czwartek, 23 marzec 2017 23:18

Konserwatyzm limitowany

Napisał

Jak okiem sięgnąć planeta Ziemia w ostatnich latach odnotowała gwałtowny zwrot do swojego stanu początkowego, opisanego w Księdze Rodzaju, czyli bezładu. Zaledwie kilka dni zajęło ongiś Stwórcy, by ten chaos uporządkować, ale człowiek, z powodów bliżej nieokreślonych i domagających się teologicznego uzasadnienia, od wieków mozoli się nad tym, by ten proces odwrócić.

Zwolennicy tego, co uznano w świecie za postęp, dopuszczają się coraz większego demontażu porządku państwowego, społecznego, kulturowego i religijnego. Ostatnio osiągają oni znaczne sukcesy techniczne i działanie w tym kierunku bardzo przyspiesza. Zapobiec temu chce garstka pooświeceniowych niedobitków, którzy pragną zachować świat taki, jaki jest, niekiedy pozwalają sobie nawet na górne marzenia o powrocie do świata takiego, jaki był. Zdarza się, że osoby takie klasyfikują swoje poglądy jako np. prawicowe, albo konserwatywne, ale często, polegając wyłącznie na wrodzonej intuicji, pozostają przy bardziej ogólnym pojęciu zdroworozsądkowości.

Wydawałoby się, że ogień światowej rewolucji powinien już dawno zmieść z powierzchni ziemi wszelkie wsteczne siły, zwłaszcza że od wzniecenia przez nią pierwszego pożaru w Paryżu w 1789 roku upłynęło z górą 200 lat. Okazuje się jednak, że wykasowanie człowiekowi potrzeby porządku naturalnie weń wpisanego nie jest takie proste. Może o tym świadczyć choćby tak drobny przykład, jak ostatnio przeprowadzone w Polsce badania. Wynika z nich, że 96 proc. tzw. singli, co do których utarło się w powszechnej opinii, że należą oni w większości do środowisk liberalnych, szuka trwałego związku, a najważniejsze dla nich wartości to rodzina (67% badanych) i miłość (58%). Aż 74% singli w wieku 18-39 lat zadeklarowało, że chcą mieć w przyszłości dzieci. Jak widać z tego, lewicowy projekt inżynierii społecznej to często walka z wiatrakami. Odgięty bambus wraca do pozycji pionowej.

Obiecujący jest też przykład konserwatyzmu, nieco leniwie podnoszącego się jak feniks z popiołu w krajach poddanych uporczywemu i wieloletniemu praniu ideologicznemu, tak jak dzieje się to np. na Węgrzech, ale także w Rosji. Czy jednak siła destrukcji nie okaże się większa?

Obserwujemy ostatnio coraz śmielszy odwrót narodów europejsko-atlantyckich od narzucanego im nieporządku. Nowa (jak na razie bezkrwawa) anty-wiosna ludów pojawiła się ni z tego ni z owego, mimo ogromnych środków i nakładu pracy, przeznaczonych na remont rzeczywistości przez globalistów i finansowanych przez nich „postępowych” polityków i ideologów. Nie jest to na razie żadna kontrrewolucja, ale sam kierunek budzi zrozumiałe nadzieje ludzi umęczonych dyktaturą modernistów.

W wyniku wielu namacalnych zagrożeń, które są efektem ubocznym działań liberałów i lewicy, różne elektoraty zapragnęły powrotu opcji, najdelikatniej mówiąc – nieco mniej postępowej i poprawnej. Tak więc w USA nastąpił wybór Donalda Trumpa, a w Europie zapowiadają nam się gorące wybory m.in. we Francji, w Holandii i Niemczech. Wielka Brytania rozpoczęła proces opuszczenia Unii Europejskiej. Na Węgrzech od ładnych paru lat rządzi Viktor Orbán. W Polsce do władzy doszła partia przynajmniej deklaratywnie prawicowa i konserwatywna. Nawet wspomniana wyżej Rosja mozolnie buduje na arenie międzynarodowej opinię kraju dążącego do reaktywacji wartości odrzucanych obecnie przez tak zwany zgniły Zachód.

