czwartek, 23 marzec 2017 22:34

Wojna o KGHM

Song Hongbing[1], doradca finansowy chińskiego rządu i autor monografii „Wojna o pieniądz”[2], jeden z rozdziałów tego dzieła zatytułował „Wielki skok i wielka recesja”. Odnosi się wrażenie, że zawarte w nim rozważania zostały specjalnie napisane dla potrzeb zagranicznej ekspansji KGHM Polska Miedź SA.

Tytułem dowodu warto zacytować kilka zdań wstępu do tego rozdziału. Kiedy komuś uda się zaspokoić ambicje i z biednego stać się bogatym, a ze słabego silnym, zawsze ma on dwie możliwości: pierwsza to gromadzenie energii na zrównoważony rozwój, druga to osuszanie stawu w poszukiwaniu ryb – czyli chęć osiągnięcia natychmiastowego sukcesu. Jeśli komuś nazbyt się spieszy do osiągnięcia sukcesu i wszystkie zaoszczędzone przychody zainwestuje w jeden cel, to każdy kolejny dzień będzie tylko lekkomyślną harówką, przy całkowitym lekceważeniu kondycji zdrowotnej, w stanie przewlekłego niedożywienia, w którym organizm w końcu postanowi zaprotestować i rozłoży się w wyniku poważnej choroby, a wtedy cały dotychczasowy wysiłek pójdzie na marne.

W dwudziestym wieku nauczyliśmy się dzielić epoki na „przedwojnia”, „międzywojnia” i „powojnia”. Ówczesne międzywojnie trwało bardzo krótko (21 lat), skończyło się jeszcze większą katastrofą niż poprzednie. Dopiero druga z wielkich wojen, wyniszczająca i degradująca, a w zasadzie likwidująca „Wielkie Niemcy”, dała nam długi czas „powojenny”, który trwa już ponad sześćdziesiąt lat, co jak na realia europejskie jest czymś zupełnie wyjątkowym. Nasza, polska państwowość utworzona u zarania tej epoki, przetrwała bez istotnych wstrząsów i strat terytorialnych do dziś i ma szansę na kolejne dziesięciolecia, a obecne „powojnie” nie przekształci się w „międzywojnie”, bo… wojny w tym regionie świata nie będzie. Dlaczego? Odpowiedź wynika z oceny istotności trzech czynników, które w tej części świata mogą niszczyć nasz konflikt.

Pierwszym z nich są Niemcy, które w zeszłym wieku wywołały i przegrały wszystkie istotne wojny. Obecna Polska została ukształtowana jako państwo antyniemieckie, osłabiające i przywracające naturalny stan wielości państw niemieckich. Ich zjednoczenie w 1871 r. było największym i najkrwawszym błędem Europy. Co prawda podjęto już w naszych czasach częściowo udaną próbę odtworzenia (prawie) Wielkich Niemiec, które jednak z wielu przyczyn (na razie) nie wrócą do tej destrukcyjnej (dla innych i siebie) roli. „Wielkie Niemcy” były najistotniejszym twórcą naszej międzywojennej, bardzo nietrwałej państwowości, a od lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku wróciły do projektu Mitteleuropy, przywracając swoją hegemonię na najszerszym historycznie wariancie. Ale dziś są one państwem konserwującym status quo, a nie rewizjonistycznym – jak w „międzywojniu”, co przecież oznacza, że wspólna polityka z rewizjonistyczną Rosją nie ma większych szans. Gdyby nasi politycy choć trochę nadawali się do międzynarodowej roli, to wykorzystywaliby ten atut, uzyskując korzyści od obu stron. Na razie podporządkowujemy się do cna niemieckim interesom, ale to też jest jakimś pomysłem na naszą małą stabilizację. Dopóki w Berlinie, podobnie jak w Polsce, będzie rządzić kolejne pokolenie „powojennych” polityków, nie grozi nam niemiecka agresja (nie muszą zdobywać tego, co już mają ekonomicznie i politycznie). Każdy, kto broni status quo, mając więcej niż jest w stanie obronić, prowadzi politykę pokojową.

