środa, 02 czerwiec 2010 12:09

Świńska solidarność

Napisał

Znane powiedzenie głosi, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to z pewnością chodzi o pieniądze. Święta racja. Jednak w wypadku premiera Kaczyńskiego i dokonywanych przezeń zmian w rządzie należałoby zastosować inny tok myślenia, jest on bowiem człowiekiem skromnym i na dobrach materialnych mu nie zależy. Trzeba raczej w tym wypadku powiedzieć tak: jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o służby. Specjalne rzecz jasna. Być może takie wytłumaczenie dałoby się zastosować do rządowych dymisji, z których jedna była spodziewana i zapowiadana przez dziennikarzy od dawna, druga zaś stała się niezłym newsem i kazała komentatorom życia politycznego nieco przysiąść do pracy.

 

O tym, że minister Sikorski "poleci", wiadomo było od dawna, a jako pierwsze zapewne dowiedziały się o tym sprzątaczki z ministerstwa (jak u Barei: i ta pajęczyna tam w kącie tak samo wisiała, i ta woda z wiadra chlupła), tak więc czekano tylko, kiedy premierowi zrośnie się złamana ręka, którą pomacha Sikorskiemu na pożegnanie. O tym, że chodzi o służby i konflikt z panem Macierewiczem, też mówiło się od dawna, choć tylko ogólnikowo, nie wchodząc w szczegóły, co każe wątpić w to, czy dziennikarstwo "drapieżne" i "śledcze" jest w stanie porzucić standardy upowszechniane przez Tomasza Lisa czy Jacka Żakowskiego. Warto jednak zastanowić się nad tym, czy pan Sikorski nie wziął zbyt ostrego proamerykańskiego kursu, podczas gdy nasi politycy proponują pomysły w rodzaju "armii europejskiej", mające zbliżyć nas do "europejskiej macierzy", budowanej w oparciu o wzorce niemiecko-francuskie. Zresztą proamerykanizm mógłby prowadzić np. do pomysłów obniżenia podatków bądź zniesienia VAT-u, a przecież państwo solidarne musi z czegoś żyć.

