sobota, 10 grudzień 2016 09:42

Globalny promotor zgorszenia

Napisane przez

Promocja homoseksualizmu i jego równouprawnienie na skalę globalną są wykorzystywane przez Stany Zjednoczone Ameryki do realizacji swoich strategicznych celów. Pod hasłami równości i godności hegemon działa wszystkimi dostępnymi narzędziami wpływu i nacisku.

 

Wola ludu a prawa homoseksualistów

Prawa mniejszości seksualnych uznawane są tam, gdzie panuje demokracja. W nie-demokracjach praktycznie nie istnieją. W liberalnej demokracji układ instytucji, oddzielenie mediów od władzy, odsunięcie kościołów od polityki, system prawny będący poza kontrolą społeczną, umożliwia sukces niewielkim grupom społecznym, nawet głęboko nieakceptowanym społecznie. Pod warunkiem, że posiadają wystarczające środki i poparcie, by przełamać obowiązujące tradycyjne poglądy.

Liberalna demokracja to cały zestaw reguł gry, które muszą przyjąć kraje przyłączane do Zachodu (jak Polska ponad ćwierć wieku temu). A oprócz wielu instytucji, które nie są przedmiotem niniejszego artykułu, jest także wiele spraw, które ani z wolą ludu, ani z demokracją nam się nie kojarzą. Na przykład prawa homoseksualistów do zawierania związków, które określa się jako „małżeńskie”. Także prawa do adopcji dzieci. Co to ma wspólnego z demokracją, jeśli społeczeństwo tego nie chce? Nic, ale jest niezbędnym składnikiem „liberalnej demokracji”, czyli ustroju obowiązującego na całym Zachodzie, a wkrótce – na całym świecie. Staraniom globalnego hegemona – Stanów Zjednoczonych Ameryki, by stało się to jak najszybciej, poświęcony jest ten artykuł.

 

Zwycięstwo u siebie

Jeszcze w latach 70. Sąd Najwyższy stanu Minnesota odmowę udzielenia ślubu gejowskiej parze uzasadniał tak: instytucja małżeństwa jest związkiem kobiety i mężczyzny i jest tak stara jak Księga Rodzaju. Wtedy sodomia była przestępstwem w prawie każdym amerykańskim stanie, homoseksualiści nie mogli pracować w szczególnie wrażliwych instytucjach, a zjawisko było określane jako zboczenie seksualne. Jednak 40 lat później Sąd Najwyższy uczynił związek homoseksualny konstytucyjnym prawem. Co się stało? Otóż całkowicie zmieniono opinię Amerykanów. Dzisiaj aż 60% Amerykanów przyznaje się do akceptacji takich związków, gdy 20 lat temu było to zaledwie 27%. To efekt działalności aktywistów gejowskich, potężnego lobby, zasilanego ogromnymi pieniędzmi.

Na początku drogi, gdy społeczeństwo negatywnie oceniało takie zachowania, próby przeprowadzenia zmian poprzez sądy nie dawały rezultatu. Orzeczenie sądu na Hawajach, który w 1996 r. uznał, że odmowa udzielenia małżeństwa przedstawicielom jednej płci nie służy dobru publicznemu, wywołało powszechną reakcję. Odzew Amerykanów był natychmiastowy – Kongres USA uchwalił „Ustawę o ochronie małżeństwa” (Defense of Marriage Act), która definiowała małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny i pozwalała nie uznawać związków zawartych w innych stanach. Jej intencją było odzwierciedlenie i uhonorowanie zbiorowej oceny moralnej, moralności publicznej i wyrażenie moralnego potępienia dla homoseksualizmu. Ustawa przeszła ogromną większością, uniemożliwiającą prezydenckie veto – poparło ją 342 przeciwko 65 członków Izby Reprezentantów i 84 ze stu senatorów. Prezydent Clinton podpisał ustawę, a na Hawajach przeprowadzono referendum, w którym 69% mieszkańców opowiedziało się za zakazem takich związków. Jeszcze tego samego roku konserwatywne organizacje religijne wprowadziły zakaz w 11 konstytucjach stanowych, a do 2012 r. decyzję taką podjęło 30 stanów. Głos ludu zwyciężył nawet w bardzo liberalnej Kalifornii. W 2008 r. ogłoszono tam referendum, w którym 52,2% Kalifornijczyków wypowiedziało się za wprowadzeniem do konstytucji stanu zapisu „Tylko małżeństwo między mężczyzną i kobietą jest ważne i uznawane w Kalifornii”.

Po porażce w najbardziej liberalnym stanie działacze gejowscy uznali, że nie wystarczą siły prawników i sędziów. Należy przekształcić opinię społeczną, a do tego potrzebni są aktywiści i pieniądze dla nich, by wpływać na polityków, media, a poprzez nie na Amerykanów. Konkurujące ze sobą organizacje homoseksualistów zawiązały niejawne porozumienie o dość obojętnej nazwie „Marriage Research Consortium”. Stąd właśnie wyszła fundamentalna zmiana – całkowicie odwrócono przekaz propagandowy, kończąc z argumentami korzyści, jakie odniesie społeczeństwo, a przekonując, że związki homoseksualistów nie chcą rozbić instytucji rodziny, chcą być takimi samymi rodzinami jak wszystkie. To był przełom, znaleziono klucz do umysłów przeciętnego Amerykanina: oni są normalni, są tacy sami jak my, dlaczego odmawiać im rodzinnego szczęścia? Taką tezę masowo przedstawiały media, Hollywood, wsparte prywatnymi funduszami masowe kampanie reklamowe. I to zadziałało! Publiczne poparcie dla równouprawnienia związków szybko rosło, a gdy przekroczyło 50%, w 2012 r. gejowskie lobby wygrało referenda w czterech kluczowych stanach, i to po 31 wcześniejszych porażkach. W następnym roku Sąd Najwyższy USA obala część zapisów „Ustawy o obronie małżeństwa”, a sądy stanowe jeden po drugim unieważniają zapisy konstytucji stanów, likwidując lokalne zakazy takich związków.

