czwartek, 23 marzec 2017 22:38

Aktywnie wypełnić próżnię

Napisał

Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Ameryce wprawiło tamtejszy salon i żydokomunę w szok, z którego nie może ochłonąć do dnia dzisiejszego. Nastąpiła konfrontacja demokracji kierowanej z demokracją spontaniczną.

Demokracja kierowana polega na tym, że obywatele wprawdzie głosują, ale zgodnie ze wskazówkami pani wychowawczyni, podczas gdy demokracja spontaniczna polega na tym, że obywatele głosują, jak chcą. Zwolennicy demokracji kierowanej, a zwłaszcza grono samozwańczych guwernantek, przyzwyczaili się do – jak to się kiedyś mówiło – „posłuszeństwa gromady” do tego stopnia, że chyba zaczęli traktować je jako rodzaj „prawa nabytego”, które wszyscy powinni respektować. Toteż kiedy „gromada” się zbuntowała i nie posłuchała światłych wskazówek, grono guwernantek i żydokomuna nie tylko nie mogą ochłonąć ze zgorszonego zdumienia, ale nawet – jak słychać – podejmują starania, by ten odruch sprzeciwu wobec nowego prezydenta zinstytucjonalizować w formę ruchu politycznego. Ciekawe, do czego to doprowadzi, bo społeczeństwo amerykańskie jest trochę inne od wielu narodów europejskich, nie tylko dlatego, że jest stosunkowo dobrze uzbrojone, ale że nadal zachowuje stosunkowo wysoką zdolność do samoorganizacji, zwłaszcza na poziomie lokalnym. Jeśli zatem guwernantki i żydokomuna przeciągną strunę, to może dość do złamania konwencji, a wtedy mogą się też załamać dotychczasowe kryteria społecznej hierarchii. Mówiąc obrazowo, nawet najbardziej wpływowy finansista nie potrafi jednak schwytać w rękę kuli wystrzelonej w jego głowę. Warto o tym pamiętać, tym bardziej że w Ameryce nadal popularne jest spostrzeżenie, że wprawdzie Pan Bóg stworzył ludzi wolnymi, ale dopiero pułkownik Colt uczynił ich równymi.

To jednak są przede wszystkim zmartwienia Amerykanów, chociaż nie da się ukryć, że to, co będzie się działo w Stanach Zjednoczonych, bardzo szybko znajdzie przełożenie, jeśli nie na resztę świata, to w każdym razie – na tę jego część, która przynależy do tak zwanej cywilizacji zachodniej. Nie bez powodu zatem żydokomuna i postępactwo bije na alarm na wieść o obcięciu przez Donalda Trumpa środków na walkę z globalnym ociepleniem, „głęboką ekologię”, no i oczywiście – sodomitów i gomorytów. Jeśli inne rządy pójdą w jego ślady, to nieubłagany postęp może się załamać, a wahadło wychyli się w drugą stronę. W takiej sytuacji mielibyśmy nie tylko powtórkę z reaganowskiej rewolucji konserwatywnej, ale również zwrot, jeśli nawet nie o 180 stopni , to w każdym razie w kierunku zdecydowanie przeciwnym do wyznaczonego przez tak zwaną szkołę frankfurcką. Nic zatem dziwnego, że Donald Trump wzbudza taka furię wśród rewolucjonistów, którzy mobilizują przeciwko niemu proletariat zastępczy, przede wszystkim w postaci kobiet, wystraszonych perspektywą zaszpuntowania „cipek” – bo rewolucjoniści właśnie te „cipki” wysunęli na sztandary, pod którymi zamierzają szturmować Biały Dom – co expressis verbis wyraziła więdnąca pani Ludwika Ciccone, używająca pseudonimu „Madonna”. „Cipki” jako ultymatywny, strategiczny oręż, rodzaj politycznej broni jądrowej sił nieubłaganego postępu? Ładny interes!

Na razie jednak w natarciu jest prezydent Trump, który natychmiast po objęciu urzędu przystąpił do wydawania rozporządzeń zgodnie z przedwyborczymi deklaracjami, najwyraźniej pamiętając o pułapkach „tyranii status quo” – że jeśli polityk nie przeforsuje istotnych postanowień swego programu w pierwszych 100 dniach urzędowania, to nie zrobi tego już nigdy ze względu na tężejący opór materii.

