Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 21 czerwiec 2010 16:56

Węgiel dobywa Zagłębie

Napisał

Węgiel dobywa Zagłębie,
Zagłębie dobywa śmierć.

(Władysław Broniewski, Zagłębie Dąbrowskie)

Nie bez powodu cytuję jednego z najlepszych poetów epoki PRL. Choć Broniewski pisał o czasach przedwojennego kryzysu, czasach nędzy i głodu, to w istocie niewiele się zmieniło od tego czasu. Oczywiście, są nowe technologie, maszyny, nowe ściany wydobywcze, systemy eksploatacyjne i sygnalizacyjne. Górnictwo jest nowoczesne, zwykle już w mniejszym lub większym stopniu nawet skomputeryzowane. Postęp techniczny w górnictwie jest wręcz oszałamiający, zresztą podobnie jak i w innych dziedzinach naszego życia codziennego. To jednak tylko część prawdy o górnictwie podziemnym. Ta druga część jest na ogół niewidoczna, skryta, brutalna, a nawet zwyczajnie chamska.


"Halemba"
Tragedia, która rozegrała się 21 listopada br. o godz.16.30 na głębokości 1030 metrów pod ziemią, jest jedną z największych katastrof, jakie zdarzyły się w ostatnich trzydziestu latach w polskim górnictwie. Dwudziestu trzech zabitych to koszt robót związanych z odzyskiwaniem pozostawionego sprzętu i obudowy w nieczynnym już chodniku przyścianowym. Wybuch metanu i pyłu węglowego w tego rodzaju wyrobisku daje bardzo małe szanse na jego przeżycie. W chodniku takim dochodzi do sytuacji podobnej, jak w lufie armatniej ? wysokie ciśnienie spalanego gazu wyrzuca wszystko, co jest na drodze z siłą i prędkością wystrzelonego pocisku. W tej sytuacji wstrzymanie przez pewien czas akcji ratunkowej było jak najbardziej uzasadnione, gdyż ratownicy to też ludzie, a ich życie nie powinno być narażane na istniejące, w tym wypadku duże, ryzyko. Padają pytania, czy można było tego uniknąć? Na pewno można było uniknąć, ale za cenę setek tysięcy, a nawet milionów złotych pozostawionego sprzętu. Dziś można powiedzieć, że trzeba było zostawić, a ludzie by żyli. Kopalnia jest jednak przedsiębiorstwem, które musi przynosić zyski, a nie generować straty. Pomimo istniejącego ryzyka starano się więc wybrać sprzęt z tego wyrobiska. Czy ryzyko kosztem życia i zdrowia górników jest dopuszczalne? Czy prawnie dozwolone? Czy są jakieś granice tego ryzyka? Tak, są określone przepisami bezpieczeństwa pracy w górnictwie podziemnym węgla kamiennego. Czy jednak wszystkie przypadki można określić w przepisach? Ano nie. Wiele więc zależy od fachowości, wyobraźni i doświadczenia górniczej kadry, a także zwykłych górników, którzy wystarczy, że spojrzą na strop, popatrzą na mapę i wiedzą, co wolno, a czego nie wolno. Być może, w "Halembie" pracowano zgodnie z przepisami, ale zabrakło tu ludzi ostrożnych, czujnych i znających się na swoim rzemiośle.

Urzędy Górnicze
Warunki bezpieczeństwa pracy w górnictwie nadzoruje Wyższy Urząd Górniczy w Katowicach oraz podlegające mu Okręgowe Urzędy Górnicze. Ich styl pracy określony został jeszcze w czasach wczesnego socjalizmu, w połowie minionego wieku, i po wielu drobnych korektach trwa do dziś. Jego założenia kontrolne od początku były irracjonalne, jeżeli nawet nie fikcyjne. Po pierwsze karać, karać i jeszcze raz karać. Kogo karać? Ano kogo się da, a najlepiej da się karać najmniej winnych, bo ci nawet nie wiedzą, o co chodzi. Tak karze się masowo prostych górników za byle co. Powiesił pochłaniacz poza zasięgiem ręki ? kara, pracował pod niebezpiecznym stropem (strop jest zawsze niebezpieczny) ? kara, był w chodniku bez wymuszonej wentylacji o metr dłuższym niż mówi przepis ? kara, itp., itd. Tymczasem do niezwykłej rzadkości należy karanie kierownictwa kopalń. Ci dopiero brani są pod lupę, kiedy w kopalni są zabici i ranni. Pozornie urzędy górnicze są surowe i bezwzględne, ale tylko w stosunku do ludzi, którzy nie mają żadnego