sobota, 05 listopad 2011 20:21

Lęk (Baśń)

Napisane przez

? Matko miłosierna. Matko kłamstwa, podłości i wszystkiego ludzkiego kurestwa. Nie odtrącaj! Nie przeklinaj. Błagam! ? Dziekan grzbietem dłoni odsunął butelkę.

Dno wychyliło się poza krawędź stołu. Wystarczyło dotknąć. Wystarczył milimetr. W środku, rozchybotana wódka tańczyła wesoło.

? Ruska czacza ? burknął. Zwiesił głowę.

Smród przetrawionych papierosów zmieszany z fetorem potu, oblepiał mu gębę. Przed nim, wycelowany prosto w łeb stał pełny kieliszek.

? Matko miłosierna. Opiekunko łajdaków, zbrodniarzy, morderców. Ratuj ? zakwilił ? Oszczędź! Powiedz, powiedz, że żyję. Jeszcze raz mnie oszukaj.

Wypił chciwie. Zasapał. Smród nie odchodził. Jak tam, na bagnach. Smród.

Spojrzał w okno. Za brudną szybą majaczył porośnięty mchem, niewielki plac. Tuż za nim rosła ściana lasu. Szeleszczący mrok wypełzał z niego na spękane, betonowe płyty. Ten las nie rzucał cienia, on zżerał światło. Kiedy dwa miesiące temu przypłynął na wyspę, zmierzch zapadał po siódmej. Teraz dzień skurczony do kilku godzin, ledwie zaglądał do okien.

? Zgniję tu ? splunął na podłogę. W koło walały się papiery i niedopałki papierosów. Pod oknem stała wielka drewniana skrzynia. Na jej wieku leżał załadowany karabin maszynowy Kałasznikowa. Zebrał siły. Podniósł się powoli.

? Zgniję ? Złapał butelkę z wódką i ruszył do wyjścia. ? Idę do ciebie, mateńko! Wypijemy! ? kopnął w drzwi. Kilkanaście metrów za progiem stały drzewa. Wyprostowane, wyprężone, z gębami wartowników.

? Spierdalać! ? rzucił im pod nogi. Przemierzył plac, stratował pokrzywy i śmiało wszedł w las. Szedł. Do bagien było ledwie paręset metrów. Mijał drzewa.

Buty coraz głębiej zanurzały się w mokrym podłożu. Z czasem tylko bezczelność kroków wyrywała je z błota. Maszerował. Wyrzucał nogi, brnąc w śmiertelną gardziel. ? Dalej, dalej, jazda ? syczał. Grunt leniwie osuwał się pod butami. Cieszyły go te bezczelne kroki. Plujące błotem, kneblujące mordę bagnu.

Błocko, chłostane nagłością uderzeń wzdrygało się i cofało. Schodziło mu z drogi. W koło trwał nieistniejący czas. Czas desperatów. Rzeczywistość znana nielicznym. Przestrzeń wyznaczona brakiem strachu, w której los tracił pewność siebie i nic nie działo się jak zwykle.

Bagno ustępowało. Dla bagna chwila jeszcze nie nadeszła, dla niego już trwała. Patrzył obojętnie przed siebie. Szedł.

Rok temu on, Ireneusz Dziekański, został świadkiem koronnym w procesie mafii zachodniej. Podobno był skruszonym gangsterem, przywódcą grupy przestępczej. Szefem mafii.

Durnie ? myślał z pogardą o dziennikarzach opowiadających takie rzeczy ? Głupki. Wymyślili. Mafia. Co to jest w ogóle mafia?! Przecież żadna mafia nigdzie nie istnieje! Istnieją tylko normalne, zwyczajne porozumienia biznesowe. Według was ludzie zleźli z drzew, zatłukli mamuta i zaraz powstała mafia? Bo co? Bo paru sprytniejszych wyrwało dla siebie lepszy kęs?! A może dlatego, że kilku frajerów dostało przy tym w ryj. Co? Mafia.

Jak wy, wystawiając z telewizorów te swoje wielbłądzie mordy, wmawiacie ludziom, że ?To psy zazwyczaj miauczą, koty zaś oczywiście szczekają?. ? To co? To może to też jest mafia? Co? Bzdura. To są zwyczajne biznesowe porozumienia między wami a kierownikami waszej karawany. Karawany obłudy.

