale nie przyznają tego publiczne ze względu na politykę.

Muszę przyznać, że nie potrafię tego udowodnić. Wszystko, co mogę, to zaoferować osobiste świadectwo. Kiedy siedziałem nad pracą magisterską w dziedzinie studiów strategicznych w Waszyngtonie, miałem okazję spędzić dużo czasu z amerykańskimi oficerami z Kawalerii Powietrznej, rozmieszczonej w Fulda Gap [pomiędzy Hesją a Turyngią, Frankfurt – Erfurt], podporządkowanymi Szefowi Operacji Powietrznych. Sądzę, że byli patriotami i wspaniałymi oficerami. Byli zdolni do rozróżnienia pomiędzy politycznymi bzdurami (jak pomysł wysłania lotniskowców do uderzenia na Półwysep Kola) od rzeczywistych kroków o znaczeniu militarnym.

Jeden oficer z Pentagonu powiedział to bardzo jasno w klasie: „Żaden amerykański prezydent nigdy nie poświęci Chicago, aby chronić Monachium”. Innymi słowy, Ameryka będzie walczyć z Sowietami w obronie Europy, ale Ameryka nigdy nie doprowadzi do takiej eskalacji tej walki, aby sowieckie rakiety mogły zagrozić amerykańskiemu terytorium.

Oczywistym mankamentem tego rozumowania jest założenie, że eskalacja wojny może być planowana i kontrolowana. Eskalacja jest faktycznie planowana w wielu rządowych biurach, agencjach i departamentach, ale wszystkie opracowane modele wskazują, że bardzo trudno ją kontrolować.

Jeśli chodzi o deeskalację, to nie znam żadnych modeli ją opisujących (moje doświadczenie jest dość stare, pochodzi z lat 90., może coś się od tego czasu zmieniło?). Pamiętajcie, że Stany Zjednoczone i Rosja w swoich doktrynach militarnych przewidują użycie broni nuklearnej, aby zapobiec porażce w wojnie konwencjonalnej. Więc jeśli przyjmiemy, że Stany Zjednoczone nie wywołają wojny nuklearnej w celu obrony, na przykład Polski, to oznacza to również, że Stany Zjednoczone nie będą ryzykowały obrony Polski w wojnie konwencjonalnej, a przynajmniej nie będą chciały bronić jej przesadnie gorliwie.

Jeśli przyjmiemy, że Stany Zjednoczone nie wywołają wojny nuklearnej w celu obrony, na przykład Polski, to oznacza to również, że Stany Zjednoczone nie będą ryzykowały obrony Polski w wojnie konwencjonalnej, a przynajmniej nie będą chciały bronić jej przesadnie gorliwie.

Ponownie – pomysł, że Rosja zechce zaatakować kogokolwiek w Europie, jest głupi – żaden rosyjski przywódca nigdy nie rozważałby tak kretyńskiego, bezużytecznego i samobójczego planu, chociażby dlatego że Rosja nie potrzebuje więcej terytorium. Jeśli Putin powiedział Poroszence, że nie chce Donbasu, to jak prawdopodobne są rosyjskie sny o okupacji Litwy czy Rumunii?

Proszę o przedstawienie jednego racjonalnego powodu, dla którego Rosja miałaby zaatakować jakiś kraj na Zachodzie (czy gdziekolwiek), nawet jeśli ten kraj nie miałby wojska i nie był częścią żadnego sojuszu wojskowego. W rzeczy samej Rosja mogła łatwo zająć Gruzję w wojnie 8.08.2008, ale tego nie zrobiła. A kiedy ostatnio słyszeliście o Mongolii czy Kazachstanie, obawiających się rosyjskiej czy chińskiej inwazji?

Prawda jest taka, że ta cała gestykulacja i krzykliwe deklaracje o obronie Europy przed „rosyjskim zagrożeniem” to wymysł. Nie ma żadnego rosyjskiego zagrożenia, a Stany Zjednoczone nigdy nie zaangażują się w wojnę nuklearną w obronie Kiszyniowa czy nawet Sztokholmu.

 

Podsumowanie

 

Jeśli wszystko powyżej to tylko mity bez związku z rzeczywistością, to dlaczego zachodnie media są pełne tych bzdur?

Przede wszystkim widzę dwa powody: dziennikarze się na tym nie znają, wolą przekazywać dalej do publiczności zgrabnie opakowaną propagandę, zamiast podjęcia wysiłku zrozumienia zagadnienia. Jeśli chodzi o gadające głowy z telewizora, to przeróżni generałowie wypowiadający się w CNN jako „eksperci” to zwyczajni propagandyści. Prawdziwi profesjonaliści pracują w różnych agencjach rządowych i nie mają czasu na występy na żywo w telewizji w sprawie „rosyjskiego zagrożenia”.

Ale prawdziwym powodem tej nonsensownej propagandy jest to, że anglo-syjonistyczni propagandyści w ten sposób ukrywają prawdziwy powód realnego konfliktu pomiędzy Rosją i Stanami Zjednoczonymi w sprawie Europy: polityczną walkę o przyszłość Europy. Rosja nie ma zamiaru atakować nikogo, ale ma swój interes w zmianie statusu Europy z obecnego protektoratu czy kolonii Stanów Zjednoczonych.

Rosjanie rozumieją, że choć współczesne europejskie elity są maniakalnie rusofobiczne, to większość Europejczyków (z możliwymi wyjątkami w państwach bałtyckich i w Polsce) już nie. W tym sensie ostatnie wyniki Eurowizji, gdzie głosy publiczności zostały zastąpione tak zwanymi ekspertami, są bardzo symboliczne.