Tę technikę wyeksportowano w świat przy okazji referendum w Irlandii w 2015 r., gdy lokalnych aktywistów przeszkolono na trzydniowym kursie w Nowym Jorku, a pracowników czołowej amerykańskiej organizacji lobbistycznej „Freedom to Marry” wysłano za ocean. Homoseksualni lobbyści w Irlandii odnieśli ogromne zwycięstwo – 62% głosujących w katolickim kraju zagłosowało, by małżeństwem mógł być związek osób bez względu na płeć.

Jak widać, zaawansowane techniki manipulacji społeczną świadomością (uzupełnione oczywiście o pieniądze i media) potrafią zmienić wzorce myślenia. Świadczy to o wpływach, jakie mają homoseksualiści w świecie pieniądza, mediach i w polityce.

Sądowy przewrót

Ostateczne zwycięstwo w sprawie zakazu związków homoseksualnych nastąpiło 26 czerwca 2015 r. W sprawie Obergefell v. Hodges Sąd Najwyższy uznał takie związki za legalne w całych Stanach. Decyzja przeszła większością jednego głosu (5:4), gdzie „za” głosowali liberalni sędziowie, republikanie zaś byli przeciw.

W wymiarze prawnym była to interpretacja rozszerzająca zakres 14. poprawki do konstytucji, która zapewnia obywatelom równą ochronę prawną. Jednak politycznie był to konstytucyjny zamach stanu. Mówi o tym wprost w swym zdaniu odrębnym sędzia Antonin Scalia. Ten katolik i konserwatysta nazwał wyrok „sądowym puczem”, ostrzegając: ta decyzja Sądu zagraża amerykańskiej demokracji. Dzisiejsze orzeczenie pokazuje, że moim władcą, a także władcą 320 milionów Amerykanów od oceanu do oceanu, jest dziewięciu prawników Sądu Najwyższego. Nieważne bowiem, co postanowi Naród (w stanach, które zakazały związków homoseksualnych) (…) to wybrane spośród patrycjuszy, wysoce niereprezentatywne ciało dziewięciu osób narusza prawo jeszcze bardziej fundamentalne niż „nie ma podatków bez ustawy” – narusza zasadę „nie ma zmian społecznych bez ustawy”.

Sędzia John Roberts w zdaniu odrębnym pisał: Decyzja większości nie jest wyrokiem sądowym, ale aktem woli. Prawo, które ogłasza nie ma podstawy ani w Konstytucji, nie ma też precedensu. Za kogo my się uważamy? Popularny ewangelicki pastor Franklin Graham prosił Boga o oszczędzenie Ameryce swego gniewu, a, przytaczając fragment Księgi Rodzaju (2,24): Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem, przypominał sędziom, że to nie oni ustanowili małżeństwo, a sam Bóg.

Jednak dla lewicy zwycięstwo wciąż nie jest pełne, w USA wciąż nie ma prawa federalnego, zabraniającego dyskryminacji homoseksualistów. Prezydent nadrabia te braki poprzez rozporządzenia, nie mają one jednak takiej siły jak ustawy federalne. Dlatego wiceprezydent Biden w ONZ narzekał, że w ponad 30 stanach możesz rano wziąć ślub, a potem zostać wyrzuconym z pracy. Dla niego słowa z Deklaracji Niepodległości, że wszyscy ludzie są stworzeni równymi są tak ważne, że dyskryminacja z powodu orientacji seksualnej czy płci jest przekleństwem, zaprzeczeniem naszych podstawowych wartości.

Amerykański przykład pokazuje, jak potężna i antydemokratyczna jest władza sędziów w liberalnej demokracji. Sędziowie to grupa mędrców, którzy dowolnie mogą interpretować Konstytucję. Daje im to potężną władzę, mogącą dokonać rewolucyjnych zmian wbrew woli narodu.

 

Sojusznik Obama przekształca państwo

Barak Obama został ogłoszony przez „Newsweek” „pierwszym gejowskim prezydentem USA”. Środowisko LGBTI wysoko ceni obecnego prezydenta USA, gdyż nie tylko jako pierwszy nawiązał do praw homoseksualistów w inauguracyjnym przemówieniu, ale także wiele zrobił w kraju i za granicą, by te prawa promować. Za jego rządów dokonano ogromnego postępu – aparat państwowy światowego suwerena, najbardziej wpływowa dyplomacja świata, największa armia na kuli ziemskiej pracują już na pełnych obrotach na rzecz równouprawnienia gejów i lesbijek.

