Alternatywa dla Niemiec (Alternative für Deutschland – dalej AfD) powstała w lutym 2013 r. – jej nazwa wybrana została jako polemika z, powtarzaną przez kanclerz Angelę Merkel tezą o „bezalternatywności” polityki jej rządu wobec kryzysu strefy euro. Początkowo AfD skupiała się na krytyce unii walutowej i polityki niekończącego się „ratowania euro”, którą krytykowała jako pozbawioną ekonomicznego sensu i korupcyjną operację „ratowania banków” kosztem podatnika.

Pojawienie się AfD i jej polityczny rozwój zaprzeczyły zasadzie, na straży której stoi cały kartel partyjny w RFN. A mianowicie, że na prawo od chadecji nie ma prawa istnieć siła polityczna mająca demokratyczną legitymizację i reprezentowana w parlamencie – mogą tam bytować jedynie ugrupowania monitorowane przez Urząd Ochrony Konstytucji, balansujące na krawędzi delegalizacji lub kryminalizacji. Notabene możliwe było natomiast istnienie siły politycznej na lewo od socjaldemokracji – stali się nią Zieloni w latach 80. zeszłego wieku. Na obecnym etapie AfD jest podobna do wczesnych Zielonych, z walkami różnych nurtów, rozłamami, walkami o przywództwo, o wyeliminowanie „ekstremistów”, np. jednego ze swoich posłów do parlamentu krajowego Badenii-Wirtembergii, byłego marksisty, komunisty i maoisty Wolfganga Gedeona, który siedem lat temu opublikował (pod pseudonimem) książkę potępioną obecnie przez rządowych ekspertów ds. ideologii politycznej jako „antysemicka”.

Na skali prawica-lewica AfD znajduje się dzisiaj tam, gdzie trzydzieści lat temu stała CSU. Sama partia określa się jako patriotyczna, mieszczańska, wolnościowa, liberalna, konserwatywna. Skrzydło konserwatywno- liberalne ściera się w niej ze skrzydłem konserwatywno-narodowym o nachyleniu socjalnym. Politolog Werner J. Patzelt określa partię jako „narodowo-liberalną”, czyli eksponującą głębokie poczucie narodowe, łączącą patriotyzm z liberalnymi zasadami ładu polityczno-gospodarczego.

(...)

sobota, 20 sierpień 2016 12:45

Kto nas truje

Najwyższym aktem prawnym w Polsce, do którego można się bezpośrednio odwoływać, jest Konstytucja. Ten akt prawny mówi m.in. o równości wszystkich. Tymczasem posłowie i senatorowie uchwalili Prawo Bankowe, które wyraźnie mówi, że akt oskarżenia wniesiony przez bank musi być załatwiony w ciągu trzech dni, a jak ty, dobry człeku, wniesiesz sprawę, to może po jakimś czasie je załatwią. Nie piszę tego gołosłownie. Mogę podać numery spraw, które czekają od wielu lat na załatwienie. Choćby włamanie i kradzież w naszej siedzibie FRECH.

Widać więc wyraźnie, że prawo stanowione jest pod kątem starszych i mądrzejszych (St. Michalkiewicz), a nie obywateli polskich.

Podobnie jak wymiar sprawiedliwości działają inne urzędy państwowe. Przykładem może być Ministerstwo Rolnictwa czy Główny Inspektor Sanitarny.

Jak wiadomo, od wielu lat urzędy te zajmują się m.in. psuciem polskiej gospodarki agrarnej. Przykładowo w 2007 roku ogłosiły epidemię ptasiej grypy, bo pod Toruniem padły w zimie dwa łabędzie. Kurczaki jednak wybijano w województwie mazowieckim. Dlaczego? Ponieważ to kurniki z województwa mazowieckiego zaopatrywały Warszawę, a to olbrzymi rynek zbytu dla hipermarketów.