Dwadzieścia lat temu nazywało się to transformacja, a teraz nagle mafia! Dobra. ? burknął ? Niech wam będzie. Niech psy miauczą i niech karawana idzie dalej. Ale o mnie mówić skruszony!? No, to już bezczelność! Nikt nigdy mnie nie złapał. Sam przyszedłem do prokuratury. I wyłącznie na swoich warunkach. Mogłem siedzieć u siebie w Hiszpanii albo choćby na Florydzie. Zostałem, bo takie miałem upodobanie. Chciałem tu z wami pogadać. I pogadałem.

Zatrzymał się. Gumowe buty zatonęły w bajorze. Ostatnie drzewa zostały daleko z tyłu. Nie było żadnej roślinności. Jedynie niewielkie wyspy błota straszyły resztkami sparszywiałych krzewów. Lubił to miejsce.

? Oj matko, mateńko ? westchnął. ? Wleczesz za sobą tyle lat... Jeśli żyję, to dla ciebie ? potrząsnął butelką. Wypił spory łyk.

? Cisza ? pomyślał. ? Tu nie ma życia. Wszystko zdechło. Nie ma ptaków. Ruscy, czterdzieści lat temu zatopili w bagnie jakieś gówno. Beczki ze zużytym olejem, paliwo, chemikalia. Śmierć wyrwała wszystko razem z włosami. Oskalpowany czerep ziemi pokrywało cuchnące naftą bajoro. Lepkie i tłuste. Ukatrupiony krajobraz.

Czterdzieści lat.

Po ruskich pozostał tylko goły, betonowy cokół radaru i gnijący barak. Wszystkie urządzenia zdemontowali pod koniec lat sześćdziesiątych. To więcej niż czterdzieści.

? Ale byłem wtedy młody. Odrabiałem wojsko. Na wyspę wpuścili nas w sześćdziesiątym dziewiątym. Tak, dziewiątym, już po inwazji na Czechosłowację. Pamiętam, jechaliśmy po zamarzniętym jeziorze starem. I wiatr. Trzepało plandeką, mało nie urwało budy. Mróz, dwadzieścia stopni. Wszyscy siedzieli cicho. Nawet nie próbowali udawać chojraków. Trzeszczało! Ten lód naprawdę pękał. Słuchaliśmy warkotu silnika i tego trzasku. Jedenastu chłopaków ? pociągnął ponownie z flaszki. Pamiętam tego krępuska z rumianą gębą. Mrugał oczami, tak jakoś za często. Nazywał się Ćwikła. Zaginął. Che! Pamiętam. Było nawet śledztwo. Wiejski przygłup. Ale nie wystawał ponad resztę. Spróbowałem go już wtedy na jeziorze.

? Ty! Burak. Nie popuść, bo ci jaja do deski przymarzną. Chłopaki podeśmiali się posłusznie. Nie odpowiedział. Tylko mrugał. Jakby przepraszał, że żyje. Pamiętam jeszcze ten jego krzyżyk. Byle jaki, na srebrnym łańcuszku. W umywalni ściągał go zawsze i kładł na ławce jak jakiś klejnot. Któryś jajcarz schował mu go do buta, a ten wydarł ryja, jakby go chcieli zamordować. Ba! Brał się do bitki! Przestał nawet mrugać. No i frajerzy zcykorowali. Zamiast przypierdolić kmiotowi, oddali mu gówniany wisiorek i porozłazili się po kątach. Tak było.

? Trzy miesiące później zgasiłem wsioka w bagnie. Jak peta. Jak tonął, walił rękami w błoto. Silny był. Bałem się, że wylezie. Pamiętam dokładnie. Tu jeszcze gnije gdzieś jego ścierwo. Dlaczego tak pamiętam? ? myślał ? Zgnoiłem i zabiłem przecież wielu ludzi. Che.

Wypił resztę wódki, przełykając powoli.

? Może, że młody byłem? Może. Stare dzieje. Ech ? westchnął.

 Próbował ożywić wspomnienia ? W ogóle, nie mogę na życie narzekać. Dwadzieścia parę lat w ?firmie?... Wyprostowali mnie. Wszystko jednak sobie zawdzięczam. Szkółka w Szczytnie, potem w resorcie. Na koniec studia zaocznie. Tak! Bo się wydobyłem! Kurwa wasza mać! Wydobyłem się! Są tacy, co do dzisiaj nie mogą w to uwierzyć.