Drugim czynnikiem jest rewizjonistyczna Rosja, która cofnęła się do rozmiarów siedemnastowiecznego Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (czasy Aleksego Michajłowicza Romanowa). Oczywiście, wbrew powtarzanym w Polsce bredniom, nie chce ona „przywrócić” Związku Radzieckiego ani tym bardziej uniwersalistycznego imperium czasów Aleksandra Pawłowicza, bo to zupełnie przebrzmiałe i martwe wzorce. Rosja odradza się w wersji nacjonalistycznej, bardziej moskiewskiej niż petersburskiej, chce odzyskać wpływy w „kanonicznych” ziemiach ruskich, które w niemieckiej wersji Mitteleuropy stanowią odrębne, antyrosyjskie państwa. Dotyczy to głównie obecnej Białorusi i Ukrainy, a może jeszcze Estonii (rosyjska większość), ale nie Litwy, a na pewno już nie Polski.

Nawet Związek Radziecki nie chciał popełnić carskiego błędu formalnego przyłączenia do swojego państwa ziem etnicznej Polski i sądzę, że również dziś w Moskwie nie ma i nie będzie takich planów. Dopóki Rosja z lepszym lub gorszym skutkiem będzie odbudowywać swoje wpływy na „kanonicznych” ziemiach „Świętej Rusi”, a to może jeszcze potrwać długo i z niewiadomym skutkiem, to my możemy spać spokojnie. Żadne wojny z Rosją nam nie grożą, zresztą i nie groziły również w niedawnej przeszłości. Obyśmy tylko pozbyli się szkodliwej misji bezinteresownego „obrońcy niepodległości” państw wschodniej Mitteleuropy, bo nic na tym nie zyskujemy, a tracimy ekonomicznie i politycznie zbyt dużo. Powinniśmy robić z Rosją interesy, zarabiać na ich rynku, bo w czasie pokoju liczą się tylko ci, co mają pieniądze.

Wreszcie trzeci, choć dość odległy gracz na europejskiej scenie, czyli Stany Zjednoczone Donalda Trumpa. Tu zmienia się najwięcej. W Ameryce chyba definitywnie kończy się ich „powojnie”, które wykreowało to państwo dla roli światowego lidera. Warto przypomnieć, że ani w dziewiętnastym wieku, ani tym bardziej w międzywojniu państwo to nie było „światowym przywódcą”. Donald Trump zupełnie przecież nie pasuje do tej wizji: jego polityką są interesy, a on ma zamiar chronić interesy Ameryki, jej gospodarkę i odbudować przemysł w tym kraju, bo na globalizacji, „wolnym handlu” i innych postzimnowojennych pomysłach amerykański biznes na pewno dużo zarobił, ale koszty tego poniósł obywatel, który nie ma roboty i żadnych perspektyw. Powstała nowa wersja pasożytniczego kapitalizmu, przenosząca centra produkcyjne do państw azjatyckich, historycznie osłabił Amerykę, która ma pieniądze, ale towary musi kupować od innych (nonsens). Pod tym względem diagnoza nowego prezydenta jest trafna, bo w gospodarce liczą się – jak świat światem – tylko ci, którzy u siebie produkują towary (przemysłowe lub surowce, a najlepiej jedne i drugie).

Aby przemysł wrócił do amerykańskich miast, dał pracę – czyli zajął w ciągu dnia miliony wyborców, trzeba zmienić wiele, co zresztą nastąpi. Nie chcę formułować efektownych tez, ale ostatnie wybory w USA prawdopodobnie definitywnie zakończyły nie tylko postzimnowewnętrzną epokę (lata 1991-2017), lecz również amerykańską wersję czasów „powojennych”. Nie trzeba być nadto przenikliwym obserwatorem, żeby stwierdzić, że wszyscy obrońcy (również naszego) status quo bardzo boją się przyszłości i nie ukrywają swojego strachu. Słusznie? W pewnym sensie tak, bo zglobalizowany politycznie i zdominowany przez Stany Zjednoczone świat nie okazał się korzystny dla tego państwa, które straciło istotną część swoich realnych aktywów, czyli przemysłu. W tym świecie inni bogacili się kosztem Ameryki, tworzyli nie tylko konkurencyjną gospodarkę, ale również niezależne związki państw, czego najlepszym przykładem jest właśnie Unia Europejska. Ten związek państw chce uchodzić za trzeciego gospodarczego gracza w świecie (obok USA i Chin), chroni swój „wspólny rynek”, eliminując amerykańską produkcję. Czy tak wygląda sukces z perspektywy Waszyngtonu?