Wśród takich posunięć, a właściwie – raczej deklaracji, jest również zapowiedź nominacji na stanowisko ambasadora przy Unii Europejskiej pana Teodora Mallocha, który w wywiadzie dał wyraz przewidywaniom rychłego załamania euro, a nawet obawom o przetrwanie samej Unii Europejskiej, przynajmniej w dotychczasowym kształcie. Na ile są to przewidywania i obawy, a na ile ujawnienie zadań, jakie zostały profesorowi Mallochowi powierzone w związku z funkcją, którą ma objąć – to dobre pytanie. Równie interesująca jest sprawa ewentualnych zmian w funkcjonowaniu Unii Europejskiej, o ile, ma się rozumieć, przetrwa. Otóż może chodzić o powrót do poprzedniej formuły współpracy europejskiej, to znaczy – do formuły sprzed traktatu z Maastricht. Traktat ten, który wszedł w życie w roku 1993, dokonał odwrotu od dotychczasowej formuły konfederacji, czyli związku państw, ku formule federacji, czyli państwa związkowego. Traktatowym uwieńczeniem tego odwrotu był traktat lizboński, którego najistotniejszym postanowieniem było proklamowanie 1 grudnia 2009 roku nowego podmiotu prawa międzynarodowego w postaci Unii Europejskiej, której politycznym kierownikiem są Niemcy. To przywództwo było niechętnie widziane już wcześniej przez Margaret Thatcher, która zresztą była również przeciwna zjednoczeniu Niemiec, uzasadniając to pół żartem, ale i pół serio, miłością do Niemców. Ja tak kocham Niemców – mówiła – że życzyłabym im, by mieli nie dwa, ale nawet dwadzieścia państw. Podobnie niechętnie patrzy na niemiecką hegemonię w Europie prezydent Donald Trump i dlatego tuż po jego wyborze niemiecki minister spraw zagranicznych Walter Steinmeier, łamiąc wszelkie dyplomatyczne konwenanse, w dość obcesowej formie zażądał od niego, by mu przedstawił kierunki polityki europejskiej USA pod jego kierownictwem. Najwyraźniej niemiecki minister starał się dowiedzieć, na co w sytuacji swoistego bezkrólewia w Stanach Zjednoczonych Niemcy mogą sobie pozwolić – na przykład, czy mogą sobie pozwolić na przeprowadzenie przesilenia politycznego w Polsce. Wprawdzie Donald Trump udzielił ministrowi Steinmeierowi odpowiedzi wymijającej, ale zarówno na tej, jak i pewnie na innych podstawach Niemcy musieli dojść do wniosku, że bezkrólewie, zwłaszcza w sytuacji hałaśliwego sprzeciwu wobec wyboru Donalda Trumpa, jest w USA na tyle głębokie, że można, a nawet należy skorzystać z okazji i przeprowadzić w Polsce kombinację operacyjną.

Część opozycji, wykorzystując pretekst w postaci próby ograniczenia dziennikarzom swobody poruszania się po Sejmie, 16 grudnia podjęła próbę zablokowania uchwalenia budżetu, co rodziłoby skutki prawne w postaci możliwości skrócenia kadencji Sejmu i rozpisania nowych wyborów. Wprawdzie prezydent Duda, w którego kompetencji leży podjęcie takiej decyzji, na pewno by jej nie podjął – ale właśnie o to chodziło, bo wtedy mógłby zostać oskarżony o blokowanie demokracji – a grupa posłów opozycyjnych ogłosiłaby się alternatywnym, a właściwie nie żadnym „alternatywnym”, tylko jedynym demokratycznym ośrodkiem władzy („tu jest Polska!”) i zaapelowałaby o uznanie jej przez Unie Europejską. Toteż Nasza Złota Pani podkręciła Jana Klaudiusza Junckera do wyznaczenia na 21 grudnia specjalnego posiedzenia Komisji Europejskiej do podjęcia stanowczych decyzji wobec Polski, a do Wrocławia przyjechał Donald Tusk, żeby w odpowiednim momencie stanąć na czele puczu, w charakterze przyszłego prezydenta. Zadbano również o przedstawienie w postaci minimajdanu. Przed Sejmem zaczęli gromadzić się ściągani w trybie alarmowym z całej Polski konfidenci zorganizowani w Komitecie Obrony Demokracji, a o randze zadania, jakie Nasza Złota Pani wyznaczyła starym kiejkutom w służbie BND, świadczyła osobista obecność pod Sejmem Najstarszego Kiejkuta III Rzeczypospolitej w osobie pana generała Marka Dukaczewskiego.

Jednak ustawa budżetowa została uchwalona – i chociaż między utytułowanymi krętaczami rozgorzały spory, czy legalnie, czy nie – to moment zaskoczenia w postaci pozoru legalności całego przesilenia został zlikwidowany, a w dodatku bezkrólewie w Ameryce okazało się znacznie płytsze, niż to oceniła BND. Do Polski przyleciał współpracownik Donalda Trumpa Rudolf Giuliani, który w dwugodzinnej rozmowie z prezesem Kaczyńskim dogadał się w imieniu wspólnych znajomych, a właściwie jednego, ale za to takiego, który starczy za Legion, to znaczy – Lejba Fogelmana. W rezultacie hamulec został naciśnięty z taką siłą, że wszystko poleciało na pysk: Komisja Europejska nie podjęła w sprawie Polski żadnych stanowczych decyzji, Donald Tusk z podwiniętym ogonem powrócił na „z góry upatrzone pozycje”, a „Die Welt” napisał nie bez pewnej melancholii, że chyba będzie trzeba pogodzić się z istnieniem Jarosława Kaczyńskiego. Toteż w chwili, kiedy piszę te słowa, czekamy na wizytę Naszej Złotej Pani w Warszawie. 7 lutego Nasza Złota Pani ma porozmawiać z prezydentem Dudą, panią premier Szydło i z Jarosławem Kaczyńskim – być może również o przyszłości Donalda Tuska, z którego – jak pamiętamy – właśnie Nasza Złota Pani zrobiła człowieka.

 

[...]

Czytany 197 razy
Więcej w tej kategorii: « Wojna o KGHM Droga do nowego świata »
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.