Język złapałem na placówce w Belgii. Zobaczyłem świat. Człowiek sporo zrozumiał. Potem, w osiemdziesiątych, już nie mogłem spokojnie patrzeć na komunę. Chciałem czegoś swojego. Zwyczajnego, normalnego biznesu. Żeby żyć, a nie wegetować. Żeby żyć! Miałem ambicje. Nie tak jak ta hołota, w tym świątobliwym Papieżolandzie. Tfu! ? splunął siarczyście.

? Przyjaźnie zostały. Kwiat narodu! Może nie cały bukiet, ale jednak. Spojrzał na flaszkę. ? Skończyło się? ? burknął niezadowolony. Pomacał dłonią dół brzucha. ? Wódka żre bebechy. Żre! ? wybełkotał.

? Daje i odbiera. Coraz mniej daje, ale zabiera zawsze. Kiedyś człowiek żył po trzeźwemu i jakoś dawał radę. A teraz gniję. Zamieniam się w gówno. Gówno! ? zachrypiał. Cisnął pustą butelką przed siebie.

Tylko wtedy, gdy był napity nie skręcało go z bólu. Rok temu chcieli mu wyciąć jelito grube. ? Miałem żyć pół roku. A ja ciągnę. Bo zdechnę, jak mi się zachcę. Pół roku. Złodzieje. Grosza nie dam. Kijem zatłukę!

Nie potrafił myśleć o tym wszystkim bez emocji. Gorzki smak porażki ściskał go za gardło.

 ? W starożytnej Grecji ? myślał cierpko ? posłańca przynoszącego złe wiadomości spuszczano ze skały. Mojego zwiastuna śmierci wyrzuciłem przez okno. Na mordę. Gabinet ordynatora był na pierwszym piętrze. Niestety, upadek nie wydawał się efektowny. Dlatego zbiegłem do ciebie na dół, gnojku. Pamiętasz, co ci wtedy powiedziałem, gdy leżałeś na chodniku, na pół żywy ze strachu? Pamiętasz? Stałem nad tobą, powoli wyciągając spluwę. ?Nie zrozumieliśmy się, szanowny panie. To ja zawsze wyznaczam cenę i termin?.

Na pożegnanie strzeliłem ci trzy razy w brzuch. Tak było. Ale wcześniej zaimponowałeś mi, chuju. Sugerować łapówkę przywódcy grupy przestępczej? Skruszonemu, ale jednak gangsterowi? To jest naprawdę coś. Che.

Wyciągnął z kieszeni, ze zdeformowanej paczki, pogniecionego papierosa. Oderwał filtr. Zapalił. Chmura dymu popłynęła ponad zamglonym horyzontem. Snuł dalej rozważania.

? Widzisz czarownico, ilu nas ciągle na świecie? Choćby w biznesie... Albo w mediach... Przypuszczałaś kiedy, że gwiazdą zostaniesz i że z telewizora uroki będziesz rzucać? Co? Postęp to jest, wiedźmo! Postęp! Zresztą mądra jesteś, to wiesz ? wypluł strzęp tytoniu. ? W szklanych klatkach na króliki, tam u ciebie, w telewizji, postęp chyba największy, co? Cały czas ruch. Nie wiadomo nawet, kto kogo dyma. Tylko widz ?wyrobiony" myśli dziarsko ? ?Ee tam! Wszystkich was serdecznie... !"

? A tu, niespodzianka. Bo już dawno to my ciebie. Che, che, che, che, che! ? zarechotał. Rozejrzał się czujnie ? Wykiwać innych. To dopiero podnosi człowiekowi samoocenę. Zresztą, ? machnął ręką ? niech każdy robi swoje. Ile ty masz lat, jędzo? Pewnie z pięćset. Co ja cię będę uczył.

Patrzył z pogardą na zdegradowany krajobraz. Na przyrodę, która po ruskim kataklizmie sprzed lat, nie zdołała podnieść się już nigdy.

? Ukatrupiony kraj ? stęknął cicho. ? Sowieckiej trucizny wystarczy tu na długo. Na wiele, wiele lat. Ale czy kiedykolwiek powróci tutaj życie? Takie jak przed sowietami, niezmarniałe? Tego nie wiem ? myślał. ? Może po moim trupie, co?

? Ee. Nie wróci. Nie ma mowy ? sapnął z satysfakcją. ? Za dużo młodzieży zdolnej nam rośnie... Cha, cha. Ychy! Ychy! Ychy! ? zakrztusił się własnym cynizmem.