Minione ćwierćwiecze wykreowało przede wszystkim najważniejszego przeciwnika – światową potęgę gospodarczą – Chiny, które są już albo prawdopodobnie będą większą gospodarką od amerykańskiej. Stany Zjednoczone potrzebują rozwoju realnej gospodarki, wielkich zamówień i nowych rynków zbytu, aby zrealizować politycznie i ekonomicznie wizje nowego prezydenta. Jest jeden kraj, który może zaoferować te możliwości, a jego interesy nie są tu przeciwstawne. Kto? Wiadomo – Rosja. Jeżeli głównym strategicznym partnerem reindustrializacji Ameryki będzie Rosja (możliwy wariant), to my powinniśmy zacząć myśleć, jak będzie wyglądać (już wygląda?) nasz polski świat, bo jesteśmy dzieckiem innej, przemijającej już dla Ameryki epoki.

Dlaczego nic nam nie daje do myślenia fakt, że sprowadzone na nasze terytorium w ostatniej chwili obce wojska, które (jakoby) mają nas bronić przed „rosyjską agresją”, są na naszej zachodniej granicy, a dokładnie na terenach należących do 1945 r. do „Wielkich Niemiec”?

Sądzę, że Ameryka nie chciała w przeszłości i nie chce dziś konfliktu z Rosją, a jej bezinteresowna chęć obrony istniejącego status quo jest już tylko częścią mitu założycielskiego III RP. Pora zacząć szukać koncepcji polskiej polityki w świecie rządzonym przez Donalda Trumpa. Kluczem do zrozumienia naszej przyszłości nie może być jednak strach przed wyimaginowaną „agresją rosyjską”, której ma jakoby zapobiec (rotacyjna) obecność amerykańskiej brygady na naszych zachodnich rubieżach.

Witold Modzelewski

Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, rolą niezależnych mediów (niepodlegających Zachodowi) jest wyciąganie informacji na światło dzienne i rozpowszechnianie ich. (…) Media są narzędziami tzw. miękkiej polityki, które służą światowym mocarstwom. To, czego jesteśmy obecnie świadkami, to nie dostarczanie informacji, a medialna propaganda okłamująca światową opinię publiczną. (…) Demokracja, prawa człowieka, wojna z terroryzmem, ochrona środowiska, zakaz używania broni masowego rażenia to hasła wykorzystywane przez zachodnie media jako narzędzia umożliwiające atakowanie innych państw i usprawiedliwiające te działania przed światową opinią publiczną.

Mohammad Akhgari, szef serwisu zagranicznego irańskiej telewizji i radia, na spotkaniu Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Moskwie, lipiec 2015 1)

Na początku tego roku nowo wybrany dyrektor TVP1 Jan Pawlicki wspomniał na twitterze o planach stworzenia w Telewizji Polskiej anglojęzycznego kanału informacyjnego o nazwie Poland24 2). Jego premiera miałaby się odbyć w stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Trudno nie podejść do takiego pomysłu z ostrożnym optymizmem. Rządy i elity polityczne III RP przez 27 lat nawet nie podjęły próby prowadzenia samodzielnej polityki informacyjnej i nie stworzyły realnych narzędzi wpływu na światową opinię publiczną. A należy podkreślić, że są to niezbędne i konieczne środki stosowane współcześnie w polityce międzynarodowej, w której to poważne państwa, obok budowy siły gospodarczej i militarnej, coraz większą wagę przykładają do posiadania wielu własnych instytucji i nowoczesnych kanałów komunikacji, zdolnych do kreowania i promowania pozytywnego wizerunku kraju poza granicami oraz do bezpośredniego oddziaływania na zagranicznego odbiorcę.

Czy jest szansa, że pomysł stworzenia Poland24 może stać się odpowiednim impulsem dla rozpoczęcia budowy prawdziwej polskiej soft power? Jak powinien wyglądać i jaką tematykę podejmować planowany kanał, żeby stał się skutecznym narzędziem we wpływaniu na międzynarodową opinię publiczną? Skąd czerpać przykłady dla tego przedsięwzięcia? Czy takie media nie są luksusem, na który stać tylko najbogatsze i najsilniejsze państwa świata? Na takie pytania powinniśmy poszukać odpowiedzi.

Przypisy:

1) www.presstv.ir/Detail/2015/07/28/422287/Iran-Akhgari-IRIB-Russia-SCO

2) www.rp.pl/Media/160119294-Zmiany-w-TVP-Ma-powstac-Poland24.html

(...)

sobota, 20 sierpień 2016 12:54

?Chrzest Polski? ? Ivana i Iriny Malińskich

Jest to największe dzieło w dorobku malarskiej rodziny – ojca i córki z Kudowy Zdroju. Monumentalnym i wielkowymiarowym obrazem olejnym pragnęli oni uczcić 1050. rocznicę chrztu Polski. Od strony wykonanego dzieła można zauważyć, że zamiar ten im się udał. Olejny obraz o wymiarach 1,45 x 3,40 m przedstawiający w otwartym plenerze Mieszka I, jego świtę oraz kapłanów na tle grodu, jakby przenosi widza w odległe czasy historyczne.