Obecna sytuacja polityczna nie jest prosta i stawia nowe siły przed prawdziwym światowym węzłem gordyjskim. Różnice ideologiczne, sprzeczność interesów, zapatrywania geopolityczne rodzą wiele wątpliwości i pytań o przyszłość tej dość, jak na razie, chybotliwej konstrukcji. Poziom wściekłości, czy nawet furii, którą wywołało to swoiste „przejęcie władzy” daje do myślenia. Zdajemy sobie coraz bardziej sprawę, że jest to być może ostatnia szansa zatrzymania świata pędzącego po równi pochyłej, na drodze do samozagłady, tym bardziej troska o przetrwanie i rozwój tego bytu spędza sen z powiek wielu ludziom o konserwatywnej wrażliwości.

Swoje miejsce w tej światowej tendencji ma oczywiście Polska. W tym przypadku troska o to, czy nasze władze podążają właściwym kursem, jest chyba najbardziej uzasadniona, bo dotyczy w sposób najbardziej bezpośredni naszej przyszłej egzystencji. Wielką euforią wielu Polaków przyjęło dojście do władzy partii Jarosława Kaczyńskiego, przedstawianej w wielu prawicowych mediach jako partia zdroworozsądkowa, katolicka i konserwatywna. Wielu z nas sądzi do dzisiaj, że PiS, dzięki swojej legendarnej uczciwości, rozwiąże wszelkie polskie wewnętrzne i polityczne dylematy, przywróci normalność, oddali zagrożenia kulturowe, gospodarcze itd., ale czy są to nadzieje w pełni uzasadnione?

Kulturowe przemiany a geopolityka

Obiegowa opinia głosi, że nasz kraj w stosunku do państw zachodniej Europy w różnych dziedzinach pozostaje ciągle jeszcze za owymi „murzynami”. Rozwój powinien być zawsze przedmiotem troski, ale istnieją dzisiaj niepodważalnie dziedziny, w których zacofanie naszego kraju czy społeczeństwa powinno chyba jednak cieszyć. Pewną ulgą napawa nasze zapóźnienie w przyswojeniu narzucanych nam z zewnątrz, ciągle modernizowanych tak zwanych praw człowieka, które dzisiaj kojarzą się Zachodowi głównie z obroną praw gejów i wolnością kobiety do popełnienia zbrodni w obrębie jej własnego łona. Wydaje się, że wystarczyłoby dzisiaj, po uzyskaniu władzy przez partię z nazwy prawicową, wykorzystać tę pozytywną skostniałość naszego narodu i dokonać mozolnego kulturowego odwrotu. Kłopot w tym, że, mimo deklaracji lidera partii rządzącej, dla PiS te kwestie nie są sprawą priorytetową. Jarosław Kaczyński radykalne dążenie do obrony wartości postrzega w kategoriach swojego niegdysiejszego stosunku do ZCHN-u, o którego dążeniach powiedział kiedyś, że jest to najlepsza droga do dechrystianizacji kraju.

Sporo katolików głosowało na PiS w przeświadczeniu, że partia ta zajmie się obroną wartości katolickich. To dość dziwne, bo sam PiS w swoich deklaracjach nigdy nie szedł w tym zbyt daleko. Nie usłyszeliśmy w żadnej oficjalnej wypowiedzi tego, że Prawo i Sprawiedliwość po objęciu władzy zajmie się projektem zaostrzenia przepisów dotyczących ustawy aborcyjnej. Nie powinno więc nikogo dziwić oświadczenie rzeczniczki PiS Beaty Mazurek: Aborcja nie jest tematem, które wywołało PiS. Chcemy trzymać się od tego jak najdalej. Nie chcemy, żeby PiS-owi temat aborcji był przypisywany. Aborcja to z jednej strony Ordo Iuris, który zostawiło temat na boku, z drugiej organizacje lewicowe.