W pobliżu coś zamruczało. Nastawił uszu.

? Cho no tu bliżej, bo cię nie widzę ? sięgnął pod kurtkę. Wydobył z kabury ciemnosrebrnego Walthera. Przeładował.

? Gdzie jesteś? Wpakuję ci kulkę w dupę. Suko. Chodź! ? Wyrwał nogi z błota. Zachwiał się. Gorzała coraz szybciej rozbierała mu myśli. Karuzela wspomnień, a może tylko iluzji kręciła już każdym stałym lądem.

? Ciekawe ? dumał chwiejąc się na nogach ? że wszystkie zrobione w życiu draństwa, można tak łatwo sobie wytłumaczyć. Człowiek sam jest oszustem i tylko nie wiedzieć czemu drugim łgać zabrania. Można przecież dogadać się z własną podłością. W kłamstwa wierzy się wtedy tak po prostu, jak by żreć chleb. Jak by pić gorzałę. Che. Bo czasami trzeba wpierw sporo wypić, żeby samemu sobie uwierzyć! Oj sporo, sporo! ? Splunął papierosem.

Patrzył przez chwilę jak niedopałek zdycha w bajorze.

? Che! ? stęknął ? Dyktatura prawdy z nami nie da rady. Che, che. Tyrania uczciwości nie przejdzie! Cha, cha, cha! ? rozbawił się na dobre.

Znowu coś zamruczało. Dźwięk dochodził z bliska.

 ? Jesteś? ? sapnął. Czuł obecność jędzy. ? Co się chowasz?

W pobliżu skrzekliwy głos staruchy zawodził znaną religijną pieśń.

? Jestem przy tobie, pamiętaj. Jestem przy tobie, pamiętaj ? ton pieśni był nieznośnie łzawy. Wiedźma fałszowała. ? Jestem przy tobie, pamiętaj. Jestem ... ? urwała i syknęła ? Schowaj spluwę durniu! Schowaj, idioto!

Odwrócił się. Stała tuż za nim.

Była to kobieta średniego wzrostu, drobnej budowy ciała. Wydawała się dość niepozorna. Na szklanym ekranie w telewizji gdzie prowadziła programy publicystyczne, robiła wrażenie osoby bardziej postawnej, wyższej. W realu była chuda, a nawet, chciałoby się rzec zabiedzona. Jednak przykuwała uwagę. Wszystko, co nosiła na sobie, pochodziło z drogich, markowych sklepów. Na jej turkusową sukienkę, zapiętą pod szyją rzędem guziczków, opadały obficie długie, jasne włosy. W bladej twarzy mima, schowanej we włosach migotały ptasie oczy. Nos, policzki, usta nie miały znaczenia. Liczyły się tylko te oczy. Niepokojące, strzelające wrogimi spojrzeniami. Ukryta za kredową twarzą tortura ?kobiety na wiecznej diecie", wygrażała stamtąd pięścią i krzyczała

? Mordę ci skuję! Uważaj! Jeśli tylko dostrzeżesz, że jestem stara, ślepia wydrapię!

Ilekroć ją spotykał na bagnach, pytał sam siebie,

? Ile ona ma lat? Czy jest piękna, czy raczej szpetna jak jaszczurzyca? Co jest prawdą, a co kłamstwem w jej głosie, geście, spojrzeniu? I wreszcie, dlaczego tak ją kochał?

Myślał skrycie ? Może jest moją matką, może staruchą prababką, a może śnioną w gorączce chorą kochanką? Nie wiem. Wiem, że jestem jej poddanym.

W studiu telewizyjnym, podczas rozmowy ze swoim gościem, czarownica zwykle siedziała tyłem do kamery. Skupiona. Czekająca. Jak w modlitwie.

Jej rozmówca był zmieszany. Wyglądał, jakby jakimś tajemnym sposobem mógł obserwować widzów zgromadzonych przed telewizorami. Przyglądał się kochankom pani redaktor z przejęciem. Nie on będzie dzisiaj ofiarą nedialnego misterium. Oto za moment blond modliszka odwróci się powoli, rzuci telewidzom ostatnie, miłosne spojrzenie, rozewrze szeroko otwór gębowy i jednym kłapnięciem odgryzie sto tysięcy głów. Sto tysięcy. Co do łba. Chrzęst zmiażdżonych szyi przeliczy ?oglądalność". To były powody, dla których Dziekan, ten nieustraszony bandzior, pokornie giął kark przed wiedźmą. Powody dla których zwyciężał w nim ceremoniał służalstwa.