Z okazji tej rocznicy autorzy proponowali jego wystawienie wielu instytucjom kulturalnym i kościelnym w naszym kraju. Niestety, nikt nie okazał zainteresowania. Być może, że stało się to z tego powodu, że zarówno Ivan, jak i jego córka Irina 20 lat temu przybyli do naszego kraju z Ukrainy. Czują się oni Polakami i chcieli zamieszkać w swojej Ojczyźnie. Udało im się to w Kudowie Zdroju. Stąd w całej Kotlinie Kłodzkiej są oni znani ze swoich wystaw, prac i wernisaży często przedstawiających regionalne zabytki, pejzaże i akwarele.

Kudowa Zdrój – znane i cenione uzdrowisko – położone jest na południowych peryferiach naszego kraju. Być może, jest to jeden z powodów dla którego ich malarstwu trudno uzyskać krajowe uznanie czy choćby nawet zauważenie przez wojewódzkie i centralne instytucje kulturalne. Ich peryferyjny charakter okazał się też atutem. Przełożył się on na pozyskanie artystów dla lokalnych organizacji utrwalających polsko-czeskie zbliżenie.

(...)

sobota, 20 luty 2016 22:03

II wojna o inwestyturę

Polityczna wojna w Polsce zatacza coraz szersze kręgi. Po decyzji Komisji Europejskiej, która 13 stycznia br. uruchomiła bezprecedensową procedurę „sprawdzania” stanu praworządności w naszym i tak przecież nieszczęśliwym kraju, 19 stycznia w Parlamencie Europejskim odbyła się groteskowa inkwizycja, w ramach której część deputowanych wyrażała głębokie zaniepokojenie i niezadowolenie stanem demokracji i praworządności w Polsce, że poseł Janusz Korwin-Mikke musiał im przypomnieć, iż demokracja, to tyrania Większości, więc PiS mając większość w Sejmie, może robić co chce. Jeśli zatem nie podoba im się to, co PiS robi, to nie powinni bredzić o demokracji, bo najwyraźniej nie zdając sobie z tego sprawy, odwołują się do zasady nomokratycznej, która z zasadą demokratyczną (im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja) jest oczywiście sprzeczna.

Ale czegóż można wymagać od zgromadzenia, które na swego przewodniczącego wysunęło niedouka i alkoholika Martina Schulza? Więc jeśli jedni posłowie lamentowali nad stanem demokracji i praworządności w Polsce i demonstrowali święte oburzenie, to znowu innym demokracja i praworządność w Polsce bardzo się podobała.

Wreszcie – 20 stycznia przyleciał do Polski z Ameryki pan Daniel Fried. Pretekstem jego wizyty było omówienie z warszawskimi władzami sprawy sankcji przeciwko złemu ruskiemu czekiście Putinowi i nawet jakiejś rozhowory na ten temat przeprowadził, ale – jak to dwa tygodnie wcześniej ujawnił Główny Cadyk III RP Aleksander Smolar, naprawdę przyjazd pana Frieda był spowodowany „zaniepokojeniem” Waszyngtonu stanem demokracji i praworządności w Polsce, nasz Drogi Gość zaś ma tu wystąpić w charakterze rewizora, tyle że nie „iz Pietierburga”, tylko z Waszyngtonu, i tubylczych dygnitarzy obsztorcować.

Dodatkowym wyjaśnieniem charakteru misji pana Frieda jest artykuł dwóch autorów: Bruce’a Ackermana i Macieja Kisilowskiego w periodyku „Foreign Policy”, wzywający prezydenta Obamę do karnego odwołania zapowiedzianego na lipiec szczytu NATO w Warszawie albo przynajmniej – do zbojkotowania go, by w ten sposób pokazać warszawskiemu rządowi mores. Autorzy wyjaśniają, dlaczego prezydent Obama powinien tak postąpić. Otóż dlatego, by w dyscyplinowaniu Polski wyręczyć Niemcy, które w stosunkach z Polską mają zabagnione konto, więc nie bardzo im wypada Polskę zbyt ostro sztorcować. Ameryka, to co innego. Autorzy, najwyraźniej zapominając o prezydencie Roosevelcie, który w Teheranie i Jałcie sprzedał Stalinowi Polskę, tak jak sprzedaje się krowę, uważają, że Ameryka w stosunkach z Polską ma czyste konto, więc może pozwolić sobie na znacznie więcej, niż Niemcy.