Wersja oficjalna brzmi, że PiS przestraszył się rzekomo marszu kilku tysięcy rozhisteryzowanych lewaczek, finansowanego z pieniędzy Sorosa i niektórzy (działający ochotniczo) rzecznicy tej partii tłumaczą to – ponoć chwilowe – zaniechanie tematu aborcji strategią. Jest to, albo naiwność, albo świadome pacyfikowanie nastrojów części elektoratu. Bo nie chodzi tu przecież o żaden pragmatyzm, może już raczej o polityczny unik. Jarosław Kaczyński udowodnił wielokrotnie, że w sprawach dla niego ważnych kieruje się bardziej sercem niż rozumem. Wystarczy przytoczyć przykład działań podejmowanych w sprawie katastrofy smoleńskiej (czy, jak często publicznie się mówi – zamachu), które wywołują przecież wiele dysharmonii w społeczeństwie. Warto zadać sobie pytanie: czy np. święcenie kolejnych miesięcznic nie prowadzi, aby do obrzydzenia społeczeństwu (poza twardym elektoratem) pamięci o tym tragicznym wydarzeniu?

Brak zainteresowania tak drażliwymi na forum światowym zagadnieniami, jak np. pełny zakaz aborcji czy ideologia gender albo prawa gejów, da się wytłumaczyć estymą, jaką Jarosław Kaczyński darzy tzw. prawa człowieka. Są one, nie tylko dla niego, ale także wielu byłych opozycjonistów swoistą tradycją, przez której pryzmat ocenia się wszelkie inne idee, nie wyłączając nauki katolickiej. Oczywiście do tego ostatniego nigdy publicznie by się nie przyznał. O człowieku jednak świadczą jego czyny, nie słowa.

Koresponduje to z sanacyjnymi wzorcami, którym hołduje środowisko Jarosława Kaczyńskiego. Polska, Jarosława Kaczyńskiego, mimo że od II wojny światowej nie jest już krajem wielu kultur i zwyczajów, ma być jednym z liderów poszanowania ludzkich rozmaitości i partykularnych wolności, którego źródeł lider Prawa Sprawiedliwości doszukuje się tak w polskiej tradycji, jak i, czego dawniej nie ukrywał, w... niektórych zdobyczach rewolucji francuskiej. Etos ten, wyniesiony z długiej tradycji, nazwijmy to na potrzebę tego artykułu: niemcewiczowsko-lelewelowskiej, poprzez Sanację, zakonserwowany i zmodernizowany w środowiskach KOR-owskich, utrwalony w Porozumieniu Centrum, następnie wmontowany został w ideologię Prawa i Sprawiedliwości, może tylko w nieco bardziej wyselekcjonowanej – przesuniętej lekko na prawo formie. W partii tej od początku obowiązywał niepisany, utopijny, „solidarnościowy” konsensus, pomiędzy posłami o poglądach nieco bardziej na prawo a indywiduami pokroju Joanny Kluzik-Rostkowskiej czy Pawła Poncyliusza. Idea konsensusu, czyli nierzadko pogodzenia wody z ogniem, leży u fundamentów intencji Kaczyńskiego czy też całej formacji. To właśnie dlatego środowisko Prawa i Sprawiedliwości było rzecznikiem naszej akcesji do Unii Europejskiej – którą rzekomo mieliśmy zmienić od środka. To właśnie dlatego Lech Kaczyński, dla niepoznaki ociągając się, podpisał Traktat Lizboński. To wyjaśnia też dziwne zachowanie polskiej delegacji na forum ONZ w grudniu 2016 roku i jednoznaczne poparcie przez nią utworzenia mandatu Niezależnego Eksperta ONZ ds. przeciwdziałania przemocy ze względu na „orientację seksualną i tożsamość genderową” (!) – czyli światowego cenzora tzw. mowy nienawiści i zachowań, które nie podobają się tzw. homoseksualnemu lobby.

