środa, 31 sierpień 2011 20:26

Od Redakcji

Wielkimi krokami nadchodzą kolejne wybory parlamentarne, które zadecydują o tym, kto w najbliższych czterech latach będzie żył, bawił się i okupował nas za nasze pieniądze. Oczywiście, nadchodzące wybory wyłonią jedynie część nadzorującego nas jaśniepaństwa ? część już została dobrana w wyniku wyborów samorządowych, na sporą część zaś w ogóle nie mamy wpływu, czy to dlatego, że wybierają ich za granicą, czy też po prostu dlatego, że musimy wyżywić nie tylko tych, których z pokorą sami sobie wybieramy, ale także tych, którzy wybierają się sami ? i nam sugerują wybory. W każdym razie ze względu na fakt, że karuzela stanowisk i apanaży zatoczy zaraz kolejne koło, jednych zabierając na pokład, innych wyrzucając w siną dal, w sztabach partyjnych panuje olbrzymie podniecenie. Wiąże się ono z tzw. układaniem list, rzeczą w tej chwili w naszej młodej demokracji najważniejszą. Wiadomo, że wszyscy zainteresowani chcą być na szczytach owych list, bo oznacza to, że w rezultacie będą bliżej żło?, to znaczy bliżej ?odpowiedzialnego współrządzenia krajem?, jak to ktoś eufemistycznie nazwał. Kiedy już listy zostaną ułożone i nadzorujące nas buldogi oraz ratlerki dogadają się pod dywanem i na zapleczu, zacznie się festiwal obietnic, przekonywania, łaszenia się, straszenia itd. ? czyli to, co stanowi istotę systemu demokratycznego. Oprócz polityków, na rzecz partii stręczyć będą tzw. celebryci, którzy o polityce, podobnie zresztą jak o każdej innej rzeczy, mają nikłe pojęcie, ale którzy za pieniądze zrobią wszystko i wszystko obiecają. Na nasze szczęście, te obietnice, przekomarzanki i połajanki, których będziemy świadkami, nie niosą ze sobą w zasadzie żadnych konsekwencji, podobnie jak fakt, że w telenoweli C jak ciołek Irmina posprzeczała się z siostrą przyrodnią męża sąsiadki wujka Wacława szwagra. Z punktu widzenia obywateli (czy jak tam zwykło się nas nazywać) liczy się odpowiedź na jedno tylko pytanie: ile? Czyli: ile nas to będzie kosztować? Ile realnie zapłacimy za kolejne reformy, cudowne plany, zmiany, kredyty, deficyty, inwestycje, koalicje, akcesje i secesje. Zresztą ? w sumie i ta odpowiedź nic nam nie da, bo cóż nam po wiedzy o kosztach, skoro i tak zostaną one poniesione, chcemy tego, czy nie? Tak więc, zamiast tracić czas na słuchanie wciąż od nowa wyborczych bajdurzeń, można zastanowić się nad różnymi ciekawymi zjawiskami, które wokół się dzieją.

poniedziałek, 04 lipiec 2011 17:34

Od Redakcji

Rozpoczęły się wakacje, a więc czas wypoczynku i regeneracji sił na kolejny rok harówki. Z powodu zbiegu okoliczności, a może celowo, w większości krajów Unii Europejskiej początek wakacji zbiega się z dniem wolności podatkowej, który symbolicznie oddziela czas, w którym oddajemy nasze zarobki państwu, od czasu, w którym pracujemy na siebie. Wychodzi na to, że większość obywateli cywilizowanych państw zachodnich półroczne zarobki przeznacza na utrzymanie urzędników i realizowanych przez nich pomysłów. Żeby było zabawniej, działania urzędników w większości wymierzone są przeciwko tym samym ludziom, którzy ich opłacają. Czy kiedyś już tak było w historii? No, może w czasach, kiedy niewolnicy utrzymywali swoich właścicieli. Jednak wtedy układ był jasny, a dziś opakowuje się go w patetyczne eufemizmy o demokracji i reprezentacji.