Najwyraźniej rzuca się w oczy zaangażowanie symboliczne. Z okazji wyroku Sądu Najwyższego Biały Dom oświetlony został w nocy w kolorach gejowskiego symbolu – tęczowej flagi. Biały Dom, Departament Stanu, pierwsza dama w mediach społecznościowych (na Twitterze, YouTube, Facebooku) – zmieniły wtedy swoje zdjęcia profilowe, eksponując kolory tęczy. Setki tysięcy zwolenników „polubiły” takie działania, a media nadały im odpowiednie nagłośnienie. Ale Waszyngton nie ogranicza się jedynie do słów i symbolicznych gestów. Gruntownie przekształcono administrację państwową, by pozycja mniejszości seksualnych była bezdyskusyjna.

We wszystkich instytucjach federalnych rozszerzono zasady zakazujące dyskryminacji pracowników. Do kategorii chronionych ustalonych jeszcze przez prezydenta Nixona, 20 lat temu rozszerzonych o preferencje seksualne przez Billa Clintona, obecny prezydent dodał „tożsamość płciową” (gender identity). Te zasady narzucono także przedsiębiorstwom, które obsługują administrację państwową, a nawet ich podwykonawcom. Dlatego coraz więcej korporacji przyjmuje wewnętrzne reguły, chroniące homoseksualistów. Administracja Obamy finansowo zasila pomoc medyczną dla osób chorych na AIDS, dzięki czemu mają ułatwiony dostęp do służby zdrowia, nawet gdy nie są ubezpieczeni. W agencjach pracujących za granicą, utworzono organizację gejów i lesbijek (Gays and Lesbians in Foreign Affairs Agencies), która jest czymś w rodzaju związku zawodowego. Corocznie organizuje „Dzień Dumy Gejów i Lesbijek”, urządzany przez Departament Stanu z udziałem jego szefów.

Ostrej homoseksualnej transformacji została przede wszystkim poddana amerykańska armia. Już w 1994 r. przyjęto zasadę „nie mów, nie pytaj”, dyskretnie umożliwiającą homoseksualistom służbę. Dopóki nie eksponowano nietradycyjnych skłonności seksualnych – nie karano za nie. Jednak był to tylko niezbędny dla tak konserwatywnej instytucji okres przejściowy. W 2011 r. wkroczył sąd i uznał zakaz ujawniania się za niezgodny z Konstytucją. Prezydent Obama powiedział wtedy: Nasze wojsko nie będzie już dłużej pozbawione talentów i umiejętności patriotów amerykańskich tylko dlatego, że są akurat gejami czy lesbijkami.

Dowództwo sił zbrojnych rozpoczęło przekształcanie reguł wewnętrznych, by odmienne preferencje wkomponować w prace armii – siły zbrojne wprowadziły obchody homoseksualnych świąt, jak np. „Miesiąca Dumy LGBT”. Wtedy budynki rządowe, wojskowe i uczelnie oświetlane są w kolorach tęczy, a ściany pokrywają plakaty z radośnie obejmującymi się parami gejowskimi i lesbijkami. Ostentacyjnie w uroczystościach gejowskich wojska brał udział poczet sztandarowy ze „Stars and Stripes” i sztandarami różnych rodzajów sił zbrojnych. Przy takim nacisku na promowanie zasady „oni są tacy sami jak my”, zaczęły się mnożyć „ujawnienia” (coming-out), czyli ogłaszanie publiczne swoich skłonności seksualnych, powstają coraz nowe kluby gejowskie w armii i uczelniach wojskowych. Jak wiadomo, zakaz dyskryminacji jakiejś grupy jest w rzeczywistości nadaniem tej grupie specjalnych przywilejów, swojego rodzaju „nietykalności”, i zachęcaniem innych, by do takiego uprzywilejowanego klubu wstępowali.

Rozpoczęła się wspinaczka gejów po szczeblach kariery Pentagonu. Już rok po uchyleniu ograniczeń pani generał Tammy Smith – jawna lesbijka, otrzymała gwiazdkę generalską, którą wręczył (wręczyła) jej „żona” (mąż?) – pani Tracey Hepner. Wcześniejsza dyskryminacja wobec takiej pary polegała na tym, że nie mogły one publicznie demonstrować swoich skłonności. Dzisiaj już może, a nawet powinna. Gdyż jak twierdzi Eric Fanning, który w maju 2016 r. jako pierwszy jawnie przyznający się do homoseksualizmu został ministrem dowodzącym armią lądowa: Nasi krytycy mówią, że armia to nie miejsce na społeczne eksperymenty. Może mają rację, ale to nie eksperymenty – to są amerykańskie wartości. Śladem wartości sojusznika idzie już armia brytyjska, radośnie maszerująca przez Londyn z okazji „dnia homoseksualnej dumy”.

 

Zacofany świat i fala postępu

Przekształcenie państwa, dyplomacji, w końcu armii jest koniecznością, gdy chce się nieść kaganek postępu w świat, który niestety opiera się i broni przed postępem alla Americana. Związki jednopłciowe są ścigane prawnie w prawie 80 państwach świata, a w siedmiu z nich – zagrożone są karą śmierci.