Niektórzy katolicy, zwłaszcza w dobie sprawowania urzędu przez obecnego papieża, tłumaczą, że przecież właśnie istotą chrześcijaństwa jest niesienie gałązki oliwnej, pokoju, w którego utrzymaniu potrzebny jest zawsze jakiś kompromis. Umyka im jednak, że w prawdziwym świecie nikt nie bierze jeńców. Druga strona rewolucji kulturowej, czerpiąc ze sprawdzonych heglowskich wzorców, kompromis postrzega jako formę postępu. Teza, antyteza, synteza. Jeśli tak spojrzymy na ideologię PiS-u, okaże się, że bliżej jej do myśli oświeceniowej niż do tradycji chrześcijańskiej, co tworzy chyba bardziej masońskie niż katolickie konotacje. Dla katolika, który toleruje neutralne i nieszkodliwe odmienności, nie ma kompromisu w sprawach tak fundamentalnych jak ludzkie życie czy deprawacja nieletnich, natomiast według Jarosława Kaczyńskiego – da się go zbudować. Może nie ma w tym nic dziwnego, zważywszy na to, że młodość Jarosławowi upływała w przyjaznej atmosferze środowiska „Krzywego Koła”.

Geopolityka to wszystko warunkuje

Innym problemem jest ideologiczne – do tego stopnia, że graniczące z absurdem i lekceważące zastane realia – przywiązanie do Zachodu i nienawiść do Wschodu. Nie bądźmy dziećmi, nie chodzi tu przecież Kaczyńskiemu o konotacje kulturowe. Nie opiera się on w żadnym wypadku np. na diagnozie profesora Feliksa Konecznego, który zajmował się różnicami kulturowymi pomiędzy Zachodem, a Wschodem. Takie np. zagrożenie inkulturacją przez część tzw. cywilizacji turańskiej w postaci ukraińskiej inwazji, nie wznieca w politykach PiS-u najmniejszego nawet niepokoju. Zalew przybyszów z Ukrainy osiągnął w zeszłym roku, a więc za kadencji tego rządu, jak szacowano, oficjalnie liczbę 1 miliona. No, chyba że w tym wypadku również działa owa magiczna moc oświecenia objawiająca się w tym wypadku wiarą w siłę demokratycznego ustroju, wedle którego ostatecznie wszyscy, którzy znajdują się w jego zasięgu, prędzej czy później zostaną braćmi. Na pewno tak, ale chodzi też o wybujały i doprowadzony do paranoi – historyzm, traktowany jako jedyny drogowskaz ideowy. Historyczny już dzisiaj bolszewizm rosyjski jest więc ciągle obecnym aksjomatem. Złożony, postsowiecki system kraju Putina ma dla PiS-u zawsze charakter jednoznaczny. Wystarczy, że błyśnie gdzieś w jakimś kontekście na Kremlu symbol sierpa i młota, staje się to wystarczającym powodem, by przedsięwziąć wrogie decyzje wobec „wiecznie komunistycznej” Rosji. Dzieje się to w zupełnym w oderwaniu, tak od realnych zagrożeń ze strony samej Rosji, jak i skutków takich działań. Czy taki model polityczny można uznać za konserwatywny, czyli, bazujący na realiach? Czy można go traktować jako dążenie do umiarkowanej, pokojowej, egzystencji z sąsiadami, służącej konsekwentnemu rozwojowi własnej ojczyzny, opieki, którą państwo powinno roztaczać nad powierzonymi mu obywatelami?

Nie zagłębię się tutaj w kwestię konserwatywnego szacunku dla tzw. całej prawdy, tej historycznej, ale i tej teraźniejszej, której części współczesnych polskich patriotów przysłania bielmo ulubionego kanibalistycznego mesjanizmu, żywiącego się własnymi wrogami, których, gdy brakuje – nierzadko trzeba sobie samemu naprodukować. Spójrzmy na to z innej strony: przecież nawet jeśli Rosja jest w XXI wieku rzeczywiście owym nadal groźnym sowieckim wrogiem publicznym, pragmatyk-konserwatysta, któremu leży na sercu dobro Polaków, zada sobie z całą pewnością pytanie: dlaczego więc do niej „fikamy”, jako bliski sąsiad i pierwszy ochotnik, który nie posiada odpowiedniego potencjału?