poniedziałek, 30 maj 2011 00:04

Od Redakcji

Interwencja ABW w sprawie strony internetowej zamieszczającej satyryczne komentarze na temat prezydentury Bronisława Komorowskiego może być niewiele znaczącym wypadkiem przy pracy zbyt gorliwych funkcjonariuszy, ale może też być sygnałem istotnych zmian przygotowywanych przez władzę. Potocznie nazywa się to ?skracanie smyczy?.

niedziela, 01 maj 2011 23:21

Od Redakcji

Konstytucja 3 maja, przed 220 laty, była przedostatnim suwerennym dokonaniem I Rzeczypospolitej. Podjęte wówczas zasadnicze reformy państwa przyszły za późno, by powstrzymać upadek. Ogrom nieszczęść zbiorowych i indywidualnych, które wynikły z tego opóźnienia, przekracza możliwości oszacowania, bilans nie jest zresztą zamknięty nawet dziś jeszcze. Konieczność podjęcia reformy państwa i obecnie jest oczywistością, a jednak zamiast podjąć wysiłek, choćby tylko na razie intelektualny, w tym kierunku, zajmujemy się jako naród sprawami drugorzędnymi, tematami zastępczymi. Zanika ? również w klasie politycznej, a może przede wszystkim w niej ? poczucie odpowiedzialności za wspólnotę i za jej przyszłość. Żyjemy codziennością, nie podnosimy głów. Otrzeźwienie, które na pewno nastąpi, oby znów nie przyszło za późno. W numerze tym wskazujemy na ważny, finansowy wymiar kryzysu, w który obecnie dziarsko wkraczamy.

poniedziałek, 28 marzec 2011 22:23

Od Redakcji

Trzęsienie ziemi w Japonii, połączone z tragicznym w skutkach tsunami, przywraca właściwą perspektywę spojrzeniu na naszą sytuację. Choćby na moment musimy uświadomić sobie, że ludzkie życie jest igraszką w rękach losu, który ma do dyspozycji szeroki arsenał środków dobitnego przypominania nam o niepewności jutra. Co prawda, współczesny człowiek jest przekonany, że dzięki potędze nauki i techniki kontroluje swoje otoczenie, jednak każdy moment, w którym rzeczywistość mówi ?sprawdzam?, potwierdza jedynie naszą bezgraniczną słabość. Skoro nie jesteśmy w stanie przewidzieć jednej wyższej fali ? co więcej, nie potrafimy nawet prognozować lokalnej pogody na tyle, aby ustrzec się przed corocznymi powodziami ? to w jaki sposób moglibyśmy zapobiec poważniejszym katastrofom, o jakich nawet nam się nie śniło? Wystarczy kilka wstrząsów, aby globalna wioska zareagowała paniką, indeksy giełdy poszybowały w dół, a ceny walut rozchwiały się, przyprawiając o ból głowy analityków. Jednocześnie wystarczy kolejnych parę dni spokoju, aby wszystko zaczęło powracać do normy, a ludzie rozmyślający o marności swojego losu znów utonęli w doraźnych problemach, niewiele znaczących intrygach i sporach.