Natomiast jeśli chodzi o dymisję ministra Dorna, to spekulacje były równie karkołomne, jak w wypadku katastrofy w Roswell. Najpierw twierdzono, że premier chce zrobić miejsca dla Jana Rokity, który zdaje się stać w pewnym rozkroku między wiernością partii a wiernością ideałom, jednak trudno się spodziewać, aby w sytuacji ogólnego rozchwiania (a dokładnie chwiania łódką w postaci rządu), chciał on ryzykować pozostanie za burtą ? i to każdą. Potem pojawiły się informacje o tym, że poszło o konflikt z ministrem Ziobro. Ostatnio media donoszą o umaczaniu wyższych urzędników MSWiA w aferę senatora Stokłosy, sugerują więc, że chodziło pewnie o pieniądze, ale czy aby na pewno? Może rację mają ci, którzy proponują wyjaśnienia psychologiczne: Dorn był zbyt samodzielny.
Tak czy owak stało się, co się stało, i rząd pana premiera Kaczyńskiego coraz bardziej przypomina grupę wzajemnej adoracji, której jedynym obiektem jest sam premier. Co bardziej samodzielni i błyskotliwi idą w odstawkę, a zostają wierni bądź mierni (ci ostatni pozyskani przede wszystkim w wyniku transakcji koalicyjnej). Odwołani ministrowie, co prawda, zyskują nagle przychylność opozycji i pewnej części mediów, co w dzisiejszej sytuacji stało się odruchem Pawłowa (jak Kaczory kogoś lubą, to w niego walimy, jak nie lubią, chwalimy), jednak niezależnie od tego szkody wynikłe z pozbawienia rządu indywidualności, być może nie do końca wiernych i biernych, ale mających pewne wypracowane koncepcje dotyczące tego, jak wyglądać miałaby Polska, są widoczne już teraz. Jak widać, odwołanych nie ma kto zastąpić. Mamy do czynienia jedynie z roszadami w ramach istniejącej konfiguracji, co świadczy nie tylko nawet o braku fachowego zaplecza ? gdyż w to ostatecznie dałoby się znaleźć ? ale przede wszystkim o tym, że nikt nie chce pchać się tam, gdzie za jakiś czas powiedzą mu "do widzenia". Jeśli zestawimy ministrów odwołanych z pozostawionymi i spróbujemy sytuację ocenić, wyjdzie to nieciekawie i ktoś bardziej dociekliwy może pytać o to, dlaczego w takim momencie pozostawiono kilka osób, których działalność wygląda dziwacznie bądź szkodliwie (jak choćby pani Kalata). No ale trzeba wierzyć w taktyczny geniusz Kaczyńskiego i jego zdolność przewidywania dziesięciu ruchów naprzód, podczas gdy my możemy tylko śledzić ruchy minione. Jak to się skończy, zobaczymy. Na razie pozostaje nam wierzyć premierowi, który przyczyn swoich decyzji nie podaje, ale zapewnia, że gdybyśmy wiedzieli to, co on wie, to... No właśnie, ciekawe, co byśmy zrobili.
W tym samym czasie, kiedy trwa rekonstrukcja rządu, ogłoszenie raportu o likwidacji WSI wciąż nie może dojść do skutku z różnych ważnych przyczyn, o których prezydent i premier zapewne wiedzę mają, ale się z nami nią nie dzielą. Być może wiedza ta jest aż tak straszna, że chce się nam oszczędzić traumy, ale kto wie, czy czasem nie chodzi o to, aby z tej wiedzy zrobić jakiś użytek w strefie cienia (Tolkienowskie bajdy mogą być tu dobrym przykładem), skoro jawnie nic zrobić się nie da. Pan prezydent zapowiedział, że oczywiście wszystkie szkodliwe działania WSI zostaną ujawnione, ale zaraz dodał, że tylko wtedy, kiedy nie będą godzić w interes państwa. No właśnie. I teraz trzeba by się poważnie zastanowić, po pierwsze, jakie to interesy są interesami państwa, po drugie zaś, czy interesy państwa są w jakiś sposób zbieżne z naszymi interesami. Na przykład, w interesie państwa jest, aby obywatele płacili podatki ? i to jak najwyższe ? ale czy jest to w interesie obywateli? Również w interesie państwa jest posiadanie rozbudowanej i sprawnej agentury, ot choćby po to, aby zobaczyć, kto podatków nie płaci. I z tej perspektyw patrząc, może się okazać, że niektórzy "źli" agenci przestaną zasługiwać na to miano, o ile się okażą "dobrzy" ? dla nas. Doskonałego przykładu przejmowania agentury ? najpierw w imię socjalizmu, a potem Cesarstwa ? dostarczyli urzędnicy napoleońscy i, kto wie, jakimi drogami kapryśna władza zechce dziś chadzać, skoro geniusz pióra, Pilch, doniósł, że nawet Szekspira nie umie czytać. Czy będzie gorzej? Być może, ale wszystko dla naszego dobra. Tylko czy my mamy jakiś interes w tym, aby było nam lepiej? Państwo nas chroni, a my staramy się chronić przed państwem. Na tym polegają wszystkie nasze drobne "wojny domowe".
Oprócz opóźnienia publikacji raportu "z ważnych przyczyn rodzinnych", jesteśmy również świadkami dziwnych zabiegów wokół ustawy lustracyjnej, której ostateczna wersja może wyglądać tak, że agentów, owszem, ujawni się, ale tylko tych, których ujawnienie "leży w interesie państwa", pozostałych zaś albo się nie ujawni, albo się z oskarżeń oczyści za pomocą wyrafinowanej procedury sądowej. Namiastkę tego mieliśmy przy okazji wyroku w sprawie Józefa Oleksego, który "palił, ale się nie zaciągał", a więc nic złego o nim powiedzieć nie można. Niech no teraz tylko ktoś napisze, że pan Józef współpracował, a od razu prawnicy skoczą mu do gardła i kieszeni. Każdy były esbek pod przysięgą stwierdzi, że nic o tym nie wiedział, ewentualnie, że papiery zostały sfałszowane, bo, jak wiadomo, podstawowym zadaniem służb specjalnych każdym totalitarnym reżimie jest oszukiwanie samych siebie. Czemu pan prezydent forsuje taką wersję ustawy? Czyżby znów chodziło o pieniądze, przepraszam ? służby? A może o coś innego?
No ale zostawmy to. Na innych frontach też walka trwa. Na froncie zdrowia, na przykład. Okazuje się, że niezależnie od tego, ile budżetowego paliwa wleje się w wehikuł zwany służbą zdrowia, i tak nie będzie on w stanie ruszyć się z miejsca. Nic nikomu się nie opłaca, szpitale bankrutują, komornicy zajmują majątki, a ludzie jak chorowali, tak chorują i ani myślą przestać. Jakiś czas temu minister Religa wpadł na sensowny skądinąd pomysł, aby ci, którzy dopłacą, mieli szansę na lepsze usługi medyczne, ale pan premier od razu skarcił go i zadeklarował, że nie można dzielić pacjentów na lepszych i gorszych. No tak, ale jeżeli chce płacić i płaci z własnej kieszeni, to niby dlaczego nie miałby być traktowany lepiej? Jak nie zapłaci w państwowym szpitalu, pójdzie do prywatnej kliniki i na jedno wyjdzie. Równie dobrze można by stwierdzić, że niezależnie od tego, ile zapłaci się za bilet kolejowy, wszyscy pojadą drugą klasą osobowym, bo nie można dzielić ludzi na lepszych i gorszych. Można tylko zastanawiać się, skąd u premiera ta dziwaczna logika, dialektyczna nieco. Chodzi o pieniądze? A może jednak o służby? A może o zwykłą ludzką solidarność.
No właśnie. W struny solidarności międzyludzkiej uderzył wicepremier Lepper, domagając się dopłat do skupu żywca. Co prawda pan Lepper zajmuje się ostatnio głównie zboczeniami u kobiet (być może liczy z tego tytułu na kolejną profesurę i doktorat honoris causa jakiejś białoruskiej uczelni), jednak nie zapomina o sojuszu robotniczo-chłopskim, który mógłby zaistnieć dzięki ogólnonarodowej solidarności. Chłopom, rzecz jasna, znów nic się nie opłaca: nie opłaca się siać, zbierać też się nie opłaca, na dodatek świnie się za tanio sprzedają. Zgodnie ze wspomnianą wcześniej logiką, trzeba więc sprawić, aby świnie były droższe, zarówno w skupie, jak i w sprzedaży, i wtedy nie będzie już lepszych i gorszych, każdego bowiem ? i chłopa, i robotnika, i inteligenta ? nie będzie na nie stać. I tutaj na pewno nie chodzi ani o pieniądze, ani o służby. Chodzi o solidarność. Zwykłą, ludzką, pardon ? świńską solidarność.
Damian Leszczyński

 
10 lutego 2007 r.

Wyświetlony 1261 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.