Obecnie pojawiają się też pytania o politykę USA pod rządami Donalda Trumpa, który między innymi przed wyborami deklarował złagodzenie relacji z Rosją. Niedawno, jak wiadomo, biuro prezydenta zaserwowało wypowiedź brzmiącą jak ultimatum – Rosja ma Ukrainie oddać Krym. Cieszą się środowiska Prawa i Sprawiedliwości, dla nich to oznacza dalsze wzmocnienie zachodniej flanki i, być może, sprowadzenie jeszcze większej ilości amerykańskiej armii. W rzeczywistości, jeśli Trump jednak pójdzie na konfrontację z Putinem, oznaczać to będzie dla nas jedynie dalszą eskalację napięcia między naszym krajem a jego bliskim i silnym sąsiadem, co dotyczy nie tylko naszego terytorium – na którym odbędzie się ów upragniony przez niektórych pojedynek, ale także rozciąga to napięcie w czasie. Wrogich działań tak szybko się nie zapomina. Rzutują one na wzajemne relacje – polityczne, gospodarcze a także społeczne. Tak to już jest, kostka domina powala następne. Dowodem na to są polskie resentymenty wobec narodów ościennych. Nawet Czechom Polacy do dzisiaj są niezbyt chętni, a wszystko to głównie z powodu niewielkiego Zaolzia. Przeminie Putin, a owoc naszych działań wobec Rosji, a nade wszystko nasze życzenie jej upadku – pozostaną. Może i jest to jakiś konserwatyzm, ale chyba również nie katolicki, którego mottem powinno być pawłowe: jeśli to od was zależy, ze wszystkimi pokój miejcie.

Zacząłem od spraw etycznych, a skończyłem na geopolityce i Rosji. Nieprzypadkowo, bo geopolityczny program Jarosława Kaczyńskiego pozwala jeszcze lepiej zrozumieć decyzje podejmowane przez ten rząd w sprawach moralnych. Przywiązanie do Zachodu w kontekście rosyjskim staje się powodem licznych ustępstw. Także dlatego PiS ociąga się lub jest całkowicie niechętny ustawie aborcyjnej czy z wymówieniem tzw. konwencji przemocowej[1]. Musi być blisko Zachodu, a za to trzeba płacić wypełnianiem dyrektyw i dostosowywaniem naszego „zapóźnionego” społeczeństwa do postępowych norm jedynie słusznej światowej demokracji.

Zachód, jako gracz profesjonalny, bezbłędnie zawsze wykorzystywał wszystkie swoje mocne strony oraz słabe strony przeciwnika. Może dlatego PiS uznał właśnie, jak komunikuje strona stop-seksualizacji.pl, że: zajęcia wychowania seksualnego, które obecnie prowadzone są w ramach wychowania do życia w rodzinie (WDŻ) nie są wystarczające i do szkół ponadgimnazjalnych mają trafić zajęcia opłacone przez Ministerstwo Zdrowia w wymiarze dodatkowych 40 godzin dla tych szkół w całej Polsce! Tym samym szerzej otwiera się bramę do szkół organizacjom lewicowym, promującym seksualną nienormatywność. Jest to oczywistą konsekwencją powstrzymania się od wypowiedzenia w/w konwencji o przemocy wobec kobiet, która zawiera między innymi wymóg zorganizowania w kraju, który ten dokument podpisał, takiej właśnie pseudoedukacji, a w rzeczywistości seksualnej propagandy – która ma dokonać dalszego spustoszenia kulturowego w młodym pokoleniu, według wytycznych Szkoły Frankfurckiej. Ale PiS tego nie widzi, nigdy widzieć nie chciał, są dla niego sprawy ważniejsze, a zagrożenia płynące z Zachodu to temat drugorzędny.