 

LGBT HRW Criminalization Map 042315

Najwyższy poziom postępu, czyli pełne zrównanie związków homoseksualnych z małżeństwem osiągnięto, jak widać na mapie świata – głównie w basenie Atlantyku. Cała Ameryka Północna, większość krajów Południowej Ameryki, kilka krajów Europy (W. Brytania, Francja, Hiszpania, Beneluks, kraje skandynawskie). Poza tym Republika Południowej Afryki i Nowa Zelandia. Jednym słowem, liberalne demokracje Zachodu.

Na drugim stopniu w hierarchii homoseksualnego postępu stoją kraje, które dopuszczają takie związki i gwarantują im różne stopnie równouprawnienia z normalnymi rodzinami. To przede wszystkim środkowa część Europy od Niemiec aż po Włochy, a także Izrael i Australia. Jeśli chce się należeć do „zachodniej wspólnoty wartości”, to absolutnie niezbędne jest przyjęcie praw antydyskryminacyjnych, które zakazują różnicowania wg preferencji seksualnych.

Fala postępu nabrała rozmachu w ostatnich latach – coraz więcej państw zrównuje prawa mniejszości seksualnych z tradycyjnymi prawami rodzin. W awangardzie postępu jako pierwsza zaistniała Holandia, która już w 2000 roku przyjęła prawo zezwalające na takie związki, później Belgia (2003), Hiszpania (2005), Szwecja i Norwegia (2009). Dzisiaj grupa ta obejmuje 23 państwa.

Prawa te wprowadzane są w różny sposób, najczęściej przez parlamenty. Tak było w Grenlandii i Finlandii (2015), Nowej Zelandii, Urugwaju (2013). W Danii przyjęto je w 2012 r. (choć już od 1989 r. takie związki mogły się rejestrować). Koronowane głowy także ustępują pod naporem liberalnej nowoczesności. W lipcu 2013 Elżbieta II wyraziła swoją „królewską zgodę” na przepisy uchwalone dla Anglii i Walii przez parlament, a rok później przyjęła je także Szkocja. W niektórych krajach przeprowadza się ogólne referendum, takie jak w Irlandii, gdzie choć część Kościoła katolickiego się sprzeciwiała, to Diarmuid Martin, arcybiskup Dublina, ogłosił, że nie będzie swoich poglądów religijnych wciskał innym do gardła.

Jeśli politycy czy naród wciąż nie dojrzali do rewolucji społecznej, pozostaje droga przez sądy. Jak w Afryce Południowej, która nie chciała przystąpić do awangardy postępu, ale pomógł jej w tym Sąd Konstytucyjny, wykorzystując stworzoną pod dyktando Zachodu konstytucję. Parlament po takim orzeczeniu wprowadził jednak klauzulę sumienia dla wspólnot religijnych i urzędników państwowych, dzięki czemu równouprawnienie nie obejmuje plemienia Zulusów, gdyż ich król uznaje homoseksualizm za grzech.

W Hiszpanii, kraju katolickim, gdzie wprowadzono podobne prawo w 2005 r., podziały były bardzo ostre, manifestacje zaś zwolenników i przeciwników – ogromne, Kościół katolicki zdecydowanie protestował. W parlamencie wprowadzono jednopłciowe związki minimalną większością, a Trybunał Konstytucyjny nie pozwolił ich zmienić, odrzucając wszystkie protesty i zakazując sądom niższej rangi przeprowadzania rozpraw.

Rolę sędziów w obalaniu tradycyjnych wartości dobrze ilustruje Meksyk. Niektóre regiony (jak np. Mexico City) uznały prawa gejów, natomiast inne nie. Sąd Najwyższy dwukrotnie (2010 i 2015 r.) rozszerzał prawa, uznając te związki za obowiązujące w całym kraju. Ostatni sukces sądów to Kolumbia, którą Sąd Konstytucyjny w kwietniu 2016 r. wprowadził do grona liderów postępu.

W części krajów, których system polityczny jest na tyle otwarty, że umożliwia penetrację przez Zachód, przyjmuje się środki obronne. W Rosji, na Litwie, a także w Kazachstanie przyjęto ustawy, które zabraniają promowania nietradycyjnych zachowań w przestrzeni publicznej.

 

Coraz bardziej tęczowa promocja demokracji

Prezydent Obama we wrześniu 2011 r. na Sesji Generalnej ONZ ogłosił globalną „walkę o prawa gejów i lesbijek, wszędzie!”. Jednocześnie wydał instrukcję dla administracji, dyplomacji, wszystkich agencji, by chroniły prawa osób LGBT. Homoseksualiści w całej swej globalnej palecie barw tęczy mogą świętować sukces, każdy członek uciśnionych seksualnych mniejszości może się czuć objęty ochroną rządu Stanów Zjednoczonych Ameryki. W grudniu w Genewie wszystkim członkom ONZ Hillary Clinton dobitnie wyjaśniła: Prawa gejów to prawa człowieka, a prawa człowieka to prawa gejów.

Stany Zjednoczone zajmują się szerzeniem demokracji na skalę globalną już od I wojny światowej. I to niezależnie, czy rządzą demokraci, czy republikanie. Nie jest to bowiem wynalazek amerykańskiej lewicy, ale fundamentalna metoda amerykańskiej dominacji nad światem. George W. Bush po inwazji na Irak stwierdzał: Polityką USA jest poszukiwanie i popieranie ruchów demokratycznych i instytucji w każdym narodzie i kulturze, w celu ostatecznego skończenia z tyranią na świecie. Jego sekretarz stanu – Condoleezza Rice, rozwijała tę tezę: Będziemy szerzyli wolność i demokrację na całym świecie. To jest globalna misja, którą prezydent Busha postawił przed Ameryką, i wielka misja dzisiejszej amerykańskiej dyplomacji.

