czwartek, 25 styczeń 2018 08:19

Z czym do Azji?

Napisał

Europa i Azja przez część geografów traktowane są jako jeden kontynent, najrozleglejszy (ponad trzecia część światowej powierzchni lądu) i najliczniej zaludniony (70% populacji globu). Sama Azja obejmuje obszar czterokrotnie większy od Europy, a liczbą ludności przewyższa ją siedmiokrotnie, toteż z tego powodu nie jest całkiem pozbawione słuszności mówienie raczej o subkontynencie europejskim, na podobieństwo subkontynentu indyjskiego. Wobec cywilizacyjnego, kulturowego, antropologicznego, gospodarczego itd. zróżnicowania Azji, wydaje się Europa, szczególnie bez swoich wschodnich i południowo-wschodnich peryferii (czyli przedproży azjatyckich), niemalże monolitem.

Inna unia

„Azja to rzecz cienka” (delikatna, subtelna), jak powiada znane rosyjskie porzekadło. Niuanse, czasami nieuchwytne dla przeciętnego mieszkańca Zachodu, odgrywają w licznych azjatyckich etnosach role czasami trudne do przecenienia. Toteż w kontaktach z większością Azjatów ogromne znaczenie ma empatia, a także znajomość etykiety i obyczajów. Choć postępy globalizacji sprawiły, zwłaszcza w kontaktach biznesowych, że np. Chińczycy zakładają półbuty oxford do wizytowych garniturów i używają angielskich imion, jednak wciąż tkwią w tradycji swojego narodu ze wszystkimi jej konsekwencjami. Specyfika poszczególnych regionów Azji, czasami różniących się od siebie diametralnie, sprawia, że nie można całej jej wrzucać do jednego worka.

W potocznych wyobrażeniach Polaków, na których mentalność chcąc nie chcąc wpływ miało antemurale christianitatis, największy kontynent świata kojarzony jest raczej negatywnie. To półświadome uprzedzenie wynika z utrwalonych stereotypów – przykładem może być obiegowa przepowiednia o „zalewie żółtej rasy” (na razie Europa doświadcza potopu ciemniejszej barwy...) – czy choćby ciągle gdzieś funkcjonujących w języku wyrażeń w rodzaju „azjatyckie barbarzyństwo”, „azjatyckie hordy”, pojęć w najświeższej pamięci narodu kojarzonych z bolszewikami, ale umocowanych w głębokiej przeszłości echem najazdów mongolskich i tatarskich.

Ponadto właściwa mieszkańcom Starego Kontynentu optyka europocentryczna sprawia, że terminu Eurazja używamy bardzo rzadko. Przeciwnie jest w Rosji. Moskwa to naturalny eksponent ideologii euroazjatyckiej, chętnie odwołuje się do niej przy różnych projektach, nie tylko zresztą o charakterze geopolitycznym. Nie wszystkie te przedsięwzięcia przynoszą oczekiwane rezultaty, lecz przy poruszaniu – szczególnie z perspektywy polskiej – zagadnień azjatyckich trudno pominąć kwestię rosyjską. Ostatecznie Rosja uważa samą siebie (i tak czasami jest postrzegana) za wrota do Azji dla Zachodu, nie tylko w Europie, ale również dla Stanów Zjednoczonych w rejonie Pacyfiku. Taki pogląd w obecnej sytuacji politycznej i ekonomicznej trąci przesadą oraz megalomanią, jednak Rosjanie ciągle upatrują swoją wyjątkowość między innymi w tym, że kraj ich sięga Zachodu i penetruje Wschód. W swoim mniemaniu są zwornikiem łączącym najlepsze elementy obu tych wartości. Sztandarowym przykładem interkontynentalnej inicjatywy Moskwy jest Euroazjatycka Unia Gospodarcza, która ponad trzy lata temu zastąpiła EWG (w tym wypadku skrót ten należy odczytać jako Euroazjatycka Wspólnota Gospodarcza), twór stanowiący mutację związku celnego Rosji, Białorusi i Kazachstanu. W obecnym kształcie Unia, pomimo szumnej nazwy, jest organizacją raczej kadłubową (zrzesza pięć państw), w której rej wodzi naturalnie Rosja. I tak ma oczywiście pozostać, niezależnie od tego, czy i jakie następne kraje przystąpiłby do tego związku. Kolejki chętnych raczej nie widać, a z nowego EWG jeszcze dziesięć lat temu po krótkim członkostwie wystąpił Uzbekistan, po Ukrainie najliczniejsza ludnościowo była republika sowiecka, nie licząc rzecz jasna metropolii. Termin „unia” w oryginale brzmi naturalnie sojuz.