TV pokazywała policjantów biegających po kurnikach za tymi kurami. Jak wiadomo, żadnej epidemii wśród ptactwa dzikiego nie obserwowano. Największym producentem kurczaków na Europę jest Izrael. Nie obowiązują bowiem w nim europejskie normy hodowli drobiu, składu paszy itd.

Wybijanie polskich kurczaków przeprowadzono przed świętami Bożego Narodzenia, a hipermarkety miały towaru w bród. Innymi słowy, były przygotowane na obcięcie dostaw polskich. Zabijanie kurczaków prowadzono tylko w pobliżu dużych miast. Nie słyszałem, aby zabijano ptaki gdzieś na Lubelszczyźnie czy Podlasiu.

(...)

Lipcowy szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego w Warszawie daje powód do głębszych przemyśleń na temat funkcji tego przymierza we współczesnym świecie. Ze względu na negatywne doświadczenia z amerykańską hegemonią, a także narastanie wewnętrznych podziałów w NATO na tle niemocy decyzyjnej, w wielu państwach członkowskich zdaje się narastać zniechęcenie, a nawet tendencja do ograniczania dotychczasowych zobowiązań.

Ponadto w czasach narastania zagrożeń terrorystycznych i przesuwania akcentów z bezpieczeństwa militarnego na bezpieczeństwo migracyjne rodzą się naturalne ciągoty izolacjonistyczne, którym nie przeszkodzi żadna presja ze strony lidera tracącego pozycję i autorytet. Tym bardziej że grozi mu potencjalnie przywództwo prezydenta, który jako kandydat nie tylko podważa sens uczestnictwa Ameryki w kosztownym sojuszu, ale sam także nawiązuje do tradycji izolacjonistycznych. Nie wiadomo, czy takie tendencje są naturalnym rezultatem rozkładu i obumierania „starego sojuszu”, czy zwyczajnej krótkowzroczności i populizmu przywódców politycznych, tracących instynkt samozachowawczy i nieodróżniających zagrożeń o charakterze strategicznym od tego, co niosą zamachy terrorystyczne dnia codziennego. Okazuje się, że strach i panika spowodowane aktami terroru mogą mieć większe konsekwencje dla strategii obronnej chwiejnych państw niż zagrożenia atakiem jądrowym ze strony nieprzyjaznych potęg.

W ostatnich dekadach, po zakończeniu „zimnej wojny” Sojusz Północnoatlantycki sukcesywnie odchodził od swojej podstawowej roli przymierza obronnego. Będąc regionalną organizacją bezpieczeństwa zbiorowego na zasadzie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, ulegał jednocześnie globalnym interesom amerykańskiego hegemona. Stawał się narzędziem utrwalania światowej supremacji USA kosztem jego europejskich uczestników. Wprawdzie nie wszystkie państwa członkowskie NATO opowiedziały się na rzecz działań interwencyjnych out of area, czyli poza obszarem obowiązywania casus foederis, wyrażonego w art. 5 traktatu waszyngtońskiego (na przykład Francja była przeciwna atakom na Serbię w 1999 r., wraz z nią Niemcy i Belgowie sprzeciwiali się wsparciu interwencji amerykańskiej w Iraku w 2003 r.), to jednak konflikt między najważniejszymi uczestnikami sojuszu doprowadził do paraliżu decyzyjnego, czego skutkiem stało się osłabienie całej koalicji.

