środa, 24 styczeń 2018 22:06

Ofiary do dziś niepoliczone

Napisane przez

W międzywojennej Polsce trudno było o nadzieje na bezpieczny byt państwa odradzającego się po ponad stuleciu niewoli. I na zachodzie, i na wschodzie sąsiadami były dyszące żądzą podboju zaborcze potęgi, naszej ojczyźnie odmawiające prawa do istnienia. W lewicowym – hitlerowskim i leninowskim – wydaniu za jedną z metod swego ustroju przyjęły one ludobójstwo, a za cel panowanie nad światem. Niemiecko-sowiecka napaść z września 1939 roku była więc początkiem największego koszmaru w naszych dziejach.

W Niemczech (w dużej mierze na Universität Breslau, wówczas nazistowskim prymusie, do którego tradycji tak ochoczo dziś się odwołuje część „naszej” profesury, nagradzana splendorami, jakimi słabe ogniwa polskiej elity zanęcają możni sąsiedzi zza Odry) długo przed wybuchem wojny opracowywano szczegóły Generalplan Ost. Jednym z pierwszych jego akordów były masowe wysiedlenia Polaków z Wielkopolski i Pomorza, rozpoczęte już jesienią 1939, w myśl szczegółowych rozporządzeń autorstwa Theodora Schiedera. Nazisty tego, „prawej ręka Himmlera w kwestii czystek etnicznych”, jak większości niemieckich zbrodniarzy, nigdy nie ukarano. Przeciwnie – już w 1945 roku zainicjował on w Niemczech działalność „wypędzonych”, seriami publikował książki o „niemieckich cierpieniach” i do spokojnej śmierci w roku 1984 pożądaną w RFN wersję historii upowszechniał jako wykładowca uniwersytecki.

Plan Schiedera, jeden z zasadniczych niemieckich celów wojny, zrealizowany został tylko w części. Całość, w postaci Generalplan Ost, zakładała pozostawienie nad Wisłą przy życiu nie więcej niż paru milionów Polaków, rozproszonych jako niewolnicy w służbie niemieckich panów. O sowieckich zamierzeniach w stosunku do Polski świadectw mamy mniej, ale cykl wspólnych konferencji NKWD i Gestapo, rozpoczętych m.in. w Zakopanem i Krakowie już w1939 roku i w następstwie których wiosną 1940 obydwaj najeźdźcy w Palmirach, Charkowie, Miednoje, Katyniu wymordowali czwartą część polskiej inteligencji – to fakty mówiące same za siebie.

Od 78 lat trwa dyskusja, czy Polska w roku 1939 mogła uniknąć katastrofy. Najpoważniejsza z analiz wyszła spod piór prof. Janusza Osicy i red. Andrzeja Sowy („Alternatywna historia II wojny światowej”, wyd. Bellona 2012). Z dużym znawstwem przedmiotu podjęli oni próbę odpowiedzi na pytanie o odmienne warianty rozwoju wydarzeń w sytuacji, gdyby zagrożona Polska dokonała innego wyboru. Według autorów spośród dwudziestu najbardziej prawdopodobnych scenariuszy tylko dwa dawały Polsce szanse finału korzystniejszego od tego, jakim okazał się być rok 1945. Wiele wskazuje na to, że przerażająca prawda jest właśnie taka – w latach II wojny światowej Polska doznała strat o wymiarze katastrofalnym, ale finał tej wojny mógł być dla Polski jeszcze gorszy. Włącznie z takim, który oznaczał ostateczne zamknięcie historii naszego narodu.

Nie da się zaprzeczyć, że Polska z wojny wyszła jako kraj nie tylko najbardziej zniszczony, ale też przez głównych zwycięzców potraktowany gorzej niż Niemcy – architekci totalnej zagłady i sprawcy wojny. Występujący w roli „wyzwoliciela” najeźdźca sowiecki zagarnął połowę terytorium Polski. Przyłączenie ziem zachodnich i północnych uznać można jedynie za namiastkę rekompensaty. Z pięciu najważniejszych centrów polskiej kultury – dwa zostały Polsce wydarte, stolica fizycznie niemal przestała istnieć, a Kraków i Poznań poniosły ogromne straty w zakresie swojej substancji zarówno ludzkiej, jak i materialnej. Podczas gdy większość narodu najeźdźców już parę lat po wojnie mogła się cieszyć wolnością, a wkrótce także bogactwem i polityczną potęgą – Polska o niepodległość i szanse rozwoju walczyć musiała przez pół wieku. Do doszczętnie zrabowanej przez Niemców Polski nigdy nie powróciła większość ukradzionych nam pamiątek naszej kultury. Złożona z kilkuset tysięcy pozycji lista strat pozwala sądzić, że w wielu tysiącach niemieckich domów ciągle wiszą zabytkowe obrazy, ukradzione w Polsce.

Jak wiadomo – do 1953 roku z ówczesnej NRD do Polski trafiało to, co wraz z sowieckim hegemonem nazywano „odszkodowaniami”. Były to np. miliony tomów dzieł Stalina, drukowanych po polsku we wschodnich Niemczech. To, że przedstawiciele dzisiejszego państwa niemieckiego o takiej formie „zadośćuczynienia” potrafią mówić jako o „pełnym uregulowaniu sprawy niemieckich win wobec Polski”, dużo nam mówi o politycznych i moralnych standardach obowiązujących w RFN, a także o rzeczywistych poglądach i mentalności współczesnych Niemców.

Na własne oczy widzimy dzisiaj, jak płytkie i pozorne są mentalne zmiany, które rzekomo miały się dokonać w ostatnich generacjach naszych zachodnich sąsiadów. Podniesienie tematu reperacji obnażyło też liczebność i skalę zaangażowania środowisk, strzegących we współczesnej Polsce niemieckich interesów i pielęgnujących niemiecką narrację.

Hańbą zarówno PRL-u, jak i III RP, jest brak choćby przybliżonego polskiego bilansu ludzkich ofiar II wojny światowej. Liczba 6 milionów i 28 tysięcy została wymyślona przez Jakuba Bermana jako szacunek niepoparty żadnym rzetelnym badaniem. Ciągłe powtarzanie tego wymysłu dowodzi rozmiaru zaniedbań, z jakimi mamy do czynienia w opisie własnej tragicznej historii. Jedyną bowiem liczbą, co do której nie ma wątpliwości, jest różnica, między liczbą mieszkańców naszego kraju, wyliczoną przez GUS w roku 1946 i 1938. Z danych tych wynika, że w latach obejmujących wojnę populacja Polski spadła o 11 milionów 257 tysięcy. Oczywiście tak radykalna depopulacja w części była też wynikiem wychodźstwa i zmiany granic. Biorąc te fakty pod uwagę, większość poważnych historyków ocenia jednak, że śmiertelnych ofiar wśród obywateli naszego kraju było najprawdopodobniej nie sześć, ale około ośmiu milionów.

 

[...]

 

 

Czytany 279 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.