Stanisław Bieleń

Stanisław Bieleń

Polski politolog specjalizujący się w problematyce tożsamości w stosunkach międzynarodowych, polityce zagranicznej Rosji, międzynarodowej roli mocarstw, strategiach i stylach w negocjacjach międzynarodowych.

sobota, 20 luty 2016 23:25

Wojny naszych czasów

Do początku XX wieku wojna była dozwolonym przez prawo międzynarodowe środkiem rozstrzygania i regulowania sporów międzynarodowych, a ius ad bellum (prawo wypowiadania i prowadzenia wojny) było uznawane za naturalny atrybut suwerena. Zgodnie z tezą Carla von Clausewitza wojny uważano za przedłużenie polityki za pomocą innych środków. To zdanie nabrało charakteru aksjomatu, choć można wskazać na jego absurdalność, gdyż wszelkie wojny przeczą zdrowemu rozsądkowi i nie są żadną racjonalną „kontynuacją polityki”, ale jej zaprzeczeniem i unicestwieniem.

Przez wieki wynik wojen decydował o statusie terytorialnym i politycznym, a nawet o istnieniu bądź nieistnieniu państwa. Wojny towarzyszyły ludzkości od tysięcy lat. Toczono je o terytoria, bogactwa, władzę, a nawet o kobiety, jak wojnę trojańską. Były rezultatem niezaspokojonych potrzeb, żądzy panowania, chciwości, nienawiści, strachu, zemsty. Następowały wtedy, gdy siłą można było osiągnąć swoje cele, a także gdy wymagały tego honor, duma czy idea (religia bądź ideologia).

Wojny jako relacji międzyludzkiej nie udało się dotąd zatrzymać i nic nie wskazuje na to, aby miało to nastąpić w przewidywalnym czasie. Ograniczono wszak użycie siły w stosunkach międzynarodowych. W XX wieku zakaz stosowania siły lub groźby jej użycia został podniesiony do rangi jednej z podstawowych zasad stosunków między państwami – artykuł 2. pkt. 4. Karty Narodów Zjednoczonych. Państwa zachowują jednak prawo do legalnego użycia siły w wykonaniu zapisanego w artykule 51. Karty prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony. Oznacza to, że siła wojskowa pozostaje środkiem zapewniania bezpieczeństwa państw. Jednakże możliwości skorzystania z tego prawa zostały ograniczone przez normy międzynarodowe. Po pierwsze, chodzi o przypadek, kiedy przeciwko państwu dokonano napaści, a po drugie, środki podjęte dla samoobrony powinny być podane do wiadomości Rady Bezpieczeństwa ONZ i w niczym nie mogą ograniczać jej kompetencji do podjęcia akcji, jaką uzna ona za konieczną dla przywrócenia międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa.

Największy – obok prawa międzynarodowego – wpływ na ograniczenie roli czynnika wojskowego miała rewolucyjna zmiana w technologiach i technikach wojennych. Broń masowej zagłady postawiła przed ludzkością groźbę całkowitego zniszczenia na wielkich obszarach globu, a nawet w skali całej Ziemi. To z tych przede wszystkim względów wojna lub groźba wojny na wielką skalę przestały być ultima ratio polityki państw. W stosunkach międzynarodowych rozpoczęła się era debellizacji. Okazało się, że bronie jądrowe − „najlepsze” z dotychczasowych, ponieważ najbardziej skuteczne − są najmniej użyteczne. Ze względu na równoważenie się potencjałów jądrowych, będących w dyspozycji dwu największych potęg epoki zimnowojennej – USA i ZSRR, efektywna siła uderzenia jądrowego została zredukowana do zera. Chodziło o to, że żadna z potęg jądrowych, ani też żaden z sojuszy wojskowo-politycznych – NATO i Układ Warszawski − nie były w stanie zadać skutecznego pierwszego uderzenia i były wystawione na odwetowe uderzenie drugiej strony. Amerykański uczony John Herz nazwał kiedyś ten stan rzeczy równaniem między absolutną potęgą a absolutną impotencją. Równowaga strategiczna opierała się nie tylko na przybliżonym equilibrium siły, lecz także na psychologicznym przeświadczeniu (strachu), że ten, „kto zaatakuje pierwszy, zginie jako drugi”, dzięki zdolności każdej ze stron do zadania ciosu odwetowego. Była to podstawowa przesłanka strategii odstraszania, dzięki której nie doszło do wojny totalnej na wielką skalę. Wydaje się, że w użyciu broni ludzkość przekroczyła w XX wieku punkt zwrotny, w którym maksymalizacja śmierci i zniszczenia osiągnęły swoje apogeum, rozbudzając u większości osób naturalny instynkt samozachowawczy. Nowe generacje broni inteligentnych, coraz bardziej precyzyjnych i selektywnych będą zapewne sprzyjać powstrzymywaniu działań wroga przy jak najmniejszych kosztach zabijania. Jednocześnie dla militarystów będą stanowić pokusę ich wypróbowania na polu walki. Świat zatem będzie nadal areną rozmaitych wojen ograniczonych i lokalnych, z użyciem zarówno bardzo wyrafinowanych pod względem technicznym, jak i prymitywnych (bo tanich) narzędzi walki.