Myślał ? Ja, tak samo jak te tysiące, upijam się codziennie jej kłamstwami. Pożądam jej bezczelności. Wierzę w każde słowo, aż do utraty rozumu. Jak to jest? ? pytał ? Co mnie w niej tak uwodzi? Dlaczego godzę się na, powiedzmy, ?pewną nierzetelność" w opisie rzeczywistości. Czy tylko dlatego, że inni też się godzą. Nie. To musi być coś więcej niż prostacki instynkt stadny. To komunia. A może nawet zaślubiny? Jej kłamstwa jak miłosne motyle, uderzają skrzydłami w moim brzuchu. Trupi jad upaja do nieprzytomności. Grzechot słów gwarantuje podłość w najwyższym gatunku. W niej jak w soczewce skupia się wszechwładza obłudy i cynizmu. Jej usta zdają się mówić ? Być może ?Jedynie prawda jest ciekawa.? Być może. Ale pamiętaj, że jedynie kłamstwo jest przydatne. Nam przydatne. Rozumiesz to doskonale, bo jesteś drobnym, załganym tchórzem, a nie głupcem. Zatem na kolana! Przyjmij komunię kłamstwa totalnego! Na kolana!

Dziekan słyszał te słowa wyraźnie, choć przecież nikt ich nie wypowiadał. Pchany uniesieniem mało nie ukląkł. Pochylony, dyszał ciężko.

? Dziękuję ci o pani. Dziękuję.

Wiedźma stała przed nim. Łydki czarownicy, spięte pończochą, zgrabne i foremne, wyglądały jak odlane z gipsu. Buty z gadziej skórki, lśniły czystością. Nie zanurzały się w bajorze, nawet na milimetr. Nie dziwiło go to w ogóle. To przecież oczywiste. Bagno było tu jedynie widownią. Zachwyconą, wstrzymującą oddech. Ona stała jak na wybiegu, rzucając w koło wzgardliwe spojrzenia.

? Kochamy cię! ? wył ogłupiały tłum ? Kochamy!

? A ja was. A ja was... ? zgrzytały wolno usta gwiazdy, gdy jej oczy, kończąc wypluwały słowo ? pierdolę!

Bagno falowało zmierzwioną bryją i wyło ? Rób tak mateńko! Rób!!! Kochamy cię!

Dziekan słyszał to doskonale. Chwiał się. Patrzył pokornie na nogi czarownicy. Wiedźma butem rysowała na błocie jakiś tajemniczy znak.

? Pokowboiłeś wczoraj Iruś? ? stęknęła obojętnie ? Widziałam. Ileś forsy zmarnował idioto? Wszystko? ? mówiła spokojnym głosem, patrząc na szpic buta ? Wczoraj rano, gdy z takim hukiem rozpocząłeś ten swój gangsterski bal, przyglądałam się wszystkiemu. Z uznaniem. Myślałam ? Zuch! Zwabił na bagna starych, ubeckich przyjaciół, po to by ich wystrzelać. Urocze. Było w tym coś dramatycznego. Myślałam ? To naprawdę niebanalne. Najpierw razem broniliście komuny, a gdy w korycie zaświeciło dno, komunę obaliliście. Potem poszliście już szeroką ławą. "Wolnorynkowo". Zrabowaliście co się dało, zostawiając po sobie kraj z bilionem długu. Pięknie. Domknęła się klamra. Strach ukrył przeszłość, dług skolonizował przyszłość. Cudnie. Przyszedł czas na akt ostatni. Rewolucja, musiała pożreć własne dzieci. Każdy dostał swoją kulkę w łeb. Brawo Iruś! Przedstawienie było w najlepszym guście. Zresztą, to jak przygotowałeś zasadzkę, to też majstersztyk. Jak na filmie. Wybuchy trotylu, które zagnały twoich kumpli na bagno, to było naprawdę efektowne. Przestało mi się podobać dopiero wówczas, gdy zacząłeś im rzucać w bajoro pieniądze. Paczkami.

