wtorek, 27 kwiecień 2010 19:48

Turyn - Miasto Świętych

Napisane przez

Po przekroczeniu austriacko-włoskiej granicy w Alpach Julijskich znalazłem się nagle w innym - romańskim świecie, który nie tylko jest bardzo różny od naszego, powiedzmy: środkowoeuropejskiego, ale przede wszystkim już na pierwszy rzut oka zdradza swą starożytno-śródziemnomorską kulturę. Architektura wszędzie tutaj jest bardzo podobna - klasyczna, grecko-rzymska (przecież tak różnorodne style, jak romański, renesansowy i barokowy, są tylko wariacjami na temat, jaki swego czasu podali mieszkańcy Hellady). Z tego i innych powodów, na Półwyspie Apenińskim czas wydaje się nie przemijać i to pomimo faktu, że dolina Padu zamieniła się wskutek industrializacji w jedno wielkie miasto (jadąc już po zmroku autostradą A4 z Udine do Turynu przez Mediolan, widziałem po obydwu stronach drogi prawie nieprzerwany ciąg świateł mieszkań i fabryk).

Podróż po północnych Włoszech rozpoczęliśmy od przejazdu przez region Wenecji, gdzie do tej pory wiele miejscowych nazw podawanych jest nie tylko po włosku, ale i friaulsku, w języku spokrewnionym, między innymi, z retoromańskim. Zwiedzanie samej Wenecji pozostawiliśmy sobie na drogę powrotną, co było słusznym wyborem, ponieważ przed dziesiątą rano, kiedy to rozpoczęliśmy naszą wizytację, miasto na lagunach zaczyna się dopiero budzić do swego właściwego ? turystycznego życia. Dzięki temu nawiedziliśmy bez problemu bazylikę św. Marka i grób tego Ewangelisty i Apostoła. Tymczasem już porą wieczorną 18 grudnia podróżowaliśmy dalej na zachód przez Treviso, Padwę (z tymi miastami byli związani święci Pius X i Antoni Padewski) oraz Mediolan. Ostatnie miasto to oczywiście stolica dumnej i bogatej Lombardii, której nazwa pochodzi od germańskiego plemienia ? Longobardów, które na styku wieków starych i średnich, podbiło dolinę Padu i stworzyło tam własne ?barbarzyńskie? królestwo. Pamiętam, że kilka lat temu, podróżując pociągiem po Południowych Niemczech, zetknąłem się z grupą rozwrzeszczanej włoskiej młodzieży, która posługiwała się dość dziwnym dialektem (wymawiali ?c? zamiast tak typowego dla ?makaroniarzy? ?cz? w pewnych wyrazach), a poza tym różnili się od ?typowych? Włochów dość jasnymi czuprynami (wpływy germańskie, celtyckie czy jeszcze starsze? ? któż to wie). Zorientowawszy się, że to byli mimo wszelkich różnic ? Włosi, zapytałem ich, z jakiego regionu Italii pochodzą, i usłyszałem odpowiedź, że są Lombardami. Jak wielkie jest bogactwo i różnorodność ludów stworzonych przez Boga!