wtorek, 01 marzec 2011 03:39

Od Redakcji

Niniejszy, marcowy numer ?Opcji na Prawo? można kupić między innymi w rozsianych po całej Polsce salonach Empik. To zaś oznacza, że w tym samym miejscu nabyć już można również najnowszą książkę Jana Tomasza Grossa zatytułowaną Złote żniwa. O książce tej było głośno na długo przed jej oficjalną premierą, ale też pan Gross zdążył przyzwyczaić nas do tego, że umie zadbać o reklamę, nawet jeśli jego kolejne prace są jedynie próbą wypłukiwania złotego kruszcu z nasiąkniętej fantastycznymi legendami opowieści o ?Polaku-Żydożercy?. Podobnie jak twórcy hollywoodzkich filmów, Gross umiejętnie eksploatuje swoich bohaterów, byłych sąsiadów, rozwijając swobodnie swoją opowieść i mnożąc mrożące krew w żyłach wątki. Można więc podejrzewać, że Złote żniwa nie będą ostatnim zasiewem, z którego zbierze on obfite zyski, a pisana przezeń saga ciągnąć się będzie niczym telewizyjna Dynastia. Gross skazany jest zatem na sukces, choćby dlatego, że jego podejście do tematu cechuje maniakalna jednorodność skojarzeń oraz Münchausenowskie traktowanie faktów. Jak się dowiadujemy, inspiracją do spłodzenia Złotych żniw okazała się fotografia zamieszczona ? gdzieżby inaczej ? w ?Gazecie Wyborczej?, którą autor odczytał po swojemu, odmalowując szerokim pędzlem powojenny pejzaż, w którym Polacy dopełniają holokaustu. Przy czym owo ?dopełnianie? miało wedle początkowej wersji polegać na wymordowaniu kilkuset tysięcy Żydów, którą to liczbę w trakcie telewizyjnej rozmowy na żywo Gross bez chwili wahania zmienił na ?kilkadziesiąt tysięcy?. Kilkaset, kilkadziesiąt, albo kilka ? jakie to ma znaczenie? Polaków, Żydów, a może Cyganów lub Ormian ? to już sprawy dla purystów. Skoro zatem z jednej fotki można wycisnąć aż tyle, to co dopiero z kilku zdjęć, rysunku satyrycznego albo wpisu na internetowym forum. Tylko czekać, aż kolejni podobnej klasy pisarze przedstawią nam dogłębną analizę mentalności Amerykanów w oparciu o analizę kilku profili użytkowników portalu społecznościowego Facebook. Zresztą ? czemu użytkowników? Skoro już jesteśmy przy Facebooku, okazuje się, że portal ów odgrywa podstawową rolę w spontanicznych, jak to się ładnie nazywa, demonstracjach niezadowolenia. Dopiero co w Warszawie skończyli się zwoływać przez Facebook przeciwnicy krzyża na Krakowskim Przedmieściu, a już robią to Arabowie z różnych krajów, którym nagle, wszystkim naraz, spontanicznie zaczął przeszkadzać brak demokracji. Co prawda, w ten sposób nieco pokrzyżowali plany naszym młodym przeciwnikom ciemnogrodu, którzy nie będą mogli odpocząć od przeżartej katolicyzmem atmosfery w Egipcie bądź Tunezji, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jeśli bowiem arabska demokratyzacja nabierze rozpędu, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że, podobnie jak w Iranie, skończy się to rządami Proroka, pod którymi dla żadnych papistów już miejsca nie będzie. Wtedy Libia stanie się najpewniejszym miejscem dla ucieczki przed rodzimym klerem. Wracając zaś do analiz, to zamiast badać użytkowników Facebooka, ciekawiej byłoby zbadać jego twórców i ich sowitych sponsorów ? czyli tych, którzy całą tę zabawkę nakręcają, podobnie jak niegdyś Związek Sowiecki kręcił pacyfistycznymi organizacjami na Zachodzie. Tam to już nie złote, ale platynowe żniwa wchodzą w grę, jednak żaden Gross o tym nie napisze. I to nie tylko dlatego, że nie znajdzie na ten temat informacji w ?Gazecie Wyborczej?, ale dlatego, że on sam i jemu podobni również zaistnieli dzięki takim facebookowym grom operacyjnym. W takiej sytuacji pozostaje nam więc jedynie wątła nadzieja na to, że administratorzy tego systemu prędzej czy później zobaczą na ekranach hasło: System Failure.

piątek, 28 styczeń 2011 20:37

Od Redakcji

Wraz z początkiem nowego roku tempo wydarzeń w świecie politycznym wyraźnie wzrosło. Jeszcze nie zdążyły wyschnąć pieczęcie na rosyjskim raporcie na temat katastrofy smoleńskiej, wskazującym na winę pilotów, a już wyszły na jaw zapisy rozmów ze smoleńskiej wieży, z których wynika, że jej załoga też nie jest bez winy. Rząd ze wszelkich sił stara się sprawiać wrażenie, jakby nagle zaczęło mu zależeć mu na ujawnieniu prawdy, ale przecież gdyby tak było, to od razu po katastrofie zaproponowałby prowadzenie śledztwa w oparciu o polsko-rosyjskie porozumienie, a nie o konwencję chicagowską. No chyba że te trzy kwartały bałaganu i niejasności były władzy do czegoś potrzebne. Tego wykluczyć nie można, choć prawdziwe przyczyny poznają, być może, dopiero nasi wnukowie z podręczników historii, o ile takie będzie się jeszcze wtedy pisać.