Celem zaś tych dyscyplinujących posunięć ma być przywrócenie w Polsce „równowagi”. Między kim, a kim? Próżno łamalibyśmy sobie nad tym głowę, gdybyśmy nie przypomnieli sobie, ze pan Daniel Fried w latach 1987-1989 był z ramienia Departamentu Stanu USA odpowiedzialny za przeprowadzenie transformacji ustrojowej w naszym nieszczęśliwym kraju, która – jak pamiętamy – polegała na tym, że RAZWIEDUPR (Razwiedywatielnoje Uprawlienije), przy pomocy i współpracy „lewicy laickiej” wyselekcjonował sobie taką „reprezentację społeczeństwa”, do której miał zaufanie i do spółki z nią położył fundamenty ustrojowe III Rzeczypospolitej. Konieczność „przywrócenia równowagi”, na którą zwrócili uwagę autorzy artykułu w „Foreign Policy” oznacza, że w ocenie Waszyngtonu pozycja RAZWIEDUPR - a po ostatnich wyborach została zagrożona, czego dowodem jest właśnie polityczna wojna w Polsce.

(...)

sobota, 20 luty 2016 21:27

Przejście pod kuratelę chińską

Historia Polski od 1795 do 1918 roku to rozbiory i zabory. Ludność państwa dzielonego na kawałki i okupowanego w naturalny sposób nabywa wrogości do każdej administracji.

Ponad 200 lat takiego stanu rzeczy to jest osiem pokoleń. W tym pięć lat wyjątkowo dotkliwej okupacji niemieckiej i ponad 40 lat PRL – państwa satelickiego w stosunku do dominującego ZSRR (obecnie – Rosja), czyli jeszcze dwa pokolenia. Przy czym, o ile niemiecka okupacja czyniła z Polaków bohaterów, to sowiecka, łamiąc charaktery – zamieniała nas w gówno, jak zauważył Józef Mackiewicz w „Drodze donikąd”. Lata te zawiesiły Polskę w schemacie myślenia „albo Berlin, albo Moskwa”. A wersji współczesnych „inteligentów” kojarzących mi się nie wiem dlaczego, z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Polityką” i „Gazetą Wyborczą”: „jak nie Bruksela to Białoruś”.

Roztoczona nad Polską w końcu II wojny światowej opieka ZSRR zaczęła kończyć się od roku 1976 drgawkami społecznymi. Ale ani bojaźliwa wobec rosyjskiego hegemona Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, ani tworzona od połowy lat 70. „opozycja demokratyczna” nie były w stanie radykalnie oderwać się od dominacji „matiuszki Rassiji”. Próby przejścia pod kuratelę niemiecką podjął premier Tadeusz Mazowiecki (spotkanie w Krzyżowej z kanclerzem Helmutem Kohlem i jego następstwa). Niemniej rzeczywistego uzależnienia Polski od Niemiec dokonały dopiero rządy Donalda Tuska. Chociaż trzeba oddać sprawiedliwość zarówno Leszkowi Millerowi, jak i Lechowi Kaczyńskiemu – to oni podpisywali różne akty, od Maastricht przez Ateny do Lizbony, integrujące nas z Rzeszą Niemiecką (zwaną przez wiele ostatnich lat – Unią Europejską).

Trzeci eksperyment niemiecki zjednoczenia państw Europy pod jednym kierownictwem (po dwu nieudanych militarnych próbach w 1914 i 1939) obserwowany jest uważnie zarówno przez Rosję, jak i USA. Żadne z tych państw nie jest naprawdę zainteresowane powstaniem kolejnego hegemona, z gospodarką przewyższającą możliwości ekonomiczne, a w perspektywie i militarne obu tradycyjnie antagonistycznych światowych policjantów. Unia Europejska – nowe państwo – tworzy się jednak mimo krytycznego podejścia dotychczasowych hegemonów. Zadanie utworzenia nowego państwa-hegemona wzięły na siebie Niemcy. Mimo licznych ograniczeń nałożonych na nie po II wojnie światowej, nie zrezygnowały z mocarstwowych planów i stały się politycznym i gospodarczym przywódcą organizacji pretendującej do nadzoru nad krajami położonymi na europejskim subkontynencie.