Zachód jest PiS-owi bliższy sercu niźli koszula ciału, mimo odbywającej się obecnie nagonki wobec polskiego rządu. Dochodzi do tego, że podskakujący wobec Putina pierwszy światowy rzecznik praw ukraińskich, czyli rząd RP, w sytuacji Brexitu gotów jest podążyć drogą Donalda Tuska, który podobno dziadka miał w Wermachcie, i przytula się ostentacyjnie do serca Angeli Merkel. A trzeba powiedzieć, że takie otwarcie dla pragmatycznych Niemców związane jest zawsze z jakąś korzyścią. Pozostaje otwarte pytanie: co na tym straci Polska?

I nie chcę być tutaj rzecznikiem zaniechania kontaktów gospodarczych i politycznych z Europą (również z Niemcami). Odnosimy jednak wszyscy wrażenie, że Polska miała być krajem poważnym, a znów traktowana jest jak tania dziewka. Niewiele trzeba, żeby sobie z nią użyć. Jakieś deklaracje bezpieczeństwa, kontyngent wojska.

Nie taka jest polityka Viktora Orbána, który wytoczył męski pojedynek organizacjom międzynarodowym i który nie waha się podpisywać umów handlowych z Rosją. Nie bardzo też wpasowujemy się w myślenie ewentualnych zwycięzców następnych wyborów w wielu krajach europejskich, które pod wpływem najazdu barbarzyńców i lewicowych kagańców deklarują pragmatyzm i skorzystanie z alternatywnych sojuszy. Polskie władze zachowują się tak, jakby zupełnie nie orientowały się, o co dzisiaj toczy się gra. A świat uległ przebiegunowaniu, czy bardziej może przemieszaniu i ludzie mają coraz bardziej dość zachodniego apodyktycznego modelu demokratyzmu. Jak wykazało ostatnie badanie Gallupa – obywatele takich krajów NATO, jak Bułgaria, Grecja, Słowenia czy Turcja, w ewentualnej wojnie między Rosją a Stanami Zjednoczonymi, woleliby nie walczyć po stronie USA, lecz po stronie ich przeciwnika. Na Ukrainie po stronie Rosji chętnie stanęłoby aż 50% obywateli (!).

Amerykańska doktryna wzniecania rewolucji, i bezpardonowego ingerowania w sprawy zagraniczne doprowadziła w ostatnich latach do zacieśnienia sojuszy pomiędzy Rosją i Chinami. Z całym szacunkiem dla naszych speców od geopolityki, którzy dobrożyczeniowo ogłaszają niechybny i bliski konflikt na linii Moskwa–Pekin, być może w jakiejś dłuższej perspektywie musi do niego dojść, ale na pewno, póki Stany Zjednoczone nie ochłodzą swoich zapędów, nic takiego nie nastąpi. Jest możliwa zmiana kursu USA za kadencji Donalda Trumpa, który brzmiał w wyborach jak izolacjonista z początku XX wieku. Póki co jednak administracja otaczająca prezydenta to w dużej mierze „jastrzębie” i wszystko zależy od tego, jak poradzi on sobie w tej wewnętrznej przepychance i czy zdoła wymienić ludzi na stołkach.

Tak jak zaznaczyłem na początku tego tekstu, obecna polityka polska w żadnej wersji tej układanki nie przyniesie Polsce wymiernych korzyści. Ameryka agresywna wobec Rosji oznacza polski poligon. Umiarkowane relacje, a tym bardziej przyjaźń między Trumpem i Putinem to bilateralne stosunki ponad naszymi głowami. Partia rządząca woli raczej, wzorem romantyków, bazować na wizualizacji swoich marzeń i symbolach. Waszczykowskiemu i Macierewiczowi wystarczy widok amerykańskiego czołgu w obrębie naszych granic, co ma rozpalać serca i umysły marzeniem o potędze. To taki substytut dla Polaków, gdy inni zajmują się dyplomacją, handlem i bogaceniem się.

 

Wojciech Trojanowski

 


[1]    Konwencja Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Narzuca ona między innymi Polsce wprowadzenie do języka prawnego terminu płeć gender, narzuca tzw. edukację antydyskryminacyjną. Są w niej zapisy o karaniu werbalnej dyskryminacji, która może mieć np. podłoże religijne i kulturowe.

Czytany 503 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.