piątek, 31 grudzień 2010 20:20

Od Redakcji

Rząd Polski znalazł wreszcie skarb: skarb państwa ? opowiadał podczas wrocławskiego występu Jan Pietrzak, wywołując rozbawienie wśród publiczności. Diagnoza ta jest prawdziwa, ale wymaga uzupełnienia. Rząd nasz faktycznie dotarł do skarbu państwa, ale niewiele tam znalazł, a to, co znalazł, od razu wydał. A ponieważ potrzeby wciąż rosły i rosnąć nie przestaną, zdecydował się na to, na co decydują się wszystkie przyciśnięte do ściany rządy: sięgnął w poszukiwaniu skarbu do kieszeni obywateli. Co prawda, nasz rząd jest wyjątkowo słabym rządem słabego państwa, ale ma jeszcze dość siły, aby nękać ludzi coraz wyższymi podatkami. I to właśnie systematycznie robi. Podniesienie stawek podatku VAT od początku stycznia to dopiero początek długiej drogi, u kresu której czeka albo cud, albo kompletne bankructwo. A ponieważ cuda się zdarzają nadzwyczaj rzadko, powinniśmy przygotowywać się na to drugie. Oczywiście, będzie nam to lżej znieść choćby dlatego, że pamiętamy w miarę dobrze dzieje wzlotu i upadku Edwarda Gierka, patrona wszystkich rządów III RP. Wiemy, że im bardziej natrętna propaganda sukcesu, tym gorszy faktyczny stan państwa, im więcej się mówi o reformach, tym bliżej podwyżki cen i podatków, a im bardziej każe nam się być oszczędnym, tym szybciej rośnie dług, który zaciąga państwo. Pozostaje nam więc tylko czekać na kolejny stan wojenny, a jedyną niewiadomą pozostaje to, kto go wprowadzi. W 1981 roku mogliśmy się zastanawiać czy spacyfikuje nas nasza własna armia, czy armia sowiecka z pomocą sojuszniczych wojsk Układu Warszawskiego. Dziś sytuacja się nieco uprościła. Nasza armia jest zbyt słaba, aby mogła cokolwiek zdziałać, nawet przeciwko własnemu narodowi, pozostaje więc jedynie opcja zaprowadzania porządku od zewnątrz. Nietrudno sobie wyobrazić, że pod pretekstem obrony zagrożonej demokracji sojusznicze armie naszych potężnych sąsiadów w sposób odpowiedzialny i nawet bez użycia przemocy stworzą w naszym Bantustanie namiastkę zdrowego organizmu politycznego, z którego będzie jeszcze jakiś pożytek. Zresztą ? czy muszą to być od razu armie? Czy pozbawiona własnego majątku i kompletnie zadłużona Polska nie może zostać po prostu przejęta przez grupę międzynarodowych komorników, tak samo jak przejmuje się nieruchomość zadłużonej rodziny? Jest to możliwe w sytuacji, w której nie będziemy w stanie dalej spłacać naszych długów ? a zapewne nie będziemy, gdyż ludzie, aby jakoś żyć, uciekać będą w szarą strefę, to zaś oznaczać będzie coraz mniejsze dochody z tytułu podatków. Pozostanie wówczas albo ich zmusić do płacenia haraczu, albo sprzedać w niewolę. To drugie jest prostsze. Jeśli więc można wątpić w realizację zarysowanego powyżej scenariusza, to tylko dlatego, że być może już został on zrealizowany, a myśmy nawet nie zauważyli, że tkwimy w czymś w rodzaju Generalnej Guberni, w której, co prawda, nikt do tubylców jeszcze nie strzela, ale też nie dopuszcza ich do tworzenia praw i udziału we władzy. A jeśli tak rzeczywiście jest, to czas wreszcie się obudzić i zacząć żyć wedle reguł okupacyjnych, zwięźle przedstawionych w piosence Teraz jest wojna, kto handluje ten żyje?. Przede wszystkim zaś trzeba wyzbyć się wiary w skuteczność normalnych procedur politycznych w rodzaju wyborów. Przeciwnie, trzeba zdać sobie sprawę, że, tak jak w czasach PRL-u, udział w nich oznacza poparcie dla istniejącego stanu rzeczy. Przed wyborami samorządowymi ?Opcja na Prawo?, jako jedyne chyba czasopismo w Polsce na swojej witrynie internetowej zaproponowała bojkot wyborów. Jak podała PKW, frekwencja w wyborach wyniosła nieco ponad 47%. Czyli ? posłuchała nas ponad połowa Polaków! W kolejnym roku możemy tylko życzyć sobie: oby tak dalej. 