W realizacji tej misji Ameryka stosuje cały szereg środków – politycznych, dyplomatycznych, gospodarczych. Podstawowe zadanie to piętnowanie przypadków naruszania praw człowieka, wspieranie organizacji, które walczą z tyranami na wszystkich szczeblach – od Białego Domu do poziomu ambasad. Używa do tego pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla krajów rozwijających się, naciska na sojuszników, by przyłączali się i finansowali prace, a z drugiej strony stosuje sankcje gospodarcze wobec państw nieprzestrzegających narzuconych wymogów. Zaangażowano ogromną liczbę amerykańskich instytucji rządowych oraz organizacji pozarządowych (NGO – nongovernmental organizations). Początkowo wysiłki administracji amerykańskiej były rozproszone, zadania zlecano wielu instytucjom rządowym, jednak teraz zadania zostały uporządkowane i zintegrowane. Dzięki temu USA skuteczniej naciskają na rządy, wspierają inicjatywy lokalne, zarządzają działalnością NGO.

Stany aktywnie promują prawa gejów na forum międzynarodowych organizacji. Najważniejsza z nich to Organizacja Narodów Zjednoczonych, gdzie trwa walka o definicję praw człowieka. USA i państwa Zachodu (w tym katolicka Polska) obstają przy uniwersalistycznej interpretacji, włączającej prawa homoseksualistów. Kraje takie jak Chiny, Rosja i praktycznie wszystkie nie-zachodnie państwa popierają interpretację, która dostosowuje pojęcie praw człowieka do kontekstu społeczno-kulturowego. Przegrywają one, gdyż głos Zachodu jest dominujący, a zasada uniwersalności praw człowieka umożliwia narzucanie wszystkim krajom jednego wzorca kulturowego, wykutego na Zachodzie.

Na tym forum Waszyngton organizuje różne inicjatywy i tworzą instytucje, specjalizujące się w sprawach mniejszości seksualnych (jak np. „U.N.’s LGBT Core Group”). Dzięki amerykańskim staraniom, wprowadzono do Rady Praw Człowieka ONZ pierwszego doradcę ds. orientacji seksualnej i gender.

 

Tęczowe ambasady i specjalny wysłannik

Bezpośrednio zaszczepianiem demokracji w innych państw zajmuje się Departament Stanu, czyli amerykańskie ministerstwo spraw zagranicznych. Jest w nim powołany specjalny departament demokracji, praw człowieka i pracy (Bureau for Democracy, Human Rights and Labor), który działa już od lat 90. Szefem tego biura jest Tom Malinowski, który wcześniej przez kilkanaście lat pracował w Human Rights Watch (wielkiej niezależnej organizacji pozarządowej). Jednym z jego zastępców jest Michael Kozak, więc można powiedzieć, że jesteśmy w swojskim towarzystwie. Zarządza ono organizacjami, działającymi na skalę globalną (United Nations Democracy Fund) czy regionalną (Broader Middle East and North Africa Infinitive’s Forum), prowadzi specjalny fundusz Global Equality Fund (GEF), do którego „zapraszani” są sojusznicy w walce o demokrację. Oni także muszą płacić na walkę na froncie wojny kulturowej. W funduszu to Chile i Urugwaj mogą zaistnieć jako donatorzy obok Niemiec, Francji czy Szwecji, pomagając $24 milionami dolarów organizacjom homoseksualnym w ponad 50 krajach. Ameryka zobowiązuje swoich sojuszników do usilnej pracy również u siebie. Najpierw trzeba zmienić nastawienia społeczne, i to na forum ONZ solennie obiecuje pani premier Norwegii, Erna Solberg, a pani prezydent Chile, Michelle Bachelet, przygotowuje ustawę o równouprawnieniu związków homoseksualnych z małżeństwami.

 

Ambasady amerykańskie stały się narzędziem bezpośredniej promocji homoseksualizmu. W czerwcu, Miesiącu Gejowskiej Dumy, odbywają się imprezy na całym świecie, które ambasady aktywnie wspierają, uczestnicząc w paradach, wywieszając tęczową flagę obok amerykańskiej. W 2011 r. ambasada USA w Pakistanie urządziła przyjęcie, „święto dumy homoseksualnej”, dla własnych pracowników, dyplomatów i lokalnych działaczy. Jednak pogorszyło to stosunki z władzami, a ze strony polityków padły oskarżenia, że poparcie i protekcja ze strony USA to najgorszy społeczny i kulturowy terroryzm wobec Pakistanu.

W 2013 r. na stanowiska ambasadorów zaczęto wysyłać zadeklarowanych homoseksualistów. Mianowano pięciu w krajach zachodnich, co nie wywołało sprzeciwu, i jednego w katolickiej Dominikanie. James “Wally” Brewster ze swoją żoną (mężem?) Bobem Satawake, wywoływali tam oburzenie, nawet ambasada Watykanu nie chciała ich razem zaprosić. Jednak gdy inne zachodnie państwa zagroziły bojkotem, Watykan ustąpił i gejowska para brylowała na przyjęciach państwa kościelnego.

