AKTUALNOŚCI

NIEDRUKOWANE

  • Niebezpieczeństwa wynikające z wojny na Ukrainie
    Napisany
    Niebezpieczeństwa wynikające z wojny na Ukrainie „Niebezpiecznym jest uważać, że ekonomiczna współzależność, jądrowy arsenał i międzynarodowe sojusze zabezpieczą nas przed tragedią, jaka może być skutkiem zamieszek na Ukrainie” - Napisał Niall Ferguson, profesor historii z Uniwersytetu Harwardzkiego.
    Napisano środa, 13 sierpień 2014 00:00 w Komentarze niedrukowane Czytaj dalej...
  • Cynizm premiera
    Napisany
    Nasz premier jest utalentowanym dyplomatą. Można by nawet rzec, że charyzmatycznym. No bo który szef rządu wyrządza tyle zła w moralności i infrastrukturze rządzonego przez siebie państwa, a większość obywateli wciąż go chwali i głosuje na partię, która daje mu szerokie możliwości psucia wszystkiego co obywatelskie, wolne, demokratyczne, ucywilizowane?
    Napisano sobota, 02 luty 2013 22:50 w Komentarze niedrukowane Czytaj dalej...
  • Niewiara jest grzechem!
    Napisany
    W miesiącach jesiennych 2012 roku na ulicach kilku miast w Polsce pojawiły się wielkoformatowe plakaty z napisami „Nie zabijam. Nie kradnę. Nie wierzę.” oraz „Nie wierzysz w Boga? Nie jesteś sam”. Plakaty te są głównym elementem zorganizowanej przez lubelską Fundację Wolność od Religii ateistycznej kampanii billboardowej, której celem ma być…
    Napisano wtorek, 15 styczeń 2013 01:27 w Komentarze niedrukowane Czytaj dalej...
Michał Krupa

Michał Krupa

Dla ks. prof. Michała Poradowskiego (1913-2003), definiującego niektóre podstawowe zagadnienia życia społeczno-politycznego na podstawie chrześcijańskiej filozofii i tradycyjnej nauki Kościoła, pierwszorzędne znaczenie ma cywilizacja. Należy tym samym zaznaczyć, że Poradowski, opisując, czym jest cywilizacja, i charakteryzując różne cywilizacje, opiera się głównie na dorobku naukowym prof. Feliksa Konecznego (1862-1949). Posiłkuje się również tomizmem, szczególnie gdy opisuje relacje człowiek-społeczeństwo i zagadnienie społecznej natury człowieka.

sobota, 20 sierpień 2016 13:53

Rosjanie odpowiedzieli na prowokację

Rosjanie odpowiedzieli na prowokacje w rejonach, które postrzegają jako swoją strefę wpływów. Z dr. Gordonem Hahnem rozmawia Michał Krupa

Dr Gordon Hahn jest członkiem Geostrategic Forecasting Corporation z siedzibą w Chicago oraz American Institute of Geostrategy w Los Angeles. Analityk i konsultant portalu russiaotherpointsofview.com. Jest autorem czterech książek: Russia’s Islamic Threat, Russia’s Revolution From Above, 1985-2000 i niedawno opublikowanej The Caucasus Emirate Mujahedin: Global Jihadism in Russia’s North Caucasus and Beyond. Jest wykładowcą licznych uczelni zachodnich i rosyjskich.

Jak odebrał pan profesor przemówienie Donalda Trumpa na temat polityki zagranicznej, wygłoszone 27 kwietnia br. w Waszyngtonie, a zwłaszcza jego ocenę relacji amerykańsko-rosyjskich?

Trump ewidentnie widzi Rosję jako potencjalne, lecz nie pewne zagrożenie. To pierwsze wynika z faktu, że wspominając po raz pierwszy o Rosji w swoim przemówieniu, Trump stwierdził, że istnieje potrzeba odbudowy amerykańskiego wojska, ponieważ Rosjanie i Chińczycy gwałtownie rozwinęli swój potencjał wojskowy. Drugi aspekt został zaznaczony, gdy Trump powiedział, że Stany Zjednoczone nie są skazane na wrogie relacje z Rosją i że dąży do pokojowego współżycia i przyjaźni z Rosją i Chinami, pomimo poważnych różnic z tymi krajami.

Trump najwyraźniej dostrzega możliwość prowadzenia wspólnie z Rosją wojny przeciwko dżihadyzmowi, na co wskazują jego słowa o rosyjskich doświadczeniach z horrorem islamskiego terroryzmu, jako przykład problemu, gdzie Stany Zjednoczone i Rosja powinny szukać wspólnej płaszczyzny działania na podstawie wspólnych interesów. Można było odnieść wrażenie, że Trump przywoływał reagonowską zasadę pokój przez siłę w relacjach z Moskwą, gdy mówił, że łagodzenie napięć i polepszanie relacji z Rosją wyłącznie z pozycji siły jest możliwe, jak najbardziej możliwe. Wydaje się szczerze zainteresowany wysiłkiem na rzecz nowego odprężenia z Moskwą, czego odbiciem były jego słowa, że straszny cykl wrogości musi się zakończyć i idealnie zakończy się wkrótce. Chce również doprowadzić do modus vivendi z Moskwą, chce ubić interes, który będzie dobry dla Rosji. Bardzo istotny jest fakt, że Trump widzi w ekspansji NATO źródło napięć między Rosją a Zachodem. Tak więc ogłosił plan zwołania, jako prezydent, szczytu NATO w celu omówienia nowych strategii i aktualizacji anachronicznej misji i struktury NATO, wyrosłych z zimnej wojny.

(...)

sobota, 28 maj 2016 20:05

Ameryka jest mu winna przeprosiny

Z okazji 22. rocznicy śmierci Richarda Nixona, przedstawiamy rozmowę Geoffem Shepardem, byłym współpracownikiem prezydenta.

Geoff Shepard jest amerykańskim prawnikiem, autorem i wykładowcą. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Harvarda. Znany jest ze swojej pracy w administracji Richarda Nixona, najpierw jako doradca ds. polityki krajowej, a następnie jako członek zespołu obrońców prezydenta (dokonując m.in. wielu transkrypcji słynnych „taśm Nixona”), późniejszej pracy historycznej na rzecz udokumentowania dokonań Nixona w polityce krajowej oraz jako historyk-rewizjonista afery Watergate. Jest autorem dwóch książek ukazujących po raz pierwszy mało znane fakty związane z celami politycznymi przeciwników Nixona i o aferze Watergate, „The Secret Plot to Make Ted Kennedy President: Inside the Real Watergate Conspiracy” i wydanej w ubiegłym roku „The Real Watergate Scandal: Collusion, Conspiracy, and the Plot That Brought Nixon Down”. Mieszka w Pensylwanii.

Watergate był zamachem stanu, który anulował wynik największego osuwiska wyborczego w amerykańskiej historii i zniszczył prezydenta, któremu udało się upokorzyć liberalny establishment. Praca śledcza Geoffa Sheparda odkryła zakopane elementy spisku, który obalił trzydziestego siódmego prezydenta.

Patrick J. Buchanan

W ostatnim czasie, ukazało się wiele książek na temat prezydenta Richarda Nixona. Większość z nich albo przedstawia go w pozytywnym świetle, albo przynajmniej bardziej wyważa ocenę jego osoby i prezydentury. Pana najnowsza książka, „The Real Watergate Scandal: Collusion, Conspiracy and the Plot that Brought Down Nixon” (Prawdziwa afera Watergate: zmowa, spisek i intryga, które obaliły Nixona) jest kolejnym wkładem do ożywionej na nowo dyskusji o Nixonie. Co pana zmotywowało do jej napisania?

Byłem jednym z najmłodszych pracowników administracji Richarda Nixona. Była to moja pierwsza praca po ukończeniu studiów prawniczych. Zawsze byłem zaniekopokojony tym, jak to wszystko się skończyło, zwłaszcza że w moim mniemaniu Amerykanie nie rozumieli, co w istocie się wydarzyło. Straciliśmy ważnie wybranego prezydenta wskutek politycznych szykan. Opuściłem z czasem Waszyngton i podjąłem pracę jako adwokat, lecz wątpliwości pozostały. Około 2002 roku zrozumiałem, że ta garstka ludzi, która miała wiedzę na temat wysiłków obrony prezydenta Nixona, odeszła bez spisania tego, co się wydarzyło. Zdecydowałem, że ta historia musi być opowiedziana. To doprowadziło mnie do opublikowania w 2008 roku mojej pierwszej książki na temat manewrów czynionych przez demokratów w ramach wykorzystywania Watergate do własnych celów. W trakcie moich badań odkryłem dowody rażących wykroczeń ze strony prokuratorów i sędziów zaangażowanych w procesy sądowe związane z aferą Watergate. To skłoniło mnie do napisania mojej najnowszej książki.

Ciągle publikowane są nowe książki o prezydencie Nixonie, zarówno negatywne, jak i pozytywne. Podobnie jak zamach na Kennedy’ego, Nixon ciągle fascynuje. Biorąc pod uwagę taśmy z nagraniami jego rozmów prowadzonych w Białym Domu, prezydentura Nixona jest najbardziej udokumentowaną administracją w historii Stanów Zjednoczonych. Będzie to swoista karma dla przychylnych i nieprzychylnych Nixonowi historyków i analityków jeszcze przez kilka dekad.

(...)

niedziela, 21 luty 2016 00:30

Anglia mojej młodości nie istnieje

Gdy za 300 tys. wyjeżdżających rocznie Brytyjczyków przybywa 300 tys. obcokrajowców z trzeciego świata, de facto zmienia to populację z szybkością 600 tys. w ciągu roku. Demograficznie więc cała nadzieja Anglii leży w Polakach.

Nick Griffin – brytyjski polityk, od 1999 do 2014 lider Brytyjskiej Partii Narodowej, poseł do Parlamentu Europejskiego VII kadencji.

Czy Anglia Twojej młodości zniknęła?

Tak

 

Dlaczego?

sobota, 20 luty 2016 21:01

O Ameryce, Trumpie i Europie

Z Paulem Gottfriedem rozmawia Michał Krupa

Ruch, który tworzy Donald Trump, szybko nie zniknie. Jest to populistyczno- prawicowa reakcja przeciwko obecnej administracji, przeciwko naszym lewicowym edukatorom i przemysłowi kulturowemu oraz wobec niechęci republikańskiego establishmentu do stawiania poważnego oporu lewicy.

Profesor Paul Gottfried (ur. 1941) jest jednym z najbardziej cenionych amerykańskich historyków idei i paleokonserwatywnych myślicieli ostatnich czterdziestu lat oraz autorem 12 książek, w tym przełomowej „Conservatism in America” (2007). Jest głośnym krytykiem neokonserwatyzmu w którym postrzega jako intelektualną i polityczną uzurpację amerykańskiej prawicy. Jego osadzona w tradycyjnym konserwatyzmie analiza nt. kulturowego kryzysu Ameryki i Zachodu zyskała uznanie ze strony m.in b. prezydenta Richarda Nixona, Patricka J. Buchanana, Rona Paula, Russella Kirka czy Tomasa Molnara. Obecnie jest emerytowanym profesorem nauk humanistycznych na Elizabethtown College.

W Polsce ukazał się w 2014 roku, wydany przez wydawnictwo Wektory zbiór esejów Paula Gotfrieda, zatytułowany „Wojna i demokracja”.

Donald Trump prowadzi w sondażach. Jego popularność jest wybuchowa, a pojęcie „milcząca większość” powróciło do głównego nurtu. Coraz bardziej wygląda na republikańskiego nominata. Jakie czynniki przyczyniają się do jego popularności? Czy ma poważną szansę na objęcie urzędu prezydenta?

Nie wiem, czy Trump byłby w stanie wywalczyć zwycięstwo nad Demokratami. Niemniej ruch, który tworzy Trump, szybko nie zniknie. Jest to populistyczno-prawicowa reakcja przeciwko obecnej administracji, przeciwko naszym lewicowym edukatorom i przemysłowi kulturowemu oraz wobec niechęci republikańskiego establishmentu do stawiania poważnego oporu lewicy. Animozja, jaką Trump wzbudza na lewicy, jest całkowicie zrozumiała, jak również nienawiść, którą wywołuje wśród neokonserwatystów. Ci zaś należą do tego segmentu lewicy, któremu udało się przejąć i okupować nasz ruch konserwatywny od lat osiemdziesiątych. Neokonserwatyści woleliby mieć kandydata, który podziela ich stanowisko, tj. takiego, który nie zagroziłby kulturowej lewicy, będzie zaspokajał potrzeby bogatych darczyńców i rozpętywał wojny w imię „praw człowieka” po namowie ze strony neokonserwatywnych „doradców”.

Jim Gergahty na łamach „National Review” nazwał Trumpa następcą Pata Buchanana. Jako bliski współpracownik Buchanana, czy podziela pan profesor ten pogląd?

Trumpa można określić, jako „miękkiego Buchanana”. Nie ma jego elokwencji, religijnych przekonań i prawdziwego tradycjonalizmu. Podobny jest do Buchanana w tym sensie, że ma populistyczny, antyestablishmentowy styl i przemawia do klasy robotniczej jako ofiary niekontrolowanej polityki imigracyjnej. W przeciwieństwie do Trumpa, Buchanan ma wyraźny kanon zasad, ale z drugiej strony nigdy nie był w stanie wzbudzić tak masowego poparcia, jakim cieszy się Trump. To naprawdę wstyd, że sprawy potoczyły się w ten sposób. Wolałbym widzieć Pata mającego szansę na prezydenturę.

(...)

sobota, 20 luty 2016 20:57

Trump ex machina

Z Jamesem Kirkpatrickiem rozmawia Michał Krupa

Elity nie wiedzą, jak sobie z Trumpem poradzić – jego postawa traktowana jest w kategoriach zdrady własnej klasy społecznej i nienawidzą go za to, jednak nie mogą go ignorować.

James Kirkpatrick pracował jako oddolny organizator dla licznych konserwatywnych organizacji oraz udziela się w konserwatywnych mediach. Pracował również jako asystent w Kapitolu. Jest stałym publicystą portalu vdare.com. Pracował też z różnymi segmentami amerykańskiej prawicy – od neokonserwatystów po libertarian i tzw. nacjonalistycznych dysydentów.

Jakie czynniki stoją za popularnością Donalda Trumpa?

Pierwszym i najważniejszym czynnikiem jest imigracja. Jest czymś niebywałym, że Partia Republikańska wielokrotnie starała się narzucić akceptację dla amnestii imigracji [nielegalnych imigrantów – przyp. tłum.] swoim własnym wyborcom. Pomimo tego, że przeszkadzano tym procesom, nie wydaje się, żeby ktokolwiek na establiszmentowej prawicy wyciągnął odpowiednie wnioski. Zamiast tego zaczęli rozprawiać się z własnymi wyborcami, posuwając się nawet do wyciszania antyimigranckich patriotów na takich konferencjach jak CPAC 1). Zostało to dostrzeżone przez ludzi na dołach i spowodowało wybuch frustracji, ale nie było nikogo w ruchu konserwatywnym, kto by asertywnie o tych kwestiach mówił. Nic dziwnego, skoro to, co ja nazywam korporacją Konserwatyzm, jest finansowane przez tych samych darczyńców, którzy finansują takie osoby, jak Marco Rubio.

Trump, jako ktoś spoza establiszmentowej prawicy, kto nie potrzebuje finansowania, ma wyjątkową swobodę w tej kwestii. Tak więc, gdy zaczął mówić o imigracji, natychmiast doły zaczęły się gromadzić wokół niego. On jest zupełnie wyjątkowy, nikt inny nie mógł tego zrobić. Establiszmentowa prawica stworzyła system, który ma powstrzymać tego typu zjawiska, lecz nie dotyczy to Trumpa.

Drugim czynnikiem jest politycznie niepoprawny styl Trumpa. Bawi się mediami i otwarcie z nich drwi. Lewicowi aktywiści chcą uderzyć w interesy Trumpa, a on ich zwyczajnie rozjeżdża niczym walec parowy. Gdy ktoś go atakuje, oddaje dwa razy mocniej. Dla konserwatystów, którzy są przyzwyczajeni widzieć, jak ich domniemani przywódcy specjalizują się w grzecznym przegrywaniu i przepraszaniu, czymś wręcz upajającym jest widzieć kogoś walecznego i odnoszącego zwycięstwa. Trzecim czynnikiem jest zwyczajna frustracja wynikająca z apatii Republikanów i braku zmiany czegokolwiek, pomimo tego że kontrolują Kongres. Republikanie odnieśli ogromne zwycięstwo w ostatnich wyborach po tym, jak obiecali walczyć z amnestią Obamy [dla nielegalnych imigrantów – przyp. tłum.], a potem złożyli broń. Paul Ryan, który niegdyś był dla wielu konserwatystów postacią heroiczną, został wybrany spikerem Izby Reprezentantów i pierwszą rzeczą, którą zrobił, było uchwalenie ustawy finansującej wszystkie programy Obamy, lecz bez środków na płot graniczny. Wiele osób zwraca się ku Trumpowi, ponieważ nie ufa nikomu w Partii Republikańskiej czy też w ruchu konserwatywnym. Postrzegają ów ruch jako samolubne oszustwo. I mają rację.

Wreszcie osoba samego Trumpa. Nigdy nie było takiej osoby jak on. Był już gwiazdą, więc media nie mogą go ignorować. Jest bogaty, więc nie mogą go odciąć. Ma bezpośredni dostęp do mediów. Od dekad utrzymuje relacje z wpływowymi ludźmi. Zasadniczo jest kimś z elity medialnej, kto się zbuntował. Elity nie wiedzą, jak z tym sobie poradzić – jego postawa traktowana jest w kategoriach zdrady własnej klasy społecznej i nienawidzą go za to, jednak nie mogą go ignorować. Trump jest też wyjątkowo histeryczny. Jego wiece są zabawnymi widowiskami. To tak jakby oglądać mieszankę komika stand-up, kaznodziei i generała przemawiającego do swoich żołnierzy. Charyzma jest wyjątkowa przebojowa.

A jednak siły jemu przeciwne są tak potężne, że i to może nie wystarczyć.

1) Conservative Political Action Conference.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 20:32

Smutek odchodzącego świata

Z prof. Thomasem Flemingiem rozmawia Michał Krupa

Prof. Thomas Fleming – katolicki tradycjonalista i paleokonserwatywny myśliciel, były Przewodniczący Rockford Institute, redaktor „Chronicles: A Magazine of American Culture”. Autor sześciu książek.

Większość polskich tzw. ekspertów od Rosji dezinformowała opinię publiczną i de facto uczynili z Polski kraj frontowy. Rosja nigdy nie chciała, aby Polska była krajem frontowym, ale paranoiczna wizja Rosji Zbigniewa Brzezińskiego stała się samospełniającym się koszmarem. „Zbig” zrobił z Ukrainy drugi Afganistan, a z Polski drugi Pakistan – drugi raz po pierwotnej akcji wspierania afgańskich mudżahedinów w latach 1979-1980, gdy był przy władzy.

Jakim krajem są Stany Zjednoczone po ośmiu latach prezydentury Baracka Obamy?

Gdy Barack Obama został wybrany prezydentem, reakcje były podzielone w zależności od afiliacji partyjnej. Demokraci, szczególnie ci, którzy należeli do mniejszości etnicznych, oczekiwali natychmiastowego polepszenia ich warunków życia i szybkiej możliwości rozwoju. Oczekiwali również rychłego zakończenia militarnego awanturnictwa, które charakteryzowało prezydenturę jego poprzednika. Republikanie, przeciwnie, obawiali się wyższych podatków, które w połączeniu z socjalistycznymi propozycjami Obamy, doprowadziłyby do gospodarczej stagnacji i utraty szansy życiowego rozwoju. Jak się okazało, Demokraci całkowicie się mylili, a Republikanie byli zbyt optymistyczni. Czarni i latynoscy wyborcy nie uzyskali niczego poza większym oburzeniem, amerykańscy żołnierze nadal walczą w Afganistanie, a zainicjowana przez Amerykę „Arabska Wiosna” spowodowała nieopisane zniszczenia w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Częściowe ożywienie gospodarcze jest powolne i niezadowalające, a klasa średnia wiąże teraz swoje nadzieje z wyborem Republikanina na prezydenta, który najprawdopodobniej nie zrobi nic, aby cofnąć rewolucję, która przetoczyła się przez kraj przez ostatnie osiem lat. Ameryka jest obecnie krajem gdzie obywatele – szczególnie ci z Południa i chrześcijanie – są zobligowani nienawidzić swojej historii i tożsamości.

Wielu konserwatystów, szczególnie w świetle ostatniej decyzji Sądu Najwyższego legalizującej tzw. małżeństwa homoseksualne, twierdzi, że wojna kulturowa w Ameryce dobiegła końca i lewica wygrała. Niektórzy proponują tzw. opcję benedyktyńską, według której chrześcijanie powinni odwrócić się od otaczającego ich liberalizmu i zacząć tworzyć zamknięte wspólnoty moralnej ortodoksji. To zbiega się ze słynnym libertariańskim postulatem „nieregulowania małżeństwa”, implikując tym samym, że rząd nie ma żadnej roli do odegrania w ochranianiu i promocji instytucji małżeństwa. Jednak, gdy spojrzymy na klasyczną filozofię państwa, która leży w samym sercu Christianitas – lub pozostałościach tejże – nie tylko, że chrześcijanie nie powinni odwracać się od świata, lecz również władza ma moralny obowiązek karania zła i promowania cnoty, w ten sposób przyczyniając się do „wspólnego dobra” społeczności. Czy nie jest tak, że obie te opcje są niczym innym jak zwykłą kapitulacją w obliczu kulturowej hegemonii liberalizmu?

Całkowicie nie zgadzam się z libertariańską argumentacją. Wspólnota polityczna (termin „państwo” ma wiele specyficznie historycznych konotacji, które ograniczają jego użyteczność) istnieje, jak to św. Tomasz z Akwinu genialnie wydedukował od Arystotelesa, w celu stworzenia warunków sprzyjających prawemu życiu. Nie jest w stanie skutecznie narzucić cnoty, ale poprzez zabezpieczenie praw własnościowych, ustanowienie rządów prawa, sprzyjanie cnocie i oponowanie przeciwko występkom, zachęca swoich obywateli do prawego i dobrego życia.

Tzw. opcja benedyktyńska ma więcej zalet po swojej stronie, ale bazuje na złudzeniu, że Zachód zasadniczo był kwitnącą i moralnie nienaruszoną kulturą aż do czasów najnowszych (np. do lat 60. lub, w bardziej skrajnych przypadkach, do lat 20.). De facto kampania na rzecz podważenia i zniszczenia Christianitas była projektem renesansowych i oświeceniowych intelektualistów, którzy ciągle są chwaleni przez katolickich teologów, którzy nawet obecnie przywołują antykatolicką terminologię praw człowieka, demokracji i równości. Dopóki Montaigne, Locke, Kant, Hegel, Husserl i Sartre są akceptowalni w katolickich kręgach, dopóty ich członkowie nie wniosą nic użytecznego do dzieła kontrrewolucji, które jako jedyne może uratować Europę i Amerykę Północną.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 20:22

Pytania o konserwatyzm i Polskę

Z Peterem Strzeleckim Riethem rozmawia Michał Krupa

Peter Strzelecki Rieth – konserwatywny eseista i publicysta, współpracownik portalu „Sputnik” i „The Imaginative Conservative”. Absolwent Hillsdale College w stanie Michigan, USA.

Rzeczywistość polityczna jest pochodną psychologii jej uczestników. W przypadku bliskich więzi ze Stanami logika elit solidarnościowych pokrywa się akurat z myśleniem większości społeczeństwa polskiego. To nie jest spisek, tylko logiczny koniec drogi rozpoczętej w 1989 roku.

Pana uczelnia, Hillsdale College, ma renomę konserwatywnej szkoły wyższej. Czym jest dla pana konserwatyzm?

Na wstępie chciałbym serdecznie podziękować za zaproszenie na łamy ważnego przedsięwzięcia, jakim jest „Opcja na Prawo”.

Nie tylko jako Polak, ale zarazem jako Niemiec i Gruzin (bo takie są moje korzenie), jestem głęboko przekonany, że Europę czekają ciężkie lata. Zanika klasyczne pojęcie Europejczyka. Tylko w Polsce udało się je tak silnie zachować, bo europejskość jest ściśle powiązana z tożsamością narodową. W Europie, gdzie zanikają poszczególne tożsamości narodów zachodnich, jedynie Polska pozostaje bytem o takiej skali, który jest zarazem prawdziwie europejskim państwem. Niestety, jesteśmy systematycznie przekonywani, głównie za sprawą inspirowanych przez Zachód instytucji, że Polska jest skansenem, który znajduje się na marginesach cywilizacji europejskiej, do której dopiero musi dążyć z wdzięczności za to, że możni tego świata w ogóle uznali jej istnienie.

Tym czasem to Europa zachodnia świadomie zamienia tożsamość europejską na nihilizm. Polska, przeciwnie, jest ostoją cywilizacji europejskiej. Polska kultura to ostatnia twierdza broniąca kulturę europejską przed upadkiem. Jest to rola niewdzięczna.

Odpowiadając na pytanie o znaczenie konserwatyzmu warto odwołać się do myśli Henryka Krzeczkowskiego. Uważam jego rozważania na ten temat zawarte w eseju o urokach zachowawczego temperamentu za trafną odpowiedź, z którą mógłbym się utożsamiać. Od siebie dodałbym tylko tyle, że uważam samo określenie konserwatyzm, za w pewnej mierze narzucone i niebezpieczne, jak każda etykieta współczesnego życia politycznego. W klasycznym ujęciu polityki było się zwolennikiem panowania jednej, wielu lub ogółu osób w celu dobra jednego, wielu, ogółu lub całości. Praktyka polityczna zwykle sprowadza kwestię do bardziej przyziemnego pytania o to, czy uważamy, że dany człowiek powinien rządzić.

Tymczasem w dyskursie politycznym istnieje tendencja do zajmowania pozycji w okopach, oznaczenia okopów jakąś flagą i bicia się na drużyny. Obywatela sprowadza się wtedy do roli kibica. Tendencja ta w szczególności nasiliła się w ramach współczesnego społeczeństwa masowego, ale na szczęście ulega swoistemu rozkładowi. Technologia, która na przestrzeni XX wieku służyła kolektywizacji życia ludzkiego, w tej chwili zdaje się wręcz niszczyć społeczeństwa masowe, dokonując ich atomizacji.

Rozkład ideologii i fakt, że pojęcia ideologiczne typu „konserwatysta” czy „socjalista” wyczerpały już swoją użyteczność, jest rzeczą dobrą. Życie wymusza na nas powrót do klasycznych pojęć politycznych. Pytamy, „czy jest to ktoś dobry, czy zły? Mądry czy głupi? Uczciwy czy podły?”, a nie czy jest -ystą, -istą czy -owcem. Jeżeli wraz z pozostałymi kategoriami i uproszczeniami ideologicznymi XIX i XX wieku umierać miałoby również pojęcie „konserwatysty” – jako cena powrotu świata, w którym rozmawiamy po prostu o tym, kto powinien rządzić, czym jest dobro lub sprawiedliwość oraz czym jest szczęście – to byłbym za, zaznaczając jednocześnie, iż oczywiście znam i szanuję dziedzictwo zwane konserwatywnym.

Konserwatystą nie zostaje się z wyboru – po prostu tak ciebie określają, gdy twój światopogląd wychodzi poza świat doczesny, ogarnia historię, ociera o niebo. Wtedy, ponieważ nie jesteś już modny, nie mieścisz się w śmietniku nowych określeń ideologicznych, zarzucają ci konserwatyzm. Nie zapominajmy, że prasa zachodnia zwykła o przeciwnikach Gorbaczowa w Związku Radzieckim mówić, że byli to „konserwatyści” – bo chcieli zachować stary, sowiecki system.

(...)

Rosja ma niejedno oblicze, często te oblicza są ze sobą sprzeczne, więc można powiedzieć wiele kontrastujących ze sobą rzeczy o Rosji i większość z nich będzie prawdą.

Za kilka miesięcy minie druga rocznica wybuchu protestów na kijowskim Majdanie. Reakcja Rosji została określona w kategoriach dążenia do imperializmu, nie do zwyczajnej obrony interesów narodowych – najpierw gospodarczych, gdy trwały negocjacje ws. umowy stowarzyszeniowej, a następnie bezpieczeństwa, gdy zaczęły się protesty na Krymie. Jak pan ocenia tamte wydarzenia i ich następstwa?

Wydarzenia i ostateczne zwycięstwo tzw. rewolucji Majdanu były przegraną dla wszystkich zaangażowanych stron. Pierwszym przegranym była Ukraina, ale również wśród przegranych była też Rosja i Unia Europejska (która rozpoczęła bardzo kosztowną wojnę na sankcje), a nawet Stany Zjednoczone (prędzej czy później będą musiały dzielić ciężar utrzymania rozpadającej się gospodarki Ukrainy; Waszyngton już udziela kredytów przez MFW). Nawet obecni „personalni zwycięzcy”, tacy jak Petro Poroszenko, Arsenij Jaceniuk, Andrij Parubyj i inni ukraińscy nacjonaliści, którzy zostali wyniesieni do władzy przez Majdan, nawet oni prędzej czy później, staną się przegranymi, gdyż ich polityka gospodarcza i zagraniczna są katastrofalne, zatem historia osądzi ich bardzo surowo.

Po pierwsze, dlaczego uważam, że Majdan był porażką dla Ukrainy? Cóż, Ukraina przegrała niemalże na każdym froncie, w tym i perspektywę włączenia tego kraju do struktur europejskich. W latach 2014-2015 ukraińscy statystycy odnotowali 30-procentowy spadek w ukraińskim eksporcie do Unii Europejskiej w porównaniu z czasami „antyeuropejskiego” Janukowycza. To nie jest „kremlowska propaganda” – to są dane podawane w kontrolowanych przez rząd stacjach telewizyjnych Ukrainy. Tymczasem celem Majdanu była promocja ukraińskiego akcesu do Unii Europejskiej poprzez wyrugowanie „antyeuropejskiego” Janukowycza. W rzeczywistości, Janukowycz nie był wcale antyeuropejski, to media krajów UE, szczególnie polska prasa, przykleiły mu łatkę „prorosyjskiego” prezydenta. Janukowycz miał dobre powody, aby chwilowo zawiesić umowę stowarzyszeniową między Ukrainą i UE; istotnie, nowy prezydent Petro Poroszenko, wyniesiony do władzy przez Majdan, również musiał odroczyć gospodarczą implementację stowarzyszenia o przynajmniej rok. Ale z radykalnie rusofobicznym Poroszenką u władzy UE nie poparła żadnych protestów prounijnych entuzjastów przeciwko tej decyzji prezydenta, mimo że była dokładną repliką działań Janukowycza.

Więc Majdan był oparty na kłamstwach (o jednym właśnie wspomniałem) i na nienawiści (wystarczy obejrzeć filmy ukazujące „pokojowo protestujących” podpalających policjantów koktajlami Mołotowa lub przeczytać ich „pokojowe” slogany). Nie było jeszcze przykładu z historii, gdy protesty oparte na kłamstwach i nienawiści przyniosły dobre owoce. Majdan nie był wyjątkiem.

Natychmiastowe następstwa rewolucji Majdanu były tragiczne dla Ukrainy: wojna domowa na Wschodzie kraju, poważny podział ukraińskiego społeczeństwa na grupy „za” i „przeciw” Majdanowi. Temu podziałowi towarzyszyła coraz bardziej kurcząca się przestrzeń opinii wyrażanych na łamach ukraińskiej prasy.

Mała dygresja. Zanim przejdę do innych negatywnych konsekwencji Majdanu, pozwolę sobie przedstawić moje zdanie nt. wolności słowa na Ukrainie. Gdy idzie o pluralizm mediów, czytałem regularnie ukraińską prasę między 1989 r. a 2014 r. i wówczas faktycznie rożne opinie znalazły swoją ekspresję na różne tematy, w tym nt. relacji z Rosją. Obecnie można zaobserwować tylko małe fluktuacje wokół punktu widzenia panów Poroszenki i Jaceniuka, dwóch osób dzierżących najwyższą władzę. I ich poglądy stały się agresywnie antyrosyjskie, bardzo nietolerancyjne wobec innych punktów widzenia. Zaiste oficjalna ideologia „nowej Ukrainy” odzwierciedla opinie mniejszości Ukraińców, ale mało kto ma odwagę, aby ją obecnie podważyć (i władzę państwową!), gdy się widzi bilbordy zachęcające ludzi do zgłaszania „separatystów” wśród swoich znajomych. Można dumnie umieszczane zdjęcia tych licznych bilbordów obejrzeć na stronach ukraińskiej prasy. Jest to kolejny dowód mówiący o wiele więcej o naturze nowego ukraińskiego reżimu niż jakakolwiek „rosyjska propaganda” z zewnątrz Ukrainy (http://vesti-ukr.com/strana/95856-v-ukraine-objavlena-ohota-na-bytovyh-separatistov).

Materialne negatywne konsekwencje Majdanu obejmują spowolnienie gospodarcze, które odnotowują również entuzjaści Majdanu. Nowy gubernator Odessy, Michaił Saakaszwili, twierdzi, że Ukraina będzie potrzebowała kilkunastu lat, zanim powróci do wyników gospodarczych z czasów Janukowycza, a gdy słyszymy to z ust zazwyczaj hiperoptymistycznie nastawionego Saakaszwiliego, ma to szczególne znaczenie.

Rzecz jasna, wszystkie te negatywne konsekwencje są niczym w porównaniu z główną tragedią, wojną domową, która nie rozpoczęła się w Donbasie wiosną 2014 r., lecz wcześniej w Kijowie u schyłku 2013 roku, gdy ukraińscy obywatele zaczęli okaleczać i zabijać się nawzajem z powodów politycznych (zob. zdjęcia i statystyki obejmujące okres grudzień 2013-lipiec 2014 – to już jest wojna domowa, z Rosją ciągle zaabsorbowaną Olimpiadą w Soczi i liczącą na kompromis między walczącymi stronami na Ukrainie).

Skąd mogą przyjść zmiany? Jestem optymistą, ale po pierwsze realistą. Zmiany mogą przyjść tylko ze źródeł, które są przyczyną tragedii na Ukrainie, czyli z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Zmiany mogą nastąpić wówczas, gdy wszyscy uzmysłowią sobie, jak wielkie zagrożenia czyhają na Bliskim Wschodzie i w innych częściach świata, które UE i USA zdestabilizowały (Libia, Irak, Państwo Islamskie, Kosowo, które może się stać bazą ISIS w Europie). Bez zmiany polityki ze strony UE i USA wojna domowa na Ukrainie będzie dalej się toczyć. Poroszenko potrzebuje tej wojny, ponieważ jest jedynym usprawiedliwieniem dla jego ponurych wyników gospodarczych. Nie powstrzyma ofensywy przeciwko Donbasowi i innym regionom, gdzie zdecydowana większość ludzi na niego nie głosowała i nigdy na niego nie zagłosuje.


Czy podział Ukrainy jest nieuchronny? Co musi zrobić rząd w Kijowie, żeby doprowadzić do rozsądnego i trwałego kompromisu?

Dopóki ludzie z takimi poglądami jak Poroszenko, Jaceniuk, Parubyj i Jarosz mają władzę w Kijowie, Ukraina nie stanie się zjednoczonym krajem. Pozbycie się ich (najlepiej umieścić w więzieniu) byłoby początkiem szukania kompromisu między zachodnimi i wschodnimi Ukraińcami. Taki kompromis jest nadal możliwy.


W ramach trwającej wojny informatycznej prezydent Władimir Putin był i jest prezentowany w mediach głównego nurtu na Zachodzie, jak również często w Polsce, jako wręcz „wcielone zło”, jako „były czekista dążący do restauracji ZSRR”. Niektórzy nawet porównują go do Adolfa Hitlera. Skąd pana zdaniem taka surowa ocena rosyjskiego przywódcy?

Demonizacja Putina zaczęła się, jeszcze zanim objął władzę w roku 2000. Jej początki mają taki sam charakter jak początki „dehumanizacji” w zachodniej prasie „Iraku Saddama” lub „Jugosławii Miloševića”. Demonizacja zagranicznych przywódców we współczesnej prasie zachodniej stanowi zazwyczaj preludium do wojny (np. Husajn w Iraku) albo mniej lub bardziej gwałtownej zmiany władzy (jak Janukowycz na Ukrainie). Ale może też być oznaką ukrytej kampanii politycznej przeciwko przywódcy, który zszedł z kursu całkowitej uległości wobec Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych (obecne kampanie medialne przeciwko Wiktorowi Orbánowi na Węgrzech lub Władimirowi Mečiarowi na Słowacji w latach dziewięćdziesiątych, albo przeciwko malezyjskiemu przywódcy Mahathirowi ben Mahamadowi w Malezji we wczesnych latach dwutysięcznych). Putin znosi tę kampanię bardzo cierpliwie. Większość podżegaczy tej kampanii bez problemów udaje się do Rosji i nawet są zatrudniani w rosyjskich mediach i na uniwersytetach. W ostatnich 20 latach myślący Rosjanie nauczyli się podchodzić do tych kampanii ze sporą dozą ironii. Gdyby UE była tak wspaniała, nie byłoby kryzysu w Grecji i jeśli Mahathir ben Mahamad w Malezji był tak zły, Malezja nie byłaby obecnie zamożnym państwem. Proroków oceniajmy po owocach.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

startPoprzedni artykuł12Następny artykułkoniec
Strona 1 z 2

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.