Wreszcie w nocy dotarliśmy do celu naszej podróży ? miasteczka Verrua Savoia, którego sama nazwa wskazuje, że znajduje się w najdalej na zachód położonej części Włoch, a mianowicie Sabaudii, której włoska część nosi nazwę Piemontu (czyli krainy u stóp gór, od pede i montes). Na miejscu powitali nas księża z Instytutu NMP Matki Dobrej Rady (z Przełożonym ks. Franciszkiem Ricossą na czele); jakkolwiek by patrzeć, przybyliśmy do ich kwatery głównej. Następnego dnia, nie tracąc czasu, odwiedziliśmy stolicę prowincji, czyli Turyn. To właśnie w tym mieście znajduje się jedna z najcenniejszych relikwii chrześcijaństwa, jaką jest Całun Turyński, w który po śmierci było owinięte Przenajświętsze Ciało Naszego Pana Jezusa Chrystusa. To święte płótno trafiło do Turynu po licznych przygodach. Około roku 1200 łacińscy krzyżowcy (templariusze) zrabowali je w Konstantynopolu, by przewieźć prawdopodobnie najpierw do Anglii, stamtąd trafiło ono do Annecy w Sabaudii francuskiej, by wreszcie na początku czasów nowożytnych znaleźć spoczynek w prastarej stolicy Królestwa Sardynii, czyli Turynie. Oprócz tych najważniejszych pamiątek naszej Wiary, jest Turyn miastem, gdzie działali i spoczywają tacy wielcy święci, jak Józef Cafasso, Benedykt Józef Cottolengo i wreszcie Jan Bosco, który tu właśnie zorganizował swe dzieło pomocy dla zaniedbanej i zagrożonej młodzieży. W tym celu ufundował swe szkoły i zakon salezjanów, biorących swą nazwę od św. Franciszka Salezego. Św. Franciszek był również Sabaudczykiem, tyle że z francuskiej części królestwa. Będąc biskupem Genewy, nigdy jej nie kontrolował, ponieważ opanowali ją kalwini. Działał zatem w Annecy, gdzie znajduje się też jego grób. Św. Salezy był wielkim kontrreformatorem i dzięki swoim kazaniom i łagodności nawrócił do Kościoła pięćdziesiąt tysięcy protestantów. Św. Jan Bosco poświęcił temu wielkiemu biskupowi swoje dzieło, które wydało wspaniałe owoce, a ich pierwocinami była święta i niewinna śmierć Dominika Savio. Trzeba zaznaczyć, że Jan Bosco był nie tylko wybornym wychowawcą młodzieży, ale też wybitnym teologiem i wytrawnym dyplomatą. To właśnie jemu tak bliski Polsce papież Pius IX powierzał trudne misje, jakimi były chociażby kontakty z Domem Sabaudzkim. Ta dynastia książęca i królewska zasłużyła się niezmiernie Kościołowi, będąc zawsze wierna papiestwu, w odróżnieniu od idącej niekoniecznie prawowiernymi ścieżkami Francji. Jednakże począwszy od XVIII wieku, Dom Sabaudii poddał się do pewnego stopnia wpływom wolnomularskim, by w wieku następnym realizować wykuty w karbonarskich lożach plan zjednoczenia Włoch, czyli tzw. Risorgimento. Plan ten był niebezpieczny dlatego, że opierał się na najgorszym, jakobińskim nacjonalizmie i nie liczył się z historycznym kształtem włoskich państw i prawami legalnych dynastii do rządzenia nimi. Ignorował jednocześnie autentyczne zasady, na jakich opierało się włoskie poczucie patriotyczne. Te zasady to przede wszystkim wierność prawie dwutysiącletniej tradycji katolickości włoskiej kultury oraz oddania Państwu Kościelnemu, wraz z jego suwerenami, jakimi byli biskupi Rzymu. To właśnie służba Kościołowi i papiestwu uczyniła Włochów prawdziwie wielkim narodem, który w pewnym sensie rządził światem. Rządził przede wszystkim duchowo, ale również i po części politycznie. Rzymskie papiestwo zjednoczyło w sobie władzę duchową nad całym chrześcijaństwem, nadaną mu explicite przez Chrystusa, z przeogromnym wpływem kulturowo-cywilizacyjnym, czyniącym je również autentycznym dziedzicem najświetniejszych tradycji Imperium Rzymskiego. I oto po bezprawnym zaborze, dokonanym przez zjednoczone przez Dynastię Sabaudzką ?Królestwo Włoch?, Rzym został zdegradowany do roli stolicy niewiele znaczącego państwa. Wieczne Miasto zostało w ten sposób odarte w dużym stopniu z uniwersalnego znaczenia, jakie miało w przeszłości, stając się centralą dla groteskowego, pseudowłoskiego tworu politycznego, które z wielką żarliwością zajęło się niwelowaniem historycznych różnic między prowincjami Italii, ograniczaniem praw i miękkim prześladowaniem Kościoła, a także wprowadzaniem takich nowoczesnych wynalazków, jak przymus państwowej szkoły, a przez to gwałceniem przyrodzonego prawa rodziców do wychowania i kształcenia swoich dzieci (osławiony ?liberalizm? Risorgimento przypominał raczej poglądy technokratów z PO, niż doktrynę broniącą bezwzględnie własności prywatnej).