Aby globalnym staraniom nadać odpowiedni priorytet, w kwietniu 2015 r. nominowano specjalnego wysłannika Departamentu Stanu do spraw mniejszości seksualnych – pierwszego na świecie dyplomatę o takiej specjalizacji. Został nim Randy Berry, ojciec dwojga dzieci, który robiąc „coming out”, zrobił ogromną karierę. Kilka lat wcześniej takie wyznanie, którego nie można było zataić przy „przeglądzie bezpieczeństwa”, skończyłoby się pożegnaniem z dyplomacją. Ale to już nie te czasy, teraz społeczności, korporacje i kultury kwitną, gdy realizują wartość różnorodności – twierdzi Randy.

Sekretarz Stanu John Kerry, mianując go, stwierdził, że jest to strategiczna konieczność, gdyż większa ochrona praw człowieka to większa stabilizacja i dobrobyt. Co charakterystyczne, republikańscy politycy nie chcieli komentować tego wydarzenia, choć liberalna prasa naśmiewała się z nich, że w tych sprawach byli zwykle bardzo wymowni.

Pełnomocnik jest globalnym apostołem nietradycyjnych orientacji seksualnych, dociera do różnych zakątków świata (w ciągu roku odwiedził 42 kraje), znajduje tam osoby, które z powodu swoich preferencji seksualnych nie są akceptowane społecznie, i wspiera je pieniędzmi, siłą amerykańskiej dyplomacji, chroni przed „represjami” i „wykluczeniem”. Zachęca też do „ujawniania się”, co ma oswajać społeczeństwo z homoseksualizmem jako „czymś normalnym”. Stąd coraz powszechniejsze „coming-outy” kolejnych polityków, artystów, osób publicznych. Media szeroko je nagłaśniają i mechanizm ten świetnie działa, gdyż odwołuje się do czułych strun w sercu człowieka, przyczyniając się do licznych konwersji i cudownych nawróceń na nowe seksualne skłonności. Berry opowiada publicznie historyjkę o pewnym szefie rządu (bez nazwiska rzecz jasna), który po usłyszeniu historii o ujawnieniu się pewnej lesbijki, zmienił swoje poglądy. Te ludzkie historie, osobiste dramaty, wciąż się powtarzają i są siłą co dzień zmieniająca ludzkie poglądy – zachwyca się wysłannik.

Jednak ta globalna promocja zgorszenia w bardziej konserwatywnych krajach raczej tworzy nowych męczenników niż przekształca opinię społeczną. Namawiając homoseksualistów do „większej widoczności”, Berry wie doskonale, do czego to prowadzi. Sam przyznaje, że ujawnienie się jest najważniejszą decyzją w życiu, która w wielu krajach świata prowadzi do agresji, a nawet daleko poważniejszych konsekwencji, nawet do egzekucji. Takie zachowanie wywołuje nasz szacunek i pomoc.

Amerykanie doskonale wiedzą, że w ten sposób prowokują radykałów do ekstremalnych zachowań. W Afryce tęczowa ofensywa amerykańska związana jest z „pomocą humanitarną”, dlatego chcąc zapobiec „promocji praw homoseksualistów”, w Ugandzie, Kenii, Nigerii, Liberii i Kamerunie wprowadzono karę śmierci za sodomię. Rauda Morcos, palestyńska działaczka lesbijska nazwała politykę amerykańską podejściem kolonialnym, które nie pomaga lokalnym społecznościom, wręcz pogarsza ich sytuację. Katolicki biskup Nigerii, Emmanuel Badejo określa to jako „imperializm kulturowy”. Jednak Waszyngton nie zaprzestaje swojej polityki, co stawia pod dużym znakiem zapytania szczerość jego intencji. Głoszone idee to godność i równość dla wszystkich, ale realnie kreuje się kolejne konflikty i cierpienia.

 

Brudne pieniądze pomocowe

Najważniejszym narzędziem globalnego wpływu jest agencja pomocy rozwojowej USAID. W swojej misji – „LGBT Vision for Action” – zobowiązuje się rozpowszechniać wolność i bezpieczeństwo ludzi o odmiennych preferencjach seksualnych na całym świecie. Słowo „pomoc” należy jednak wziąć w duży cudzysłów – środki oferowane przez USAID są uwarunkowane tak gospodarczo – pożyczki muszą być przeznaczone wyłącznie na zakup amerykańskich produktów, jak i politycznie – wymaga się dostosowania do amerykańskich standardów, obowiązujących wobec LGBT.

Schemat działania jest podobny: przeprowadza się badania sytuacji w jakimś kraju, z których wynika, że „mniejszości seksualne LBGT cierpią upokorzenia, są dyskryminowane”, ich preferencje seksualne są „stygmatyzowane”. Wtedy przystępuje się do działania, obejmującego szeroki wachlarz spraw: rodzinę (prawa do związków jednopłciowych), prawa pracy (by usunąć wszelkie nierówności, zakazy), ochronę zdrowia i edukację. Dzisiaj Agencja wydaje na te cele ponad miliard dolarów rocznie. Wspólny ze Szwecją program „LGBT Global Development Partnership” operuje dziesiątkami milionów dolarów rocznie, buduje (często od zera) lokalne organizacje aktywistów homoseksualnych, zapewniając im opiekę zdrowotną, wspierają ofiary przemocy, przeprowadza szkolenia i treningi (np. budowanie organizacji, wpływających na władze i instytucje kraju, w którym działają, posługiwanie się mediami do swoich celów). Korporacje płacą pieniądze, jeśli chcą korzystać z państwowej promocji biznesu. Pieniądze te z kolei wspierają fundacje, NGO, uniwersytety, a także małe przedsiębiorstwa, prowadzone przez przedstawicieli mniejszości seksualnych. Na celownik brane są także media, by nie były niechętne homoseksualizmowi, rządy i parlamenty, by zmieniały prawo.