(...)

sobota, 28 listopad 2015 00:05

Państwa upadłe jako źródło zła

Upadek państw jest główną przyczyną kryzysu imigracyjnego, jaki uderza w Europę. Procesy te wzmogły się, kiedy państwa zachodnie podjęły krucjatę ideologiczną, łącznie z interwencją militarną, przeciwko autorytarnym reżimom w Iraku, Libii i Syrii, licząc przy okazji naiwnie na przebudowę świata arabskiego na modłę demokratyczną. „Arabska wiosna” okazała się całkowitą porażką, przynosząc wiele nieszczęść i recydywę krwawych dyktatur.

Upadek państw to zjawisko stosunkowo młode. Samo pojęcie „państwa upadłego” upowszechniło się w latach dziewięćdziesiątych XX wieku na oznaczenie skutków kryzysu struktur państwowych. Stało się zaprzeczeniem i podważeniem „państwa normalnego”. Upadłość państwa oznacza deficyt ładu wewnętrznego, całkowitą dezintegrację struktur społecznych, demontaż infrastruktury państwowoprawnej, którym towarzyszą takie negatywne zjawiska jak katastrofa ekonomiczna, ubóstwo, głód, naruszanie podstawowych praw i wolności obywatelskich, klęski humanitarne, widoczne w masowych migracjach czy konfliktach etnicznych. Stanowią one wyzwanie i zagrożenie dla całego porządku międzynarodowego, zagrażają stabilności pokoju i bezpieczeństwa. Stwarzają warunki dla rozwoju międzynarodowego terroryzmu i zorganizowanej przestępczości. Z tych powodów sytuacja państw upadłych stanowi wyzwanie moralne, polityczne i prawne wszystkich członków wspólnoty międzynarodowej, a przede wszystkim mocarstw. Na porządku dnia staje konieczność wzmacniania słabych państw, także tych o ustrojach niedemokratycznych, aby zapobiegać szerzeniu się warunków dla groźnych patologii społecznych.

Zjawisko upadku państw jest charakterystyczne dla obszarów określanych powszechnie jako Trzeci Świat (w Afryce, na Bliskim i Środkowym Wschodzie, w Azji Środkowej i w Ameryce Łacińskiej). Zrodziło się w następstwie wystąpienia kilku istotnych czynników, które nakładają się na siebie. Jest to przede wszystkim dziedzictwo systemu kolonialnego, który zniszczył tradycyjne struktury społeczne, ale nie zdążył wykształcić trwałych instytucji konstytucyjno-ustrojowych, odpowiadających specyfice etnicznej, społecznej czy religijnej i zbudować efektywnej tożsamości tych nowych państw.