Spojrzała na gangstera z dezaprobatą ? Bo nie jest twoim prawem... ? rzekła z naciskiem ? Nie jest twoim prawem Dziekan, ubliżać ludzkiej zachłanności! To ona buduje naszą potęgę w świecie. Nawet za rozkosz patrzenia na pełznących w bagno chciwców, nie miałeś do tego prawa. Ale ty jesteś jeszcze lepszy fijoł! ? syknęła ? Postanowiłeś podpalić bagno. Spalić wszystkie pieniądze. Żałosny idioto! Sam zdychasz, więc chciałeś wszystko unicestwić? Durniu. Kto ci pozwolił palić nasze pieniądze?

Rzuciła złowrogie spojrzenie. Wolno odgarnęła włosy z nad czoła. W jej oczach czaiło się dzikie zwierzę. Nagle, błyskawicznym ruchem, z siłą goryla kopnęła Dziekana w krocze. Gangster skulił się, upadł twarzą w błoto. Zawył z bólu. Doskoczyła do niego i butem przygniotła mu kark do bajora.

? Gnoju! ? wrzasnęła ? Posłuchaj teraz jak rozpacza bagno. Spójrz w głąb! ? przycisnęła mu łeb jeszcze silniej ? Spójrz! Teraz zobacz prawdę o wczorajszym dniu. Patrz!

Leżał głową w błocie. Ból rozrywał mu wnętrzności. Tracił przytomność. Umierał. Widział szalejące wkoło płomienie. Rozżarzone powietrze wibrowało. Jak na filmie, podzielonym na sceny, zobaczył z bliska płonące pieniądze. Wszystkie, jakie poprzedniego dnia zawlókł na bagno. Tysiąc pękatych paczek, w każdej po sto tysięcy franków.. Sto milionów franków szwajcarskich. Płomienie lizały hałdę forsy z lubością. Wokół stosu uwijali się, przybyli tego dnia na wyspę goście. Próbowali w panice ratować z ognia jak najwięcej. Każdy dla siebie. Stojąca obok czarownica krzyczała, ponaglając rabusi. Wśród tłumu rozpoznał znanych dziennikarzy, polityków, multimilionerów, starych kumpli z resortu. Wyrywali sobie nawzajem wydobyty urobek.

Z bagna, z jękiem, wolno wynurzały się przerdzewiałe, sowieckie beczki z paliwem. Roztańczony ogień otwierał je jak puszki z piwem. Parskały naftą. Eksplodowały. Pożar szalał.

Wtem dostrzegł coś, co go zdumiało. Zepchnęło w przepaść strachu. Przeraziło naprawdę. Zobaczył własnego trupa. Leżał wśród ognia z podkurczonymi nogami, w pozycji embrionalnej. Miał spaloną twarz. Wywalone na zewnątrz gałki oczne były ugotowane w żarze. Straszny widok.

? Jak to?! To nie prawda! To niemożliwe! ? zawyły jego myśli ? Więc ja zginąłem?! Nie żyję?! To niemożliwe! Oni tam zagarniają moje pieniądze! ! Moje pieniądze! ? nie mógł pogodzić się z rzeczywistością ? Jędza mnie oszukała? Matulu ? zaskamlał ? i ty przeciwko mnie? Matulu! I ty przeciwko?! Zgroza!

Wstrząsnęły nim drgawki. Zaczął się dusić. Próbował jeszcze podnieść głowę. Bezskutecznie. Czarownica butem miażdżyła mu kark. Błoto wdzierało się do gardła. Do płuc. Konał. W świecie realnym dawno już nie żył. Teraz konał w piekle. Bo to było jego piekło. Jego czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Czas, który już nie płynął. Jądro ciemności.

Wiedźma wolno zdjęła nogę z nieruchomego ciała. Patrzyła z satysfakcją.

? Za twoje pieniądze Dziekan ? burknęła ? zbuduję jeszcze potężniejsze, jeszcze bardziej upokarzające ludzi media. Zabawimy się? ? spojrzała wyzywająco ? Przecież wszyscy jesteście moimi dziećmi. Prawda? Chłopcy, dziewczęta chodźmy wszyscy wraz... ? zanuciła fragment znanej piosenki. Wsparła buta na zwłokach gangstera i zaczęła bujać nimi rytmicznie.

? Mam kłamstewko haftowane, wszystkie cztery rogi ? wybeczała szyderczym tonem ? Kogo kocham, kogo lubię, rzucę mu pod nogi. Che, che, che!