Walka o prawa gejów nie omija także najważniejszych globalnych organizacji finansowych. Bank Światowy, w którym decydującą rolę gra Waszyngton, jest obok ONZ najważniejszym narzędziem globalnego wpływu. W zamian za pożyczki (określane jako „pomoc”) może zmusić do przyjęcia niekorzystnych warunków politycznych, a wśród nich uznania praw homoseksualistów. I potrafi je realnie egzekwować. Gdy Uganda wprowadziła radykalne prawo antygejowskie, Waszyngton odwołał wspólne manewry wojskowe, przerwał pomoc humanitarną i zastosował zakazy wjazdu do Stanów. W ślad za nim poszło kilka krajów zachodnich i Bank Światowy, który odciął pomoc dla szpitali, skazując chorych na brak leków i środków medycznych.

Bank uzasadnia swoją aktywność korzyściami ekonomicznymi, potrafi nawet wyliczyć, jak kosztowna dla gospodarki jest homofobia. Dla Indii wyliczono, że jest to między 0,1% a 1,7% PKB. Tak duży (i dyskredytujący badania) rozrzut szacunków bierze się z oceny, ilu homoseksualistów liczy populacja. BŚ wyliczył, że jest to między 0,6% a 3,8% siły roboczej. Ten wyższy szacunek oznaczałby, że wśród 450 milionów pracowników jest 17 milionów gejów i lesbijek. To szacunki wzięte z powietrza, jak i założenie, że przyznanie praw dałoby im wszystkim pracę, dodatkowe dochody i wzrost PKB. Bank na takich podstawach ogłasza: globalne zyski są jasne: średnio każde prawo przyznane osobom LGBTI oznacza wzrost PKB na mieszkańca o 300 dolarów. Jak to możliwe? Urugwaj, światowy lider praw homoseksualistów, wylicza, że dzięki liberalnym prawom rocznie przyjeżdża do nich 250 tysięcy turystów spragnionych nietradycyjnej miłości. Jasne więc, dlaczego rośnie PKB.

Jak wygląda działalność instytucji finansowych w krajach aspirujących do włączenia się do Zachodu, możemy na żywo obserwować na Ukrainie. Widać całą paletę działań wobec kraju, którego społeczeństwo, a nawet elity rządzące są głęboko przeciwne takim „nowościom” obyczajowym. Wtedy uzależnia się udzielenie pożyczki, a nawet przelew środków udzielonego już kredytu, od wprowadzenia „równego traktowania”. Określa się to fachowo jako conditionality, a mówiąc wprost, jest to zwykły szantaż wobec kraju, któremu grozi bankructwo. Pod tym naciskiem w 2015 r. Ukraińcy ugięli się, przyjmując prawo, na podstawie którego parady dumy gejowskiej to konieczność, chociaż wywołują powszechne bijatyki i mobilizują radykałów. Pieniądze Zachodu, szczególnie z „funduszy pomocowych” to klej spajający elity kolonii z centralą. Rzadko zdarza się ktoś tak oporny jak Robert Mugabe, prezydent Zimbabwe, określający pożyczki uwarunkowane politycznie jako „brudne pieniądze pomocowe” i odmawiający ich przyjęcia.

 

Tęczowe obywatelskie społeczeństwo

Organizacje pozarządowe (NGO) to podstawowe oddziały w walce o demokrację, które prezydent Obama wynosi na piedestał demokracji, ex-cathedra potępiając państwa, które ograniczają ich działalność (m.in. Węgry Viktora Orbana). NGO finansowane są z Ameryki przez instytucje państwowe, quasi-państwowe lub prywatne (jak fundusze Sorosa), nic więc dziwnego, że prezydent mówi: przeciwstawianie się represjom poza swoimi granicami, promowanie otwartego społeczeństwa za granicą leży w amerykańskim interesie.

Waszyngton bezpośrednio kieruje działaniami NGO, zachęcając wolontariuszy do aktywności w dziedzinach, którymi jest zainteresowany. Koszty takiego narzędzia politycznego są niskie, a rezultaty imponujące (patrząc choćby na przejęcie kontroli nad Ukrainą). Współpraca zaczyna się od ustalania przez Departament Stanu czy raczej Radę Bezpieczeństwa Narodowego celów działania, później przychodzi faza finansowania konkretnych zadań, na koniec nagradza się najlepszych. Funduje się „liderom zmian społecznych” stypendia w Stanach, gdzie w nagrodę przebywają nawet po kilkanaście miesięcy, szkoląc się na uczelniach amerykańskich, z których wiele specjalizuje się w „dyplomacji obywatelskiej”. Działaczom LGBT współpracującym z Departamentem Stanu okazuje się uznanie i nagradza. W 2014 r. Sekretarz Stanu John Kerry osobiście dziękował rosyjskiej działaczce lesbijskiej Mashy Gessen, która, jak mówił sprawia wiele kłopotów Moskwie, ale tu w Stanach, wiemy, że jest wspaniałą osobą i czujemy się uhonorowani jej obecnością u nas.