Reorientacja powojennej PRL z wiecznej przyjaźni z Moskwą na sztamę z Berlinem (który „znajduje się” dzisiaj w Brukseli, wraz z nieocenionym komisarzem Martinem Schultzem) zaangażowała w ostatnich latach większość polskich elit politycznych bez reszty. Legislacyjna sraczka (eufemistycznie zwana „dostosowaniem polskiego prawa do wymogów unijnych”), która opanowała obie polskie izby parlamentarne i wszystkie rządy – niezależnie od ich „lewicowości” czy „prawicowości” – zaabsorbowała tak bardzo polityków, że mało który jest w stanie zastanowić się nad kierunkiem, w którym zdąża RP.

Jednym z nielicznych polskich polityków, który wyczuł dość wcześnie „nowy wiatr”, był Leszek Miller. Pięciodniowa wojna Rosji z Gruzją nie pozostawiła złudzeń co do imperialnych intencji Moskwy, nawet wśród byłych aparatczyków PZPR. „Przewerbowanie” Leszka Millera z orientacji prorosyjskiej na proamerykańską odbyło się wprawdzie przy spazmach części wiernego SLD (dawniej PZPR), ale wjazd agentów CIA do Polski z operacjami przerzutu więźniów przez Kiejkuty dobitnie pokazał, że pomagamy USA. Natomiast USA odwdzięcza się kartonami z amerykańską gotówką. Wprawdzie wdzięczność ta nie rozlewała się na całe społeczeństwo, niemniej było to tak jak z koniakiem – znanym powszechnie napojem klasy robotniczej, pitym ustami jej przedstawicieli z Komitetu Centralnego.

(...)

sobota, 20 luty 2016 21:13

Kto zabił?

Od kilku dni nagłaśnia się sprawę zabójstwa Aleksandra Litwinienki. Narracja dotycząca tej kwestii we wszystkich mediach, od lewej do prawej strony, głównego i tzw. niezależnego nurtu, wydaje się, jak nigdy, jednolita i zgodna: Putin zabił Litwinienkę.

Wyjątkowo naiwna wizja świata, w której występuje zawsze zły i dobry gracz, sprawia, że nasza klasa polityczna, dziennikarze, osoby publiczne oddają się, jak zwykle, swoistemu rytuałowi pogrzebania żywcem i bez sądu domniemanego sprawcy. Tłuszcza ta bezkrytycznie rzuca się na raporty stwarzane przez jednego z graczy na zamówienie przeciwko jego adwersarzowi, w czasie, o którym wiadomo, że jest okresem zaostrzającego się konfliktu geopolitycznego, co odbija się również na wzmożeniu intensywności tzw. wojny informacyjnej.

Brak jakiegokolwiek choćby ostrożniejszego komentarza, rodzi podejrzenia, że chodzi tu wyłącznie o naszą narodową rusofobię, dla niektórych stanowiącą niemal przedmiot dumy. Niestety, nie przyświeca temu ani polityczny racjonalizm, ani tym bardziej kierowanie się interesem narodowym. Sama narracja, że odpowiedzialny za śmierć Litwinienki, jest nie kto inny, a sam Putin (jak przeczytałem w niektórych miejscach, do tego skryty pedofil), brzmi już jak informacja szyta nie najcieńszym ściegiem, którą można podejrzewać o pewien zadaniowy charakter.

Nieścisłości

Po pierwsze, gdy na tak podrzędnego i w dodatku podwójnego agenta (istnieją informacje o jego współpracy z MI6 i powiązaniu z międzynarodową przestępczością), jakim był Litwinienko, wydany zostaje nieformalny wyrok śmierci, raczej nie musi uczestniczyć w tym aż głowa państwa. Taką decyzję może podjąć odpowiedni dowódca niższego szczebla. W takiej sytuacji przedwczesne obrażanie głowy państwa, z którym stosunki są dla Polski newralgiczne, narusza zasady bezpieczeństwa i dyplomacji. Tym bardziej gdy stoimy u progu konfliktu z Unią Europejską, z grożącymi Polsce sankcjami gospodarczymi, gdy borykamy się z tak poważnymi dylematami, jak dalszy, bardziej suwerenny rozwój naszej gospodarki, czy choćby zagrożenie napływem imigrantów, a bezrefleksyjnie powtarzane brytyjskie oskarżenia mają dość podejrzane przesłanki. Pomijam fakt, że gdyby rzeczywiście Putin wydał taki rozkaz, nie byłaby to informacja, która z taką łatwością przedostaje się do opinii publicznej. Obie strony na poziomie wywiadów prowadzą dość brutalną walkę i obie wykorzystują poczynania strony przeciwnej jako broń propagandową. Nie możemy dać się wmanewrować w takie zabiegi, mimo naszego gorącego słowiańskiego, podatnego na manipulacje temperamentu.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 20:27

Jakich sił zbrojnych Polska potrzebuje?

