sobota, 01 maj 2010 12:48

Autorytety i autorytaryzm, czyli demokracja elitarna

Napisane przez

Aż do XX wieku wszelkie kultury powstawały na zasadzie autorytetu. Była to albo zasada autorytetu władzy, albo autorytetu sacrum – przy czym zwykle te autorytety zlewały się z sobą na niższych szczeblach społecznej stratyfikacji. Demokracja amerykańska wystąpiła przeciw monarchii brytyjskiej w imieniu"przyrodzonych praw" nadanych człowiekowi przez Boga.

Ceną było ukształtowanie się (poza Nowym Światem) społeczeństw autorytarnych ? co do których już sam źródłosłów wskazuje na ich związek z pojęciem autorytetu. Demokracja nie rezygnuje z niego, wprowadza jednak fundamentalne rozróżnienie: autorytet nie może być narzucony. W ten sposób jednak, rzecz jasna, zmienia konotację. Dlatego John Hallowell (Moralne podstawy demokracji) może napisać: Cechą charakterystyczną demokracji nie jest odrzucenie autorytetu; przeciwnie, jest to cecha tyranii. Bez autorytetu nie może być wolności, w przeciwnym bowiem razie ulega ona degeneracji.

Jest to stara myśl Monteskiusza, podjęta przez amerykańskich Ojców Założycieli: władzę ludu mogą obronić tylko jego cnoty. Nie będzie społeczeństwa obywatelskiego bez obywatelskości ? to znaczy bez etyki. Ta zaś wsparta jest na etosie: czyli obyczajach (gr. ethos). Ponieważ władza jest tu delegowana na mocy swobodnego wyboru, na każdym obywatelu spoczywa cząstka odpowiedzialności za państwo. Toteż Yves Simon zauważa: Niebezpieczeństwa grożące praktyce demokratycznej wymagają, by uznanie zasad było głębsze i trwalsze, mocniej odczuwane niż w innych ustrojach.
Jest godne uwagi, że po 1989 r. tak często przewija się w polskiej publicystyce termin ?autorytety? (często z przymiotnikiem ?moralny? i nierzadko pisany z dużej litery). W ten sposób próbowano porządek moralny, zniszczony doszczętnie przez komunistów, osadzić na nowo w przestrzeni publicznej i politycznej jednocześnie. Było to skutkiem przekonania, że dobre społeczeństwo nie tylko karmi, odziewa i pomaga swym członkom budować domy, lecz także w jakimś stopniu ich wychowuje. Jak bowiem napisał Karl Jaspers: Autorytet, któremu się wierzy, jest przede wszystkim jedynym źródłem prawdziwego, trafiającego do istoty człowieczeństwa, wychowania. (...) Gdy człowiek wzrasta w autorytecie, otwiera się dla niego przestrzeń, w której byt zewsząd wychodzi mu naprzeciw.
Jednocześnie jednak owa hierarchia godności (w obu znaczeniach, tu zlewających się) była tworzona sztucznie i ekskluzywnie ? jako próba kontroli żywiołowej demokratyzacji państwa przez ośrodek skupiony wokół Prezydium Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego.
Kontrola ta zawiodła jednak całkowicie w wypadku casusu Stana Tymińskiego (co wywołało pamiętną reakcję prof. B. Geremka). Udała się natomiast w sferze mediów; choć w nieco groteskowej postaci, kiedy tymi autorytetami okazali się ? przede wszystkim dla najbardziej popularnych magazynów ? aktorzy, aktorki i prezenterzy telewizyjni.
Po ?katastrofie? Tymińskiego na łamach wielu prasowych tytułów pojawiły się rozważania na temat niebezpieczeństw populizmu i władzy niekompetentnych ?mas?, które zdolne są jedynie do postaw roszczeniowych. Piotr Kłoczowski z ?Res Publiki? zapytał wtedy tych autorów, czy wobec tego nie należy podać w wątpliwość sensu pięcioprzymiotnikowych wyborów... Odpowiedzią było jednak zakłopotane milczenie. A przecież Fryderyk von Hayek w swoim czasie podał bardzo rozbudowaną argumentację na rzecz wyborów pośrednich.