W wielu organizacjach pracują byli lub przyszli politycy i urzędnicy amerykańscy, którzy zmieniają stanowiska w administracji państwowej na instytucje niezależne i obywatelskie, jednak cele ich działań się nie zmieniają. Promocja demokracji jest bowiem kluczowym strategicznym celem amerykańskiego państwa. I to celem podporządkowanym bezpieczeństwu narodowemu. Mówią o tym kolejne raporty i dyrektywy Rady Bezpieczeństwa Narodowego. To ten organ państwowy jest najważniejszy przy analizach, wyznaczaniu priorytetów (w których krajach promować demokrację – np. Rosja czy Białoruś – a gdzie się od tego wstrzymywać – np. Arabia Saudyjska) i strategii ich realizacji. Decyduje również o budżecie i koordynacji działań.

Ben Rhodes, fachowiec od bezpieczeństwa narodowego, przekonuje działaczy NGO z całego świata: nasze wsparcie dla społeczeństwa obywatelskiego jest fundamentalne dla narodowych interesów, dla których pracujemy każdego dnia. Doktryna bezpieczeństwa narodowego w USA zawiera nie tylko sprawy tak oczywiste jak obrona kraju i systemu rządów, ale także rozwój, wspieranie, promocję globalnych interesów Stanów Zjednoczonych.

Osoby walczące o tak szczytne cele trzeba zabezpieczyć przed represjami, a oprócz interwencji dyplomatów w sprawach zagrożonych działaczy najskuteczniejsze są pieniądze. Waszyngton utworzył w 2011 r. specjalny fundusz, gwarantujący aktywistom w kłopotach bezpieczeństwo finansowe, o nazwie „Koło ratunkowe – Fundusz pomocy dla NGO w potrzebie” (Lifeline: Embattled CSOs Assistance Fund), wysokości kilku milionów dolarów, na który złożyły się także Czechy, Estonia, Litwa czy Norwegia. Dzięki tym pieniądzom ratunkową pomocą objęto przez ostatnie lata 879 organizacji w 97 krajach.

Organizacje NGO działają bezpośrednio na polu walki. W wielu krajach rozpoczynają od fundamentów budowanie lokalnego ruchu homoseksualistów. Poszukuje się osób i grup chętnych do udziału w takich zmaganiach, a znalazłszy nawet pojedyncze osoby, niekoniecznie nawet o odmiennej, nietradycyjnej orientacji seksualnej, otwiera się lokalne oddziały, tworząc ośrodki komunikacji i rozpowszechniania informacji, rozpoczynając lobbing wśród polityków, naciskając na tworzenie instytucji, takich jak rzecznik praw obywatelskich. Z takich dni jak „Parada gejowskiej dumy” czy „Międzynarodowy Dzień walki z homofobia, transfobią i bifobią” (gdyby ktoś nie wiedział, obchodzi się 17 maja) – czyni się święta, i to z udziałem ważnych polityków, wysokich urzędników czy ambasadorów obcych państw. Zachodnie NGO pozostają adwokatem młodych ruchów gejowskich za granicą, zapewniając im wsparcie postępowej opinii publicznej Zachodu. Po kilku latach pracy – slaby jeszcze, ale podhodowany nowy ruch zaczyna samoistne życie, choć na ciągłym zasilaniu, nagłaśnianiu i pod kuratelą „starszego brata” z Zachodu.

Kuratela ta polega także na wystawianiu cenzurek. Jedna z najbardziej znanych organizacji – Freedom House, nazywa się „niezależną” i „pozarządową”, choć jest finansowana głównie z amerykańskich źródeł rządowych. Uważa się za „katalizator” zmian demokratycznych w świecie, przyznając wprost, że walczy o przywództwo USA w pełnej wigoru opozycji wobec dyktatorów i opresji. Organizacja zbiera informacje na temat praw i wolności człowieka z całego świata. Co roku przygotowuje raporty o wszystkich krajach, przyznaje im rankingi „demokratyzacji”, które są rozpowszechniane w mediach. Prowadzi się także negatywne kampanie przeciwko tym państwom, którzy zaniedbują się we wdrażaniu demokracji.

Interesy jako wartości

Rozpowszechnianie amerykańskich wartości na świecie służy interesom USA. Jak to świetnie ujął John McCain: Dla Ameryki nasze interesy są naszymi wartościami, a nasze wartości są naszymi interesami.

 Globalne starcie Ameryki w obronie seksualnie uciśnionych pod sztandarami praw człowieka, godności i równego traktowania to próba postawienia się w roli moralnego przywódcy świata. Stany Zjednoczone po inwazji na Irak, Guantanamo, globalnej wojnie z terrorem mają problem wizerunkowy, co utrudnia osiąganie własnych interesów gospodarczych i politycznych bez użycia siły militarnej. Dlatego Obama próbuje odzyskać pozycję USA jako moralnego kompasu światowej społeczności. Kraje „moralne” mogą przecież wywoływać wojny czy bombardować inne państwa. Któż ośmieliłby się je potępić?

 

 

Andrzej Szcześniak

Czytany 489 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.