Historia nie biegnie ruchem jednostajnym.

W dziejach zdarzają się ciągi dziesięcioleci spokojnych, więc ugruntowujących przekonanie o zbędności sił zbrojnych. Żaden ład polityczny nie jest jednak dany raz na zawsze. Nie raz bywało, że po gnuśnym półwieczu czasów saskich czy innym Belle époque tempo zdarzeń przerzuca się na tryb skrajnie gwałtowny. Dlatego nawet w czasach najbardziej błogich konieczne jest utrzymywanie i ciągłe doskonalenie prężnej armii. Rzymska zasada „chcesz pokoju – gotuj się do wojny” nic nie straciła ze swej aktualności.

Armia zawodowa

Napoleon mówił, że woli jednego prawdziwego, zawodowego wojownika od dziesięciu żołdaków z poboru. A przecież dzisiejszej techniki wojskowej i kompetencyjnych wymogów nie sposób porównać z tymi z przełomu XVIII i XIX wieku. Bez wątpienia głównym składnikiem sił zbrojnych musi być armia zawodowa. Obrona kraju nie może się jednak do niej ograniczać, choćby z przyczyn finansowych. Wyszkolenie i wyposażenie tylko jednego żołnierza dzisiejszej armii Stanów Zjednoczonych kosztuje średnio pięć milionów dolarów. Nawet jeśli u nas cena ta byłaby znacznie niższa, to wystawienie stutysięcznej, dobrze wyszkolonej armii musi oznaczać wydanie wielu dziesiątek miliardów złotych. Na podwojenie czy potrojenie liczebności armii zawodowej, o ile ma ona reprezentować dostateczną jakość, długo nas jeszcze stać nie będzie.

Wynika stąd kilka wniosków. Do armii zawodowej trafiać muszą wyłącznie osoby o najlepszych predyspozycjach. W innych inwestować tak poważnych pieniędzy nie warto. Służba w armii zawodowej musi być jak najdłuższa, a jej zakończenie nie powinno oznaczać rozstania z zadaniami związanymi z obronnością kraju. Dobry system obrony narodowej powinien korzystać z doświadczenia zawodowych żołnierzy, aż do późnej emerytury. Armia zawodowa powinna stanowić elitę obronności, ale zarazem musi ona umieć bardzo efektywnie współpracować ze znacznie liczniejszymi jednostkami np. obrony terytorialnej – z natury rzeczy gorzej wyposażonymi i słabiej wyszkolonymi. Musi mieć też źródła rezerw, którymi może być właśnie najlepiej wyszkolona część obrony terytorialnej.

Na ile rozstaliśmy się z LWP?

Brytyjski marszałek Harold Alexander pod koniec lat sześćdziesiątych dokonał najbardziej trafnej analizy tego, czym w istocie było tzw. Ludowe Wojsko Polskie. Zauważył, że składa się ono z trzech zasadniczych części. Pierwszą stanowiły bardzo rozbudowane jednostki budowlane i inżynieryjne. Przygotowywano je do jednego celu – błyskawicznego zbudowania przepraw mostowych w olbrzymiej ilości, bo mającej zapewnić błyskawiczne przerzucenie na terytorium Niemiec setek tysięcy pojazdów Armii Radzieckiej. Drugą część LWP stanowiły wojska ataku – przede wszystkim nieproporcjonalnie rozbudowane dywizje pancerne i stosunkowo liczne jednostki desantu powietrznego i morskiego.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 20:22

Pytania o konserwatyzm i Polskę

Z Peterem Strzeleckim Riethem rozmawia Michał Krupa

Peter Strzelecki Rieth – konserwatywny eseista i publicysta, współpracownik portalu „Sputnik” i „The Imaginative Conservative”. Absolwent Hillsdale College w stanie Michigan, USA.

Rzeczywistość polityczna jest pochodną psychologii jej uczestników. W przypadku bliskich więzi ze Stanami logika elit solidarnościowych pokrywa się akurat z myśleniem większości społeczeństwa polskiego. To nie jest spisek, tylko logiczny koniec drogi rozpoczętej w 1989 roku.