Gunnar Myrdal użył kiedyś pojęcia „miękkie państwo” dla oznaczenia tworów pokolonialnych. Ich wspólnymi cechami był brak społecznej dyscypliny, słabość ustawodawstwa, niedbalstwo, samowola urzędników i korupcja. Były one wynikiem dekolonizacji, której podstawę stanowiło prawo do samostanowienia ludów kolonialnych, bez uwzględniania ich rzeczywistej zdolności do samodzielnego przetrwania. Jak wiele innych postulatów, samostanowienie uległo pewnej idealizacji, także w prawie międzynarodowym.

Elity rządzące w państwach pokolonialnych nie były w stanie zapewnić wewnętrznej spójności i pokonać problemów typowych dla społeczeństw multietnicznych i wielowyznaniowych. Duży wpływ na upadek państw miał koniec „zimnej wojny”, w czasie której supermocarstwa często w sposób sztuczny podtrzymywały u władzy rządy deklarujące lojalność sojuszniczą, opartą na dostawach broni i uzbrojenia oraz „pokrewieństwie” ideologicznym, nie zaś na efektywności rządzenia. Tak na przykład USA udzielały pomocy Filipinom, Republice Wietnamu Południowego czy Zairowi, ZSRR zaś świadczył podobną pomoc wobec Afganistanu, Kuby czy Etiopii.

(...)

Względność status quo w stosunkach międzynarodowych

W stosunkach międzynarodowych trwa stale konfrontacja między obrońcami status quo a zwolennikami zmian, choć do niedawna wydawało się, że ład międzynarodowy oparty na poszanowaniu nienaruszalności granic i integralności terytorialnej został powszechnie zaakceptowany. Po raz kolejny ludzkość przekonuje się jednak, że żaden ład w stosunkach międzynarodowych nie jest dany raz na zawsze. Wiara, że raz ustanowione granice będą miały charakter wieczysty, świadczy raczej o braku zrozumienia dla historii, o naiwności i bezgranicznym idealizmie, a nie o realistycznej diagnozie rzeczywistości międzynarodowej.

W praktyce izolacjonizm ściera się z aktywizmem i zaangażowaniem, tendencje integracyjne i dośrodkowe splatają się z tendencjami dezintegracyjnymi i odśrodkowymi. Nikt doprawdy nie wie, czy raz przyjęta polityka jakiegoś państwa nie ulegnie zmianie lub przewartościowaniu w dłuższej perspektywie czasowej. Na przykład Niemcy powszechnie są uznawane za państwo pokojowe i zorientowane na integrację europejską. Ale czy istnieje pewność, że kolejne pokolenia Niemców wytrwają w tej postawie i nie powrócą do rewizjonizmu terytorialnego czy ekspansjonizmu? Albo czy Chiny ostatecznie zintegrują się z systemem międzynarodowym, czy też zawsze będą strzec swojej cywilizacyjnej odrębności? Na te i podobne pytania nikt nie zna dobrej odpowiedzi. Stosunki międzynarodowe każdej epoki są bowiem wypadkową złożonych uwarunkowań geopolitycznych. Są kompromisem między siłą a prawem, ładem faktycznym i ładem normatywnym. Są także, na co wskazują konstruktywiści, rezultatem zmieniających się tożsamości uczestników stosunków międzynarodowych.

O zmianie w stosunkach międzynarodowych decyduje często wybór idei w polityce zagranicznej pojedynczych państw, co może dramatycznie wpływać na losy świata. Gdy Japonia postanowiła w drugiej połowie XIX w. zerwać z izolacjonizmem, zmieniła bieg zdarzeń w całej Azji, wyrastając na potęgę regionalną. Stany Zjednoczone, wycofując się z Europy po I wojnie światowej, przesądziły o ekspansji europejskich totalitaryzmów, po II wojnie światowej zaś, biorąc odpowiedzialność za cały Zachód, zapobiegły ekspansji stalinowskiego ZSRR. Choć o wielu strategiach decydują konkretne uwarunkowania, to jednak niebagatelne znaczenie ma zawsze określony wybór ideowy konkretnego przywództwa. Gdyby Michaił Gorbaczow nie postawił na „nowe myślenie”, rozpad radzieckiego kolosa przybrałby z pewnością inny kształt i miałby zapewne o wiele bardziej dramatyczny przebieg. Rosnące w potęgę Chiny stawiają raczej na adaptację do istniejącego porządku, a nie na jego rewizję, stąd zmiany globalne póki co przebiegają ewolucyjnie. Okazuje się zatem, że to nie sam układ sił decyduje o zachowaniach międzynarodowych państw, lecz także idee czy koncepcje na temat wykorzystania potęgi do określonych celów. Są one równie ważne jak podmioty realnie istniejące, stanowiąc nie tylko wskaźnik zmian, ale i źródło ich ważnych uwarunkowań.