Bujanie trupem ośmielało ją coraz bardziej. Ciągnęła dalej.

? Autorytet mocno śpi. Autorytet mocno śpi. My się go boimy, na palcach chodzimy. Jak się zbudzi to nas zje. Cha, cha, cha! ? zarechotała.

Bagno, przejęte strachem już samo nie wiedziało czy podrygiwać w rytm melodii, czy też może paść na kolana i bić pokłony przed wiedźmą.

Od strony lasu szedł wieśniak Ćwikła. Trzymał w ręku wystrugany sprytnie kijaszek. Był coraz bliżej. Jędza dostrzegła go. Patrzyła niechętnie.

? Co tu robisz?! ? zasyczała ? Spieprzaj głąbie!

Ćwikła szedł nadal. Mrugał oczami.

? Wystrugałem dla ciebie kołek osikowy ? wyrecytował śpiewnie. ? Kołek osikowy. Kołek osikowy ? powtórzył jak refren.

Spojrzała zdumiona. Znieruchomiała. W jej oczach zamigotał lęk. Ćwikła dostrzegł to i zafrasował się. Dopiero teraz odkrył, a właściwie przypomniał sobie, że ten lęk był w jej spojrzeniu od zawsze. Tak. Od zawsze. Bo przecież jędza zawsze komuś służyła. Była z możnymi i silniejszymi tego świata, na dobre i na lepsze. Jeżeli dla idei, to tylko takiej, z którą można się było policzyć. Konkretnie. Banknotami. Ćwikła, choć wieśniak i prostak rozumiał to.

? Dobrze, że tak porządnie wystrugałem ten kołek. ? pomyślał.

Czarownica rozejrzała się panicznie .

? Widzisz syneczku, ja tu właśnie ? stęknęła ? Ja tu sprawiedliwość wymierzam. I w twoim imieniu to robię. Krzywdy naprawiam. Prawdzie świadectwo daję. Przecież wiesz... Musimy sobie pomagać. I ufać syneczku. I ufać. Tyle zła na świecie ? zaszlochała ? I podłości. Prawdy musimy bronić. Ty i ja. My jedni ? uniosła oczy ku niebu ? Jakie to piękne. -westchnęła. Jej policzki spłynęły potokiem łez.

Ofiarność, czułość i opiekuńczość anielskimi piórami okryły świat.

Ale Ćwikła już nie słuchał. Szedł do niej ściskając w dłoniach osikowy kołek.

? Za prędko trafiłaś do piekła jędzo. ? mamrotał ? Takie jak ty powinny najpierw zasłużyć. Musisz odczekać swoje w kolejce. Zrobię z ciebie eksponat. Wypcham cię twoimi pieniędzmi. Będziesz stała przy wejściu do piekła jak ogrodowy krasnal. Skruszejesz. Nagle, zupełnie jak onegdaj, czterdzieści lat temu, przestał mrugać. Znów się nie lękał.

 

Na tym kończy się moje bajanie. Jak to w baśniach bywa, ci co wysłuchali i tak wiedzieli już wcześniej. A ci co nie wiedzieli i tak nie dowiedzą się nigdy. Bo nad wszystkim, czuwa lęk. Lęk przed prawdą o samych sobie.

Przed czarnym lustrem lęku, umykają spojrzenia. W czarnym lustrze lęku widać strach przeszłości. W czarnym lustrze lęku czuć wciąż świeżą obawę. Majaczy przyszłość.

A co u Dziekana? On odbębnia kolejne piekielne okrążenie. Popatrzmy na to jeszcze przez chwilę.

 

? Matko miłosierna. Matko kłamstwa, podłości i wszystkiego ludzkiego kurestwa. Nie odtrącaj! Nie przeklinaj. Błagam! ? Dziekan grzbietem dłoni odsunął butelkę.

Dno wychyliło się poza krawędź stołu. Wystarczyło dotknąć. Wystarczył milimetr. Zwiesił głowę.

? Matko miłosierna. Opiekunko łajdaków, zbrodniarzy, morderców. Ratuj ? zakwilił ? Oszczędź! Powiedz, powiedz, że żyję. Jeszcze raz mnie oszukaj.

W rogu pokoju, na kulawym krześle stał telewizor. Syczał cicho. Na ekranie mrugały niebieskie iskierki. Choć niejedna gasła, ciągle przybywały kolejne. I kolejne...

Czytany 1770 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.