Powodem deprecjacji Sojuszu Północnoatlantyckiego było z jednej strony rozbicie wspólnoty celów strategicznych poprzez narzucenie przez USA unilateralnej polityki bezpieczeństwa, lekceważącej dotychczasowe mechanizmy koordynacyjne i konsultacyjne (m.in. poprzez tworzenie tzw. koalicji chętnych). Z drugiej strony niemałą rolę odegrało liczebne powiększanie składu NATO, co działało negatywnie na jego spójność i efektywność. Wraz ze wzrostem liczby członków – co oczywiste – wzrasta wielość i intensywność więzi dwustronnych i wielostronnych. Zbyt duża liczebność uczestników rodzi jednak problemy związane z ich koordynacją oraz stanowi pożywkę dla sprzeczności i napięć. Ostatecznie im większy jest sojusz, tym mniej istotny staje się wkład pojedynczych państw, zwłaszcza tych mniejszych. Maleje też ranga indywidualnych zobowiązań. To wszystko wynika z dość znanej prawidłowości, że zdolności obronne i potencjał sojuszy nie są prostą sumą elementów składowych państw uczestniczących. Wysoki stopień integracji, przede wszystkim w płaszczyźnie wojskowej (wspólna doktryna strategiczna, mechanizmy dowodzenia, łączności, ujednolicenie sprzętu, podobieństwo organizacji wojska, uzgodnione proporcje siły ogniowej jednostek bojowych, porównywalność wyszkolenia, wspólne manewry, gry wojenne i in.) powoduje istotny wzrost jakościowy siły i potencjałów sojuszy jako całości w porównaniu do arytmetycznej sumy wkładów poszczególnych uczestników.

(...)

sobota, 28 maj 2016 20:57

Faza agonalna

Klub Opcji na Prawo gościł w kwietniu we Wrocławiu szefową antyislamizacyjnego niemieckiego ruchu PEGIDA – Tatjanę Festerling.

Redaktor Michał Krupa otworzył spotkanie nawiązując do wypowiedzi znanego katolickiego pisarza Hilaire’a Belloca, który już kilkadziesiąt lat temu twierdził, że następne starcie w Europie będzie konfliktem pomiędzy cywilizacją chrześcijańską a islamską, wskazując przy tym na rewolucyjną genezę wojującego islamu. Otóż okazuje się, że nawet Belloc nie miał racji – konkludował Michał Krupa – ponieważ dzisiaj jesteśmy, owszem, świadkami starcia, ale nie islamu z chrześcijaństwem, tylko islamu z chrześcijaństwem w daleko zaawansowanej fazie agonalnej. Takie wprowadzenie jak się okazało, znalazło swoje całkowite potwierdzenie w tym, co można było usłyszeć tego wieczoru od niemieckiego gościa. Już na wstępie powiało pesymizmem.

Tytuł mojej prelekcji – rozpoczęła Tatjana Festerling – jest sformułowany jako pytanie: Czy można jeszcze Europę uratować? Moglibyśmy ten wykład właściwie skrócić. Jeśli rozumiemy przez Europę tę Europę, którą znamy od dziesiątków lat, Europę, która bazuje na wartościach chrześcijańskich, i którą nauczyliśmy się kochać, to dam państwu bardzo skromną odpowiedź. Ona brzmi: nie! Ta Europa jest przegrana. Przegrana na korzyść islamu. Stracona na korzyść zielonych neomarksistów, którzy hołdują ideologii tzw. inżynierii socjalnej i przegrana na rzecz skorumpowanej globalnej elity władzy, która zalewa Europę muzułmanami i w ten sposób Europę destabilizuje.

W dalszej części spotkania prelegentka przedstawiła liczne przykłady absurdalnej polityki tzw. „otwartych drzwi” w Republice Federalnej Niemiec i jej wyniszczające rezultaty w ostatnim czasie. Ukazała całą niemoc jej zagorzałych przeciwników i zwykłych obywateli schwytanych w kleszcze panującej w Niemczech wszędobylskiej politycznej poprawności, która pozostawia społeczeństwo bezsilnym wobec niemającej skrupułów, napływającej szerokim strumieniem muzułmańskiej tłuszczy, z całym jej dorobkiem cywilizacyjnym.

Tłuszcza ta, jak się okazuje, stanowi swoiste ludzkie widmo.

Około pół miliona azylantów w Niemczech pozostaje niezarejestrowanych. Setki tysięcy po prostu zniknęły. Nie ma żadnych dokładnych wyliczeń dotyczących liczby znajdujących się w Niemczech muzułmańskich azylantów. Już teraz, po upływie roku merkelowskiej polityki przemiany struktury narodu, widać niesłychaną nadwyżkę mężczyzn (wśród imigrantów – przyp. red). (…) Jest 1,5 miliona mężczyzn pomiędzy osiemnastym a trzydziestym rokiem życia, naprzeciwko którym stoi tylko 5 mln. mężczyzn niemieckich w tym samym wieku.

Tatjana Festerling opowiedziała zebranym o zamkniętych strefach „No-go”, do których nawet policja obecnie boi się zaglądać; o dość nieporadnych próbach organizowania przez zwykłych obywateli różnego rodzaju ruchów oporu, straży obywatelskich, które paradoksalnie zwalczane są nie tyle przez muzułmanów, co przez własne państwo.

No właśnie, polityka tego państwa może budzić ogromne i nieudawane zdziwienie. Mimo że wiele podań o azyl rozpatrzonych została odmownie – mówiła Festerling – minister spraw wewnętrznych nie deportował w zasadzie nikogo. Nie ma de facto w Niemczech pojęcia nielegalnego przekroczenia granicy. Każdy, kto pojawi się w Niemczech i wypowie zaczarowane słowo „azyl”, natychmiast otrzymuje postępowanie azylowe.

(...)

Wojny zaczynają się, kiedy chcesz, ale nie kończą się, kiedy prosisz.

Niccolò Machiavelli

Determinanty obecnego kryzysu w Europie są ściśle związane ze sporami występującymi w takich krajach jak Irak (Bliski Wschód), Afganistan (Azja Środkowa), Libia (Afryka Północna), Egipt (Bliski Wschód), Tunezja (Afryka Północna), Syria (Bliski Wschód), Erytrea (Afryka Wschodnia), była Jugosławia (Półwysep Bałkański). Tym samym są to kraje, z których pochodzi najwięcej imigrantów.

Jako niepodważalną prawdę można uznać fakt, że ubiegłoroczny kryzys migracyjny jest wynikiem wielu krwawych konfliktów w Azji, Afryce i na Bałkanach. W przeciwieństwie do świata Zachodu – gdzie od II wojny światowej panuje względny pokój – te dwa kontynenty nieustannie są wciągane w wir wojny. Z kolei Półwysep Bałkański próbuje zmierzyć się z piętnem wielu lat krwawych zamieszek.

Rezultat interwencji USA w Iraku i Afganistanie

Punktem wyjścia do rozważań na temat interwencji Stanów Zjednoczonych w Afganistanie są ataki na World Trade Center w Nowym Yorku i siedzibę Departamentu Obrony w Waszyngtonie z 11 września 2001 roku. Tragedia ta wywarła historyczne piętno w pamięci każdego człowieka na Ziemi. Szczególnie w Amerykanach, którzy z całą determinacją rozpoczęli nieustępliwą „krucjatę przeciwko terroryzmowi”. Ówczesny prezydent George Bush pokazał się jako zdecydowany przywódca. W swoim przemówieniu mówił o podziale świata na tych, którzy są z USA, i tych, którzy są po stronie terrorystów. Dla większości decyzja była prosta – wsparcie i pomoc nadeszły z różnych stron globu. Kraje w tamtym czasie zapomniały o bieżących konfliktach politycznych i zjednoczyły się.

Reakcja Sojuszu Północnoatlantyckiego była natychmiastowa. Już w 24 godziny po ataku doszło do wydarzenia bez precedensu. 12 września państwa członkowskie powołały się na Artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego – zobowiązującego do kolektywnej obrony państw członkowskich. Było to potwierdzenie pełnej solidarności w obliczu światowego zagrożenia bezpieczeństwa. Na podstawie tego artykułu można było uruchomić działania Sojuszu.

Organizacja Narodów Zjednoczonych zareagowała równie szybko i zdecydowanie. 12 września wydano rezolucję nr 1368, w której zobowiązano wszystkie państwa członkowskie do uniemożliwienia terrorystom przemieszczania się, przelewania funduszy, planowania operacji oraz utrzymania różnych form wsparcia, a także współdziałania w celu wymierzania sprawiedliwości terrorystom. 13 września podpisano następną rezolucję, nr 1373, zgodnie z którą państwa miały za zadanie pociągać do odpowiedzialności karnej wszystkie osoby i organizacje finansujące terroryzm, zamrożenie rachunków bankowych osób podejrzanych o działalność terrorystyczną oraz powstrzymanie się od udzielania pomocy podmiotom zaangażowanym w działalność terrorystyczną.

Warto zauważyć, że zamachy na WTC były nowym rodzajem wojny. Wcześniej przeciwnik był innym podmiotem prawa międzynarodowego, który poprzez atak realizował swoje interesy narodowe. Wówczas pojawił się nowy, bliżej nieokreślony wróg. Nie miał on podmiotowości, co znacznie utrudniało konfrontację – jaki odwet zastosować, kiedy nie wiadomo przeciwko komu się walczy? Jego celem stała się nowa grupa ludności – cywile. Motywy, które kierowały postępowaniem nieprzyjaciela, również się zmieniły – próba wywołania strachu wśród ludności, aby osiągnąć cele polityczne i zmusić aparat władzy do spełnienia żądań. Wraz z początkiem wieku pojawiło się zjawisko wojny nowej generacji.

(...)

sobota, 28 maj 2016 20:05

Ameryka jest mu winna przeprosiny

Z okazji 22. rocznicy śmierci Richarda Nixona, przedstawiamy rozmowę Geoffem Shepardem, byłym współpracownikiem prezydenta.

Geoff Shepard jest amerykańskim prawnikiem, autorem i wykładowcą. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Harvarda. Znany jest ze swojej pracy w administracji Richarda Nixona, najpierw jako doradca ds. polityki krajowej, a następnie jako członek zespołu obrońców prezydenta (dokonując m.in. wielu transkrypcji słynnych „taśm Nixona”), późniejszej pracy historycznej na rzecz udokumentowania dokonań Nixona w polityce krajowej oraz jako historyk-rewizjonista afery Watergate. Jest autorem dwóch książek ukazujących po raz pierwszy mało znane fakty związane z celami politycznymi przeciwników Nixona i o aferze Watergate, „The Secret Plot to Make Ted Kennedy President: Inside the Real Watergate Conspiracy” i wydanej w ubiegłym roku „The Real Watergate Scandal: Collusion, Conspiracy, and the Plot That Brought Nixon Down”. Mieszka w Pensylwanii.

Watergate był zamachem stanu, który anulował wynik największego osuwiska wyborczego w amerykańskiej historii i zniszczył prezydenta, któremu udało się upokorzyć liberalny establishment. Praca śledcza Geoffa Sheparda odkryła zakopane elementy spisku, który obalił trzydziestego siódmego prezydenta.

Patrick J. Buchanan

W ostatnim czasie, ukazało się wiele książek na temat prezydenta Richarda Nixona. Większość z nich albo przedstawia go w pozytywnym świetle, albo przynajmniej bardziej wyważa ocenę jego osoby i prezydentury. Pana najnowsza książka, „The Real Watergate Scandal: Collusion, Conspiracy and the Plot that Brought Down Nixon” (Prawdziwa afera Watergate: zmowa, spisek i intryga, które obaliły Nixona) jest kolejnym wkładem do ożywionej na nowo dyskusji o Nixonie. Co pana zmotywowało do jej napisania?

Byłem jednym z najmłodszych pracowników administracji Richarda Nixona. Była to moja pierwsza praca po ukończeniu studiów prawniczych. Zawsze byłem zaniekopokojony tym, jak to wszystko się skończyło, zwłaszcza że w moim mniemaniu Amerykanie nie rozumieli, co w istocie się wydarzyło. Straciliśmy ważnie wybranego prezydenta wskutek politycznych szykan. Opuściłem z czasem Waszyngton i podjąłem pracę jako adwokat, lecz wątpliwości pozostały. Około 2002 roku zrozumiałem, że ta garstka ludzi, która miała wiedzę na temat wysiłków obrony prezydenta Nixona, odeszła bez spisania tego, co się wydarzyło. Zdecydowałem, że ta historia musi być opowiedziana. To doprowadziło mnie do opublikowania w 2008 roku mojej pierwszej książki na temat manewrów czynionych przez demokratów w ramach wykorzystywania Watergate do własnych celów. W trakcie moich badań odkryłem dowody rażących wykroczeń ze strony prokuratorów i sędziów zaangażowanych w procesy sądowe związane z aferą Watergate. To skłoniło mnie do napisania mojej najnowszej książki.

Ciągle publikowane są nowe książki o prezydencie Nixonie, zarówno negatywne, jak i pozytywne. Podobnie jak zamach na Kennedy’ego, Nixon ciągle fascynuje. Biorąc pod uwagę taśmy z nagraniami jego rozmów prowadzonych w Białym Domu, prezydentura Nixona jest najbardziej udokumentowaną administracją w historii Stanów Zjednoczonych. Będzie to swoista karma dla przychylnych i nieprzychylnych Nixonowi historyków i analityków jeszcze przez kilka dekad.

(...)

Amerykanie korzystają na istnieniu Państwa Islamskiego, bo mają cały radykalizm islamski w jednym miejscu, podczas gdy w czasach Al-Kaidy nie było tego widać z powodu zbyt dużej konspiracji – mówi w rozmowie z „Opcją na Prawo” Witold Gadowski, dziennikarz i pisarz, ekspert od spraw Bliskiego Wschodu.

sobota, 20 luty 2016 23:44

W poszukiwaniu wiecznego rozłamu

Nieprzyjaciel, wróg – dla wielu posiadanie wrogów stanowi jedną z największych wad tego świata. Jednak nie dla wszystkich. Są i tacy, dla których dopiero pojęcie wroga nadaje sens istnieniu i działaniu. Pojęcie to może stać się jednym z najważniejszych filarów niektórych ideologii.

Budowa baz wojskowych, zwiększenie kontyngentów broni, wysłanie żołnierzy, lotnictwa i okrętów, działalność instruktorów i wywiadu – mocniejsze zaangażowanie Rosji w Syrii ma pokazać całemu światu, że jest ona wciąż mocarstwem, które potrafi, podobnie jak USA, uczestniczyć w operacjach wojskowych w różnych rejonach globu i w ten sposób realizować swoją politykę. Jej pojawienie się w nowej roli w syryjskim konflikcie – bezpośredniego uczestnika starć i głównej siły ofensywnej władz w Damaszku, spowodowało niemałe zmiany w układzie sił w tym kraju, pogrążonym w krwawej wojnie od pięciu lat. Największym beneficjentem rosyjskiego „aktywnego” włączenia się do konfliktu zbrojnego w Syrii – 30 września 2015 roku rosyjskie siły powietrzne rozpoczęły oficjalnie naloty – jest oczywiście Baszar al-Assad i wspierający go Iran oraz Hezbollah, którzy otrzymali dzięki temu realną szansę na zmianę patowej sytuacji równowagi sił między oddziałami rebeliantów syryjskich wspieranych m.in przez Zachód i Arabię Saudyjską, Kurdami – z którymi największe nadzieje wiążą USA, opozycyjnymi organizacjami terrorystycznymi, m.in. Frontem Nusra, który jest syryjskim odłamem Al-Kaidy, i Państwem Islamskim. Pomimo zapowiedzi rosyjskich, że ich ataki mają być wymierzone w dżihadystów, większość z nich w rzeczywistości koncentruje się na Froncie Nusra i Wolnej Armii Syryjskiej, będących największym zagrożeniem dla reżimu Assada. Stan ten trwa od pierwszych nalotów i choć wzbudziło to zrozumiałą złość wspierających „umiarkowaną” opozycję Amerykanów, Kreml ostentacyjnie udaje, że co najwyżej można mówić o pomyłkach – a o nie nietrudno, gdy się jest na „wojnie z terrorystami”.

sobota, 20 luty 2016 23:34

Demokracja za ropę

Bliski Wschód, Zatoka Perska, Afryka Północna to rejony świata zasobne w nieprzebrane ilości ropy naftowej – surowca niezastąpionego i strategicznego dla dzisiejszej cywilizacji. To daje mocną pozycję państwom tego regionu w walce o podział dochodów z państwami Zachodu, którego piętą Achillesową jest brak własnych zasobów energetycznych. Zachód, uzależniony od importu ropy już w XIX wieku, jest głównym rozgrywającym w tym regionie.

Dominacja polityczna najpierw Wielkiej Brytanii i Francji, później USA, monopolistyczna pozycja zachodnich koncernów naftowych, wydobywających i eksportujących ropę, jej niska cena (ówczesne 2 dolary za baryłkę – 14 dolarów w dzisiejszych cenach) były układem korzystnym dla krajów rozwiniętych przemysłowo. Zachód – od Ameryki po Japonię, na taniej energii budował swój dobrobyt, a państwom arabskim co pewien czas przekazywano informację, po jakich cenach koncerny naftowe będą kupować ich ropę (dlatego ceny do 1973 r. nazywały się „posted prices” – „ceny wysłane”).

Taki system funkcjonował przed 1973 rokiem, gdy państwa arabskie były formalnie suwerenne, jednak wydobycie i sprzedaż ropy odbywały się według kolonialnych standardów. Po powstaniu i umocnieniu się OPEC skończyły się cudowne czasy. Ropa stała się znacznie droższa, a po nacjonalizacji złóż, zapoczątkowanej przez pułkownika Kadafiego w Libii, Zachód utracił narzędzia bezpośredniego kolonialnego wpływu.

Islam i region MENA – od Maroka do Pakistanu – jest dzisiaj największym po Chinach strategicznym wyzwaniem dla globalnego przywództwa Ameryki. Region ten, bogaty w złoża ropy naftowej i gazu ziemnego, które zapewniają wielu krajom niewiarygodny dobrobyt – jest odporny, wręcz wrogi wobec zaszczepianej tam liberalnej demokracji. To jedyna część świata, gdzie jej nie ma (oczywiście z wyjątkiem Izraela) i nic jej nie zapowiada. To region o potężnej dynamice demograficznej i bardzo wrogiej wobec USA opinii publicznej.

Wielką rolę odgrywa ropa naftowa, która sprawia, że tworzą się tam silne formy rządów, potrafiące obronić swoje zyski z eksportu tego surowca, stawiające żądania i niepoddające się demokratyzacji, czyli osłabianiu władzy przez fragmentację ustroju. Jest to bowiem podstawowy cel Zachodu – wytworzyć podziały wewnątrz elit władzy, którą można sterować, rozgrywać między sobą, a czasami przeprowadzić „zmianę reżimu”. Ewenementem są elity syryjskie, gdyż są zintegrowane i trudno w nich znaleźć szczeliny, przez które można by rozsadzić państwo. Jak wiemy, spójność ta zapobiegła obaleniu prezydenta Asada, a opierała się na religii. Rządzący są alawitami i stanowią mniejszość w swoim kraju, dlatego są odporni na infiltrację z zewnątrz.

Wobec tak strategicznego wyzwania Waszyngton używa całego spektrum narzędzi wpływu, nacisku czy szantażu, a militarna interwencja czy wojna hybrydowa, jaką dzisiaj prowadzi się w Syrii i Iraku – jest środkiem ostatecznym, gdyż niesie ze sobą zbyt wysokie koszty. Przyjrzyjmy się więc, jak wyglądają niektóre z metod „soft power” stosowanych tak wobec sojuszników, jak i wrogów. Jak wygląda „promocja demokracji” (democracy promotion), określana po kompromitacji tego terminu jako „wsparcie demokracji” (democracy assistance) w regionie wielkiej ropy?

(...)

startPoprzedni artykuł1234Następny artykułkoniec
Strona 1 z 4

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.