Charakter i tradycje państwa rosyjskiego sprawiały, że pojęcie unii w rozumieniu zachodnim było mu obce. Warto w tym miejscu wspomnieć o wykoncypowanym w Rzeczypospolitej po śmierci króla Zygmunta Augusta projekcie unii troistej, czyli połączenia Korony i Litwy z Moskwą; dzieje tego pomysłu są szczególnym przyczynkiem w relacjach polsko-rosyjskich. Związek zakładający partnerstwo podmiotów, nawet w oparciu o zasadę primus inter pares, już z natury wschodniej despotii budził w niej odrazę. Od końca lat czterdziestych ubiegłego stulecia nad ekonomiczną integracją państw uzależnionych od Związku Sowieckiego czuwała wymyślona przez Stalina organizacja o nazwie Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej. Naturalnie wzajemność jej była bardzo umowna, podobnie jak kurs rubla transferowego, jednostki obrachunkowej wymyślonej dla dokonywania zadziwiających akrobacji księgowych w rozliczeniach pomiędzy wasalami a moskiewskim suzerenem. Euroazjatycka Unia Gospodarcza jest po części taką RWPG-bis, a także zarazem kontrą, kopią i parodią Unii Europejskiej.

Szlak i jego pobocza

W czasach, gdy sposób sprawowania władzy przez Włodzimierza Putina nie musiał jeszcze obligatoryjnie wzbudzać na europejskich salonach obrzydzenia, prezydent Rosji rozwijał z rozmachem koncepcję gaullizmu, snując przy różnych okazjach wizję osi ekonomicznej od Atlantyku po Pacyfik. Wiodąca rola w tym projekcie przypadała ma się rozumieć Federacji Rosyjskiej. Dzisiaj plany te zdominowała czy wręcz nawet zniweczyła chińska idea Nowego Jedwabnego Szlaku. Faktycznie więc Rosja pozostaje wprawdzie drzwiami do Azji, nie jest to jednak wejście jedyne czy nawet główne. Niezależnie wszakże od koniunktury politycznej Polska nie powinna zamykać się na wielopłaszczyznowe kontakty z Moskwą. O tym bowiem, jak respektuje izolowanie gospodarcze Rosji nasz zachodni sąsiad, możemy przekonać się, śledząc doniesienia o rozbudowie Rurociągu Północnego czy też intratnej posadzie byłego kanclerza Niemiec.

Z kolei dla Chin Polska jako państwo nie jest partnerem. Złożony, wyrastający w wielu aspektach z całkowicie obcej nam umysłowości i obliczony na pokolenia zamysł Nowego Jedwabnego Szlaku nie pozostawia miejsca na suwerenność gospodarczą naszego kraju. Wyjazd sprzed dwóch lat prezydenta Andrzeja Dudy do Pekinu i późniejsza rewizyta przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej w Warszawie w istocie miały znaczenie jedynie kurtuazyjne. Stolik, na którym Pekin rozgrywa swoją geopolityczną partię, możemy oglądać jedynie od dołu, z bardzo odległej perspektywy. Ranga ekonomiczna Chin jest oczywista. Polscy przedsiębiorcy i polskie firmy mają w Państwie Środka swoich partnerów handlowych, kontakty te jak najbardziej powinny być zacieśniane, niemniej o jakichś poważnych stosunkach szczebla rządowego trudno tu mówić ze względu na porażającą dysproporcję obu podmiotów.

Nie musi to jednak oznaczać, że Polska jest wobec Azji całkowicie bezradna. Pozostają pewne jej regiony, gdzie umiejętne i przemyślane zaangażowanie się może wróżyć większe szanse powodzenia, na przykład Indochiny czy ponownie otwierające się na świat Iran i Mjanma. Zresztą na niektórych z takich rynków polscy przedsiębiorcy są już obecni. W wielu krajach świata, w tym także w Azji, aktywność Polski zaznaczyła się już dekady temu, w zupełnie odmiennych konstelacjach politycznych, czego symbolem pozostają choćby słynne niegdyś cukrownie, budowane przez naszych rodaków w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Tu i ówdzie kształtowało to wizerunek Polski, wzmocniony czasem dokonaniami na różnych polach tych Polaków, których losy burzliwa historia naszego kraju związała z egzotycznymi zakątkami globu. Jest to przecież pewien kapitał, o którym warto pamiętać i rozważyć, czy nie udałoby się sprawić, aby wreszcie procentował.

[...]

Wojciech Grzelak

Czytany 595 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.