W przypadku współczesnej Rosji mamy do czynienia z takim właśnie wyborem ideowym, który polega na silnej determinacji na rzecz odzyskania statusu mocarstwa, utraconego przez „niefortunny zbieg okoliczności”. „Nacjonalizm oparty na odrzuceniu liberalnego modelu politycznego, na przyjęciu modelu sui generis właściwego Rosji, przedstawianego jako przeciwstawny materializmowi, indywidualizmowi, jeśli nie wręcz dekadencji Zachodu, skutecznie posłużył władzy jako narzędzie ideologiczne do utwierdzenia jej prawomocności” (P. Buhler, O potędze w XXI wieku, Wydawnictwo Akademickie DIALOG, Warszawa 2014, s. 190). Rosja pod rządami Władimira Putina zaczęła domagać się prawa do definiowania własnych interesów, przyjmując wizję świata wielobiegunowego, a nie opartego na monocentryzmie i hegemonii jednej z potęg. Skonsolidowana i coraz silniejsza stała się wyzwaniem dla supremacji Stanów Zjednoczonych i Zachodu jako całości, gdyż zaczęła poszukiwać własnych rozwiązań integracyjnych, od BRICS począwszy, poprzez Szanghajską Organizację Współpracy, po Unię Eurazjatycką.

Nowa Rosja odrzuciła schedę ideologiczną komunizmu, ale to nie oznacza, że pozbyła się odpowiedzialności geopolitycznej za przestrzeń poimperialną. Putin był na początku jako prezydent nastawiony pozytywnie do Zachodu. Być może był jednym z najbardziej proeuropejskich liderów, jakich kiedykolwiek miała Rosja. Jednakże wraz z wewnętrzną konsolidacją państwa polityka rosyjska stawała się coraz bardziej asertywna, zwłaszcza jeśli chodzi o ochronę interesów w „bliskiej zagranicy”. Tym bardziej że Zachód nie tracił inicjatywy w rozszerzaniu NATO na Wschód czy budowaniu nowego systemu zbrojeń ofensywnych w postaci tarczy antyrakietowej. Rosja te akty odbiera jako skierowane przeciwko niej. Wskazuje, że „pod płaszczykiem” demokratyzacji Zachód, a ściślej USA i UE realizują swoje cele strategiczne, nastawione na jej okrążenie. Rosjanie uznają, że narzucanie państwom wzorów ustrojowych z zewnątrz godzi w podstawy prawne porządku międzynarodowego, narusza zasady suwerennej równości i nieingerencji w ich sprawy wewnętrzne. Rosja broni ładu pluralnego, co można odebrać jako obronę reżimów autorytarnych. Ale faktem jest, że większość państw na świecie ma ustroje niedemokratyczne, dalekie od wzorów zachodnich, dlatego Rosja mieni się rzecznikiem tych odmienności, mając przede wszystkim w tej sprawie poparcie autorytarnych Chin.

Rosję zaczęły irytować naciski ze strony Unii Europejskiej, stosującej zasadę warunkowości, to jest poszerzania współpracy za cenę zmian ustrojowych, mających przybliżyć ją do standardów zachodnioeuropejskich w dziedzinie demokracji, państwa prawa i praw człowieka. Broniąc swojej tożsamości i powołując się na własną specyfikę, Rosjanie nie czują się bynajmniej mniej „europejscy” niż ich zachodni partnerzy. Zwłaszcza że wobec innych państw dawnej Europy Wschodniej, pretendujących do struktur zachodnich, w oczach Rosjan Europa była bardziej wyrozumiała i pobłażliwa. Poza tym Rosjanie obstają przy poszanowaniu suwerenności, co przypomina im bardziej standardy Europy z czasów de Gaulle’a, Churchilla i Adenauera, a nie dyktat biurokratów brukselskich i powszechnie narzucaną nową formę ideologizacji w postaci politycznej poprawności.

Umacnianiu się Rosji sprzeciwiają się głównie Stany Zjednoczone, które po zniknięciu ZSRR jako zimnowojennego rywala zajęły pozycję hegemona w zakresie kontroli nad przestrzenią globalną. Oznacza to, że stały się one jedynym mocarstwem, które oprócz zapewnienia sobie kontroli własnych domen ma także zdolność kontrowania działań potencjalnego przeciwnika w dowolnej części przestrzeni globalnej. Arbitralnie definiują swoje cele i interesy, narzucając innym państwom swoją wizję porządku międzynarodowego, co wywołuje naturalne kontrowersje i obawy przed totalną amerykanizacją systemu międzynarodowego. Pretendują ponadto do występowania w imieniu całej „społeczności międzynarodowej”, co wywołuje odruchy sprzeciwu nie tylko Rosji czy Iranu, ale także Chin i Indii. To oznacza, że tzw. reszta świata zaczyna upominać się o swoje racje i jest gotowa mobilizować się przeciw Zachodowi, jeśli ten nie zrewiduje swoich ambicji.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Negocjacje międzynarodowe prowadzone są w szczególnym środowisku, w którym trudno jest oceniać postępowanie podmiotów politycznych czy gospodarczych w kategoriach etycznych. W zależności od przyjętej postawy (moralizm, amoralizm, realizm, machiawelizm) można oczywiście oceniać zachowania tych podmiotów według norm etycznych, powszechnie jednak i tak wiadomo, że zawsze biorą górę interesy stron. Reguły gry, w tym także te o moralnym wydźwięku, są przeważnie ustalane przez samych uczestników.

Zachowania negocjacyjne państw są funkcją woli politycznej decydentów państwowych, ta zaś przejawia się w dążeniach do zaspokojenia rozmaitych potrzeb i interesów, bez względu na to, jak te dążenia oceniają inni. Oczywiście, państwa i inne podmioty międzynarodowe robią wszystko, aby swoje dążenia zamaskować i ukryć za szlachetnie brzmiącymi deklaracjami. Na tym często polega ideologizacja w stosunkach międzynarodowych.

sobota, 12 wrzesień 2015 10:56

Wiek rozbieżności

System międzynarodowy miał o wiele bardziej czytelną konstrukcję w okresie „zimnej wojny”. Zachód pozostawał wówczas w otwartej konfrontacji z reżimami totalitarnymi, oczywiste były podziały na swoich i obcych, przyjaciół i wrogów. Obecnie żadne państwo nie jest oficjalnie wrogiem innego, ale najważniejsi adwersarze wcale nie chcą przyjąć wartości zwycięskiego Zachodu. Potęga jest bardziej rozproszona, pod przykrywką zaś nowych form dyktatur tlą się wyzwania niebezpieczne dla świata wolności i demokracji.

środa, 04 luty 2015 00:00

O władzy i interesie narodowym

Podstawy władzy w III RP nie opierają się, niestety, na kompetencjach merytorycznych rządzących. Wystarczy zajrzeć do życiorysów najważniejszych polskich polityków, aby przekonać się, że wykształcenie zawodowe w większości przypadków nie odgrywa istotnej roli w obejmowaniu najwyższych stanowisk państwowych. W rekrutacji polskich elit politycznych nie są najważniejsze kwalifikacje w dziedzinie zarządzania państwem i gospodarką. Jeszcze mniej liczą się kompetencje w zakresie polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowych. Nie odmawiając niektórym funkcjonariuszom fachowości czy nabytego doświadczenia, generalnie podstawy władzy mają charakter ?ideologiczny?. Pochodzą z aktywności opozycyjnej wobec poprzedniego reżimu bądź z udziału w aktualnych koligacjach partyjno-koteryjnych.

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.