Pierwszy sekretarz generalny NATO bardzo otwarcie przedstawił cel sojuszu: „Trzymać Rosjan na zewnątrz, Amerykanów w środku, a Niemców na klęczkach”. Rosjanie chcą całkiem odwrotnie: Rosjan w środku (ekonomicznie, nie militarnie), Amerykanów na zewnątrz, a Niemców postawić na nogi (gospodarczo). To prawdziwy powód napięć w Europie, Stany Zjednoczone potrzebują nowej zimnej wojny, a Rosja jak może, próbuje temu zapobiec.

Więc jak będzie wyglądała wojna pomiędzy Rosją a Stanami Zjednoczonymi? Uczciwie mówiąc – nie wiem. Wszystko zależy od bardzo wielu czynników, których nie sposób przewidzieć. To nie znaczy jednak, że wojna nie może się zdarzyć. Wiele wskazuje, że imperium anglo-syjonistyczne działa w sposób całkowicie nieodpowiedzialny. Jednym z najgorszych jest zawieszenie funkcjonowania Rady NATO-Rosja (NATO-Russia Council, NRC). Głównym powodem powołania NRC było zabezpieczenie linii komunikacyjnych, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. NATO prawie kompletnie zamknęło NRC, protestując przeciwko działalności Rosji na Ukrainie, mimo że NRC została założona właśnie do takich celów.

Ponadto ofensywne rozmieszczenie sił NATO, mimo że jest bezużyteczne z wojskowego punktu widzenia, jest niebezpieczne ze względu na potencjalne niebezpieczeństwo incydentów, które mogą doprowadzić do poważnych konfliktów. To jest groźne zwłaszcza w przypadku przecięcia linii komunikacyjnych pomiędzy stronami.

Stany Zjednoczone i Rosja ciągle mają linie komunikacyjne pomiędzy Kremlem a Białym Domem, a rosyjskie i amerykańskie siły zbrojne również dysponują bezpośrednimi liniami komunikacyjnymi.

Dobrą wiadomością jest fakt, że Stany Zjednoczone i Rosja ciągle mają linie komunikacyjne pomiędzy Kremlem a Białym Domem, a rosyjskie i amerykańskie siły zbrojne również dysponują bezpośrednimi liniami komunikacyjnymi. Chodzi jednak nie o problem technologiczny, a psychologiczny. Amerykanie sprawiają wrażenie niezdolnych do jakichkolwiek negocjacji.

Neokonserwatystom udało się narzucić swój światopogląd Departamentowi Stanu, a dogmatem w tym światopoglądzie jest przekonanie, że dynamika pomiędzy Rosją a Stanami Zjednoczonymi to gra o sumie zerowej, nie ma o czym negocjować i zmuszenie Rosji do posłuszeństwa i podporządkowania Imperium w drodze izolacji i powstrzymania to jedyne wyobrażalne rozwiązanie.

To oczywiście nie zadziała. Pozostaje pytanie, czy neokonserwatyści mają na tyle intelektualnych zdolności, aby to zrozumieć lub, alternatywnie, czy „starzy” (paleo-konserwatywni) amerykańscy patrioci potrafią wykopać „świrów z piwnicy” (crazies in the basement – tak określił neokonserwatystów prezydent Bush senior) Białego Domu.

Jeśli Hillary Clinton uda się dostać do Białego Domu w listopadzie, to rzeczywiście należy się bać. Pamiętacie, jak powiedziałem, że żaden amerykański prezydent nie poświęci amerykańskiego miasta w obronie miasta z Europy? Mowa o prezydencie patriocie, który kocha swój kraj. Nie wierzę, aby neokonserwatyści za grosz przejmowali się Ameryką i Amerykanami. Te świry mogą myśleć, że poświęcenie jednego lub więcej amerykańskich miast jest ceną wartą zapłacenia za zbombardowanie Moskwy.

Każda teoria odstraszania zakłada istnienie „czynnika racjonalnego”, a nie psychopatycznej, nakręconej nienawiścią kliki „świrów z piwnicy”. Podczas ostatnich lat zimnej wojny bałem się bardziej gerontokratów z Kremla niż anglosaskich oficerów z Białego Domu czy Pentagonu. Teraz boję się relatywnie nowej generacji oficerów typu dupowłaz generał Petraeus czy maniak generał Breedlove, którzy zastąpili zimnych wojowników dawnego stylu (jak admirałowie Elmo Zumwalt, William Crowe czy Mike Mullen), którzy przynajmniej wiedzieli, że za każdą cenę należy uniknąć wojny z Rosją. To straszne, że Imperium jest aktualnie prowadzone przez nieprofesjonalnych, niekompetentnych, niepatriotycznych i niehonorowych ludzi, motywowanych szaleńczą ideologią lub takich, dla których jedynym celem życia jest zadowolić swoich politycznych szefów.

Przykłady Ehuda Olmerta, Amira Peretza and Dana Halutza, idących na wojnę z Hezbollahem w 2006 roku czy próba Saakaszwilego przeprowadzenia czystki etnicznej w Południowej Osetii w 2008 roku pokazały, że przywódcy motywowani ideologią mogą wprowadzić kraj w wojny, których nie da się wygrać, zwłaszcza gdy uwierzyli w swoją własną propagandę o własnej niezwyciężoności.

Miejmy nadzieję i módlmy się, aby tego rodzaju szaleństwo nie porwało przywódców Stanów Zjednoczonych. Najlepsze, co może się zdarzyć, to przejęcie władzy w Stanach Zjednoczonych przez prawdziwych patriotów. Wtedy ludzkość będzie mogła wziąć głęboki oddech ulgi.


autor: The Saker
tłumacz: Metro

Czytany 636 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.