poniedziałek, 29 listopad 2010 15:53

Od Redakcji

Koniec roku to czas na podsumowania. Dla Polski ten rok był nie najlepszy, jeśli nie fatalny. Niezależnie od politycznych sympatii trzeba zgodzić się, że katastrofa pod Smoleńskiem to najbardziej tragiczny tego rodzaju wypadek w dziejach polskiej państwowości w ostatnim półwieczu, a nawet w całym stuleciu. Jej konsekwencją jest monopolizacja władzy przez jedną partię przy powolnym rozkładzie opozycji, która, odwołując się do mitologii narodowych tragedii, bezskutecznie próbowała przekuć klęskę na sukces. W rezultacie dyskusja o kwestiach najistotniejszych, a więc o gospodarczej i geopolitycznej sytuacji kraju, zeszła na drugi plan, zresztą ku zadowoleniu partii rządzącej. Władza, która bezpośrednio bądź pośrednio kontroluje już w zasadzie wszystkie ważne media, może więc do woli uprawiać indoktrynację, podczas gdy słabnąca opozycja wyczerpuje się w personalnych sporach i martyrologicznych gestach. Kryzys zbliża się wszakże wielkimi krokami i nie pomoże tu ani gierkowska propaganda sukcesu, ani kreatywna księgowość. Zarówno w kraju, jak i za granicą jasne jest, że Polska to finansowa i gospodarcza wydmuszka, która pęknie przy najlżejszym wstrząsie na globalnych rynkach. Zresztą owe rynki już zaczynają się trząść. Po krachu Grecji w kolejce czekają kolejne państwa, które dzięki pocałunkowi śmierci unijnych ?dotacji? wpadły w spiralę radosnych inwestycji i potwornych długów. Irlandia i Portugalia, dopiero co opiewane jako prężnie rozwijające się rejony Eurokołchozu, mają szansę podzielić losy Argentyny. Wstrząsy dają się odczuć także poza granicami Europy, przebiegając przez Stany Zjednoczone, nie tylko w rejonie Kalifornii. Dopiero co Rezerwa Federalna wytworzyła z powietrza 600 miliardów dolarów, a okazuje się, że to i tak za mało, żeby rozruszać obumierającą gospodarkę niemrawego kolosa. Jednocześnie kraje Azji, wiedząc, czym grozi ten wysyp pustego pieniądza, powoli dojrzewają do tego, aby zrezygnować z dolara jako waluty rezerw. Chiny i Indie na gwałt wykupują złoto, którego cena osiąga astronomiczne sumy, wbrew sloganom powtarzanym od dekad przez rozmaitych profesorów ekonomii o złocie jako barbarzyńskim relikcie. Barbarzyński czy nie ? ludzie mają większe zaufanie do tego reliktu, niż do papierków bez pokrycia i tworzonych z powietrza impulsów elektronicznych.

środa, 03 listopad 2010 19:13

Od Redakcji

Teoretycy i praktycy totalitaryzmu ? Lenin, Goebbels czy Mao ? doskonale widzieli, że polityczny sukces zależy od wygrania bitwy w sferze języka. Jeśli masy zaakceptują podsunięte im określenia i zwroty, zwycięstwo jest już na wyciągnięcie ręki. Ludzie, którzy bogatych chłopów będą nazywać kułakami, przedsiębiorców wyzyskiwaczami, a księży czarną reakcją, automatycznie stają się sojusznikami. Słowa bowiem nie tylko odbijają rzeczywistość ? one również ją kształtują. Jeśli więc wystarczająco długo i systematycznie nazywać się będzie czarne białym, a psa kotem, istnieje duże prawdopodobieństwo, że lud, niekoniecznie ?ciemny?, po pewnym czasie to kupi i zacznie ?widzieć? świat tak, jak mu się każe.

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.