80 lat temu, po zamachu majowym, prof. prawa Czesław Znamierowski w ciekawej broszurze, przedrukowanej w 1990 r., podjął próbę skonfrontowania ze sobą pojęć demokracji i elity. Wskazał, że teoretycy i praktycy demokracji zwykle uciekają przed taką konfrontacją. Jednak taki eskapizm prowadzi donikąd. Demokracja, jeśli chce się ostać w walce, musi ją przyjąć na terytorium narzuconym przez przeciwnika. Musi zasymilować dla swoich celów i teorię elity, wiążąc ją w sposób możliwie niesprzeczny z postulatami swych uczuć i z planami swych dążeń. Znamierowski wskazuje na winę naiwności demokracji: polega ona na wierze, że ktoś, kto zdoła przebyć drogę z nizin na szczyty społeczne, pozostanie niepomazanym przedstawicielem ludu.
Warto też zastanowić się nad inną jego uwagą: Elita jest zawsze zależna od tego, kto ją wybiera i na jakiej zasadzie wybiera. Dotyczy to ? jak ją nazywa ? elity funkcji społecznej. Otóż jest to właśnie nasza sytuacja. Elity opiniotwórcze nie są bowiem produktem naturalnego rozwoju ani gry wolnorynkowej. Powstały dzięki doborowi ze strony władzy politycznej.
To jednak wydaje się w naszej publicystyce tematem tabu.
Czy można więc mieć nadzieję na zbudowanie w Polsce społeczeństwa obywatelskiego?
Oto przywódca najbardziej radykalnych antykomunistów okazuje się niedawnym wykładowcą marksizmu-leninizmu na Uniwersytecie Warszawskim, swobodnie dysponującym paszportem w latach stanu wojennego.
Oto tzw. autorytety moralne proponują jako kandydata na prezydenta b. agenta wywiadu, który przysłużył się Moskwie w latach 70., przekazując jej z Genewy dane o wydobyciu ropy naftowej na świecie: wówczas kluczowej kwestii gospodarczej.
Oto ?Solidarność? patronuje nowemu ugrupowaniu, które ma oczyścić Polskę z układów i korupcji, i po ogłoszeniu zasad proporcjonalnego do ilości członków i sukcesów w wyborach lokalnych przydzielania miejsc na listach wyborczych ? natychmiast pilnuje, by wyeliminować z nich partię najmniej znaną z tych dwóch przywar, tzn. Porozumienie Centrum. Jej miejsce zajmują ludzie znikąd, którzy ? jak się okazało już po wyborach 1997 ? mieli opłaconą kampanię przez potentata telewizyjnego Solorza (który w czasie PRL miał, jak podała ?Rzeczpospolita?, kilka paszportów).
Oto bojowy minister sportu, kreowany przez prasę prawicową na Żelazną Miotłę, która oczyści sport z komunistycznych złodziei i oszustów... okazuje się nie tylko Tajnym W., ale dobrym znajomym mafiosów.
Oto wielki dobroczyńca polskiej kultury, założyciel Fundacji i ofiarodawca kolekcji mieszczącej się w jednym z najważniejszych gmachów Warszawy, pobłogosławiony przez prymasa i przylepiony do prawicy ? okazuje się nie tylko totalnym ignorantem w dziedzinie malarstwa, który niepodpisane bohomazy uznał za Rembrandty i Vermeery, ale zwyczajnym hochsztaplerem, który bezprawnie podawał się za utytułowanego naukowca.
Oto wreszcie homerycka wojna o reformę terytorialną, przeprowadzaną w imię naprawienia dawnego podziału Gierka ? której przywódcą ze strony AWS i Unii był, jak się okazało, profesor, który w swoim czasie uzasadniał to właśnie genialne dzieło I Sekretarza (Potem zaś przyrządził na zlecenie Unii fatalną Ustawę Warszawską z 1993 r.)
(?)
Piotr Skórzyński

Wyświetlony 5848 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.