niedziela, 22 październik 2017 22:04

Narodowej wspólnoty i skutecznego rządzenia uczmy się od Szwajcarów

Napisała

Z Janem Wojciechem Kubaniem, przedsiębiorcą, menadżerem, wolnościowcem, prezesem Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego, rozmawia Agnieszka Piwar.

 

Górzysty kraj, niewielkich rozmiarów, bez dostępu do morza. A jednak Szwajcarom się udało. Od kilku pokoleń nieprzerwanie są jedną z najbogatszych gospodarek świata. Na tle innych europejskich państw wyróżnia ich system, w którym to nie politycy czy urzędnicy albo – mniej lub bardziej – idiotyczne przepisy, lecz sami Szwajcarzy decydują o sobie. Jak to wygląda w praktyce?

Rzeczywiście, to nie rząd szwajcarski, tylko obywatele podejmują najważniejsze decyzje w kraju. U Szwajcarów funkcjonuje zasada subsydiarności, czyli spuszczania całej władzy w dół – im bardziej, tym lepiej. Mieszkańcy Konfederacji Szwajcarskiej są nieufni wobec populistycznych haseł polityków i łatwych rozwiązań, dlatego biorą odpowiedzialność za swoje otoczenie i rządzą się sami. Robią to za pomocą demokracji bezpośredniej, której najważniejszym narzędziem są referenda. Odbywają się one zarówno na szczeblu ogólnokrajowym, jaki i w poszczególnych kantonach, czyli odpowiednikach naszych województw oraz w gminach.

 

Jakiś przykład?

Na zasadzie inicjatywy ludowej ktoś zaproponował, żeby przeprowadzić ogólnokrajowe referendum dotyczące zarobków prezesów spółek państwowych. Wniosek przeszedł. Każdy obywatel uprawniony do głosowania otrzymał potrzebne materiały drogą korespondencyjną. Znalazły się w nim informacje dotyczące proponowanej ustawy, przede wszystkim treść projektu, argumenty wnioskodawców i przeciwników, stanowisko Rady Federalnej (najwyższy organ władzy wykonawczej, coś w rodzaju naszej rady ministrów) oraz opinie wszystkich partii politycznych. Do materiałów do głosowania dołączono zwrotną kopertę i broszurę wyborczą.

Ostatecznie Szwajcarzy na drodze referendum przegłosowali, że prezesi państwowych spółek mogą zarabiać nie więcej niż trzydziestokrotność pensji podstawowej. Czyli nie są to już dziesiątki tysięcy miesięcznie czy nawet miliony – jak bywa u nas, w Polsce. Zaoszczędzone w ten sposób przez Szwajcarów pieniądze idą do firmy, która jest podmiotem prawnym, dzięki czemu przedsiębiorstwo może się rozwijać. Uważam, że jest to bardzo dobre rozwiązanie.

Życzyłbym sobie, żebyśmy jako Polacy mieli możliwość sprawdzenia firm państwowych, gdyż są one naszym wspólnym dobrem narodowym. W związku z tym powinniśmy mieć prawo wiedzieć, ile prezesi takich spółek rzeczywiście zarabiają i co faktycznie robią. W powszechnym bowiem mniemaniu nie robią nic, a zarabiają o wiele za dużo.

O ile się orientuję, w Szwajcarii każdy może sprawdzić nie tylko finanse państwowych przedsiębiorstw, ale także deklaracje podatkowe sąsiada, a więc osoby prywatnej. Czemu służą takie kontrole?

Każdy obywatel Szwajcarii sam płaci podatki. Pracodawca wypłaca mu pensję, a obywatel potem sam sobie oblicza podatek i sam go płaci. Uważam, że jest to dobre rozwiązanie, ponieważ Szwajcarzy mają świadomość, ile państwo ściąga z ich podatków, tj. czują ten ciężar fiskusa – w przeciwieństwie do Polaków, za których to pracodawca płaci podatki. Wydaje mi się, że prawo wglądu w deklaracje podatkowe osób z gminy, w której się mieszka, jest sprawą bardzo istotną, ponieważ jest to element kontrolujący wobec tych, którzy łatwy zarobek zdobyli na przekrętach i oszustwie. Tak że tę zasadę natychmiast bym od Szwajcarów przejął.

Obawiam się, że w Polsce – ze względu na wieloletnie doświadczenie komuny – mogłoby się to kojarzyć z donosicielstwem.

Dlatego przydałaby się debata społeczna na ten temat. I znowu model szwajcarski. Jeśli ktoś chce coś zrobić na swojej posesji, musi tę kwestię przedyskutować z sąsiadami. Prowadzi to do tego, że musimy z sąsiadami rozmawiać, tym samym poznajemy ich i ich problemy, a oni nasze. Potem wspólnie musimy podjąć decyzję. Mam sąsiadów, którzy koszą trawę spalinowymi kosiarkami w niedzielę. Nie podoba mi się to. W Szwajcarii musieliby się mnie zapytać, czy się z tym zgadzam. I jako sąsiedzi musielibyśmy wypracować wspólnie takie rozwiązania, któreby pasowały obu stronom. Być może my jako PAFERE – albo jakaś inna grupa – wystąpimy z tym zagadnieniem i zaproponujemy pewne rozwiązanie. Potem na forum ogólnokrajowym moglibyśmy to przedyskutować, a następnie poddać pod referendum.

A jak Szwajcarzy rządzą na szczeblu lokalnym?

(Śmiech) Zna pani polskie powiedzenie, że drogowców znów zaskoczyła zima, prawda? We wsi, w której mieszkałem, nikt nie był zaskoczony. Gdy wstawałem o 6.30, wszystkie drogi i chodniki były odśnieżone. Zima nikogo tam nie zaskakiwała. To gmina – o przepraszam za formę bezosobową – wszyscy mieszkańcy wioski na zebraniu rozpatrywali oferty swoich sąsiadów, którzy chcieli odśnieżać ulice. Wybierano tych sprawdzonych, którzy nigdy nie zawiedli, których nigdy nie zaskoczył opad śniegu. To mieszkańcy sami wybierali tych, którzy mieli odśnieżać ich drogi i chodniki, i to mieszkańcy sami za to płacili. Czy pani wie, kto odśnieża pani chodnik i ile to kosztuje? Jeśli nie, to znaczy, że zasada subsydiarności w naszym kraju nie funkcjonuje.

Wielka szkoda, bo jeszcze kilka lat temu u mnie na mazowieckiej wsi śmieci wywoził okoliczny przesympatyczny rolnik. Teraz burmistrz pobliskiego miasteczka zabrał mu tę pracę, a moje śmieci wywozi firma z tego miasteczka. Firma, na pracę której nie mam żadnego wpływu. Wtedy, gdy mi bardzo zależało, wywożący mówił: „Jestem bardzo zajęty, dlatego przyjadę za dwie godziny”, teraz mi mówią: „Zabierzemy następnym razem, za dwa tygodnie”.

Wizytówką Szwajcarów jest ciężka i solidna praca. A co z tymi, którzy nie dopasowali się do tego etosu?

Szwajcarzy mają świadomość, że w każdym społeczeństwie są ludzie, którzy mogą być biedni, czy to z lenistwa, czy z powodu niezaradności, i w związku z tym nie potrafią zarobić. Helweci wiedzą, że takim ludziom trzeba dać możliwość zarobienia, aby mogli jakoś funkcjonować. Dla przykładu, wielcy prezesi, stojący na czele dochodowych firm, część zarobionych pieniędzy potrafią skanalizować w kierunku właśnie tych biedniejszych. Przeciętny pracownik kiosku w Szwajcarii zarabia około 3-4 tysiące franków. Jest to jest całkiem normalna pensja, za którą można wynająć mieszkanie i godnie żyć.

Ponad jedną czwartą mieszkańców Szwajcarii stanowią obcokrajowcy. To zdecydowanie największy wskaźnik imigrantów w Europie. Tymczasem wieści o problemach z imigrantami docierają do nas nie ze Szwajcarii, ale z Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Szwecji czy Hiszpanii, gdzie obcokrajowców – wbrew obiegowej opinii – jest przecież znacznie mniej. Jak ten fenomen spokojnej i bezpiecznej Szwajcarii można wytłumaczyć?

Szwajcarzy opierają się na systemie twardej polityki wobec imigrantów. Kiedy w 1990 roku pracowałem w Szwajcarii, nie miałem zamiaru tam się osiedlać. Jednak z ciekawości zapytałem: – Gdybym zdecydował się nie wracać do ojczyzny, to co musiał bym zrobić, aby zostać Szwajcarem uprawnionym do głosowania? Znajomi wyjaśnili: – Bracie, przynosisz trzysta tysięcy franków w walizce, wtedy być może powiedzą ci, że jesteś tym obywatelem (śmiech).

Normalnie wygląda to jednak tak, że trzeba przejść przez kilkanaście szczebli wtajemniczenia i, co najważniejsze, dostać aprobatę gminy – czyli większości mieszkańców gminy, aby zostać pełnoprawnym obywatelem tego kraju. Do ostatniego szczebla dochodzi się po około 25 latach nienagannej pracy w Szwajcarii. I o tym, czy ktoś zostanie obywatelem nie decyduje urzędnik, tylko, znów demokracja bezpośrednia, mieszkańcy gminy. To lokalna wspólnota wystawia kandydatowi certyfikat, czy nadaje się na nienagannego obywatela Szwajcarii.

(...)

Agnieszka Piwar

Czytany 235 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.