Pana uczelnia, Hillsdale College, ma renomę konserwatywnej szkoły wyższej. Czym jest dla pana konserwatyzm?

Na wstępie chciałbym serdecznie podziękować za zaproszenie na łamy ważnego przedsięwzięcia, jakim jest „Opcja na Prawo”.

Nie tylko jako Polak, ale zarazem jako Niemiec i Gruzin (bo takie są moje korzenie), jestem głęboko przekonany, że Europę czekają ciężkie lata. Zanika klasyczne pojęcie Europejczyka. Tylko w Polsce udało się je tak silnie zachować, bo europejskość jest ściśle powiązana z tożsamością narodową. W Europie, gdzie zanikają poszczególne tożsamości narodów zachodnich, jedynie Polska pozostaje bytem o takiej skali, który jest zarazem prawdziwie europejskim państwem. Niestety, jesteśmy systematycznie przekonywani, głównie za sprawą inspirowanych przez Zachód instytucji, że Polska jest skansenem, który znajduje się na marginesach cywilizacji europejskiej, do której dopiero musi dążyć z wdzięczności za to, że możni tego świata w ogóle uznali jej istnienie.

Tym czasem to Europa zachodnia świadomie zamienia tożsamość europejską na nihilizm. Polska, przeciwnie, jest ostoją cywilizacji europejskiej. Polska kultura to ostatnia twierdza broniąca kulturę europejską przed upadkiem. Jest to rola niewdzięczna.

Odpowiadając na pytanie o znaczenie konserwatyzmu warto odwołać się do myśli Henryka Krzeczkowskiego. Uważam jego rozważania na ten temat zawarte w eseju o urokach zachowawczego temperamentu za trafną odpowiedź, z którą mógłbym się utożsamiać. Od siebie dodałbym tylko tyle, że uważam samo określenie konserwatyzm, za w pewnej mierze narzucone i niebezpieczne, jak każda etykieta współczesnego życia politycznego. W klasycznym ujęciu polityki było się zwolennikiem panowania jednej, wielu lub ogółu osób w celu dobra jednego, wielu, ogółu lub całości. Praktyka polityczna zwykle sprowadza kwestię do bardziej przyziemnego pytania o to, czy uważamy, że dany człowiek powinien rządzić.

Tymczasem w dyskursie politycznym istnieje tendencja do zajmowania pozycji w okopach, oznaczenia okopów jakąś flagą i bicia się na drużyny. Obywatela sprowadza się wtedy do roli kibica. Tendencja ta w szczególności nasiliła się w ramach współczesnego społeczeństwa masowego, ale na szczęście ulega swoistemu rozkładowi. Technologia, która na przestrzeni XX wieku służyła kolektywizacji życia ludzkiego, w tej chwili zdaje się wręcz niszczyć społeczeństwa masowe, dokonując ich atomizacji.

Rozkład ideologii i fakt, że pojęcia ideologiczne typu „konserwatysta” czy „socjalista” wyczerpały już swoją użyteczność, jest rzeczą dobrą. Życie wymusza na nas powrót do klasycznych pojęć politycznych. Pytamy, „czy jest to ktoś dobry, czy zły? Mądry czy głupi? Uczciwy czy podły?”, a nie czy jest -ystą, -istą czy -owcem. Jeżeli wraz z pozostałymi kategoriami i uproszczeniami ideologicznymi XIX i XX wieku umierać miałoby również pojęcie „konserwatysty” – jako cena powrotu świata, w którym rozmawiamy po prostu o tym, kto powinien rządzić, czym jest dobro lub sprawiedliwość oraz czym jest szczęście – to byłbym za, zaznaczając jednocześnie, iż oczywiście znam i szanuję dziedzictwo zwane konserwatywnym.

Konserwatystą nie zostaje się z wyboru – po prostu tak ciebie określają, gdy twój światopogląd wychodzi poza świat doczesny, ogarnia historię, ociera o niebo. Wtedy, ponieważ nie jesteś już modny, nie mieścisz się w śmietniku nowych określeń ideologicznych, zarzucają ci konserwatyzm. Nie zapominajmy, że prasa zachodnia zwykła o przeciwnikach Gorbaczowa w Związku Radzieckim mówić, że byli to „konserwatyści” – bo chcieli zachować stary, sowiecki system.

(...)

Przemówienie sejmowe Andrzeja Leppera, 8 grudnia 2006 roku.

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.