Dopiero za czasów Mussoliniego faszyści wyszli z inicjatywą pogodzenia zjednoczonego przez Risorgimento państwa włoskiego z Kościołem, a to poprzez ogłoszenie religii katolickiej wyznaniem panującym i czyniąc symbolicznie zadość krzywdzie wyrządzonej papiestwu, przywracając Państwo Kościelne na terenie Watykanu. Jednakże nie znaczyło to, oczywiście, zniknięcia wszystkich problemów. ?Czarne Koszule? próbowały wykorzystać stan oficjalnego pokoju z Kościołem dla maksymalnego rozszerzenia swej władzy w państwie, co skłoniło Piusa XI do zaprotestowania w encyklice No abbiamo bisogno przeciw pogańskiej statolatrii, uprawianej przez faszystów. Ci ostatni próbowali nadać Włochom status, jaki w starożytności miało rzymskie imperium, nie rozumiejąc, że Boża Opatrzność dała Rzymowi wielkość, by przygotować świat na przyjście Syna Bożego, a nie dla zarozumiałej dumy mieszkańców ?włoskiego buta?. Groteskowe próby nadania Włochom statusu mocarstwa skończyły się na nieudanej i hańbiącej armię włoską próbie podboju Grecji. Do dziś krążą dowcipy na temat waleczności i umiejętności włoskiej armii. Nie całkiem zresztą słusznie, ponieważ w trakcie hiszpańskiej wojny domowej włoscy ochotnicy wykazali się ogromnym poświęceniem i bitnością. Przyczyna tego była prosta. Na Półwyspie Iberyjskim walczono o słuszną sprawę i Włosi potrafili się zmobilizować do pomocy bratniemu, katolickiemu i romańskiemu narodowi. Inaczej niż w przypadku mocno podejrzanej ?krucjaty antybolszewickiej?, jaką ogłosił Hitler, czy własnych podbojów pseudoimperialnych.
W świetle powyższego łatwo zrozumieć, że włoscy księża z Instytutu NMP Matki Dobrej Rady, jakkolwiek są Włochami z krwi i kości, to stosunek do państwa, którego są obywatelami, mają jednak raczej chłodny. Trzech z nich, z przełożonym ks. Ricossą włącznie, pochodzi zresztą z samej stolicy Piemontu, to znaczy Turynu. Warto w tym miejscu dodać, że niewielkie seminarium, które prowadzą, poświęcone jest innemu północnowłoskiemu świętemu ? Piotrowi z Werony z Zakonu Kaznodziejskiego (dominikanie), którego zamęczyli manicheiści za gorliwość w zwalczaniu ich herezji. Św. Piotr był inkwizytorem i został kanonizowany na wiosnę 1252 r. w Lateranie przez papieża Innocentego IV. Była to pierwsza tak uroczysta kanonizacja w historii Kościoła. Na jesieni tego samego roku, ale już w Bazylice św. Franciszka w Asyżu, ten sam papież Innocenty IV dokonał drugiej uroczystej kanonizacji, a mianowicie św. Stanisława Biskupa ? głównego patrona Polski. Szczególnym kultem księża Instytutu obdarzają również innego wielkiego inkwizytora (i dominikanina) z terenu Sabaudii, który jako papież przyjął imię Piusa V. Ten święty papież w trakcie swego niedługiego pontyfikatu (1566-1572), doprowadził do końca wprowadzanie wielu reform Soboru Trydenckiego, przede wszystkim reformy liturgicznej, znanej jako ?Msza Trydencka?. Nazwa ta jest nieco myląca i dała asumpt do licznych ataków na Mszę w tradycyjnym rzymskim rycie, jako wytworu dopiero szesnastego wieku. Tymczasem Msza promulgowana i ?kanonizowana? przez św. Piusa V, była powrotem do rytu, jaki istniał w Rzymie na przełomie XIII i XIV w., po oczyszczeniu go z późnośredniowiecznych naleciałości i zniekształceń, jakie się do niego wkradły na skutek ogólnego zamieszania spowodowanego upadkiem kultury i teologii w wiekach XIV i XV. Św. Pius V był jednakże nie tylko wielkim obrońcą religii katolickiej przed protestantyzmem, ale również przed islamem. Zwycięstwo zjednoczonych wojsk chrześcijańskich pod Lepanto w 1571 jest głównie jego zasługą. To on wezwał do antymuzułmańskiej krucjaty, zjednoczył zwaśnionych władców, a przede wszystkim wsparł wojska chrześcijańskie przez wezwanie całego świata katolickiego do odmawiania modlitwy różańcowej w intencji zwycięstwa. Jeden ze sztandarów, pod jakimi walczyli rzymscy katolicy z mahometanami pod Lepanto, mogłem podziwiać właśnie w Turynie w kościele dominikanów, zbudowanym w stylu gotyckim, co jest w Italii ewenementem. Potrzebę nowej antymuzułmańskiej krucjaty odczułem zresztą na własnej skórze, kiedy to po wyjściu z kompleksu szkół założonych przez św. Jana Bosco robiłem zdjęcia panoramie miasta. Oto pod obiektyw napatoczył mi się jakiś stary Arab, który miał pretensje o to, że go fotografuję. Był prawdopodobnie nielegalnym imigrantem obawiającym się wydalenia. Sytuacja zrobiła się niebezpieczna, gdy ?na pomoc? staremu przybyło kilku innych, młodych Semitów, którzy domagali się ode mnie ?pokazania? aparatu wraz ze zdjęciem. Ja ze swej strony nie miałem najmniejszej ochoty go pokazywać, bo to by najpewniej oznaczało jego utratę, a aparat był pożyczony i zrobiłem nim wiele ładnych zdjęć. Widząc, że niewiele wskórają, bisurmanie odpuścili. Wpływ na to miał pewnie fakt, że towarzyszył mi ks. Jocelyn Le Gal, który sprawiał dość odstraszające wrażenie swoją postawą. Co ciekawe, Arabowie, słysząc, że ja i ks. Le Gal porozumiewamy się po francusku, zaczęli mówić do nas od razu w tym języku! Biedny ks. Jocelyn (po bretońsku: Józef) musiał się wstydzić, że jego język ojczysty jest dziś w Europie prawie afroazjatyckim dialektem.
Powróciwszy do Verrua Savoia mogłem wreszcie bezpiecznie odpocząć wśród znajomych księży. Doceniłem w ten sposób pracę, jaką wykonują nad rechrystianizacją swojej ojczyzny. Ta zaś nie jest możliwa bez powrotu do integralnie pojętego katolicyzmu, nie bojącego się konfrontacji ani z islamem, ani ze stęchłą, pseudohumanitarną kulturą współczesną (walka z karą śmierci w sytuacji kompletnego rozkładu wewnętrznego i zagrożenia zewnętrznego!). Skuteczność tej walki zależy w dużej mierze od oczyszczenia Kościoła z toczącego jego wnętrze raka, jakim jest modernizm. To właśnie dlatego pismo teologiczne wydawane przez Instytut w językach włoskim i francuskim, nosi nazwę ?Sodalitium? ? od organizacji, jaką sto lat temu założyli integralni włoscy katolicy z prałatem Hubertem Benignim na czele. ?Sodalitium Pianum?, podobnie jak obecnie Instytut NMP Matki Bożej Dobrej Rady, zwalczało religijny modernizm, indyferentyzm, wszelkie tendencje lewicujące i socjalizujące, liberalne, czyli takie, które próbowały rozmyć twardość katolickich zasad, by je połączyć z błędami współczesności, a wreszcie tzw. demokratyzm, który oznaczał uznanie heretyckiej doktryny o pochodzeniu władzy od ludu i jego suwerenności. Jednocześnie integralny ?katolicki katolicyzm? ?Sodalitium? oznaczał również wolność od wszelkich błędów prawej strony sceny ideowo-politycznej. Ta ostatnia rzecz jasna stała w większości przypadków po właściwej stronie sporów, ale słaba znajomość doktryny Kościoła prowadziła ją nader często na intelektualne manowce, z herezjami włącznie.
(?)
Ks. Rafał Trytek
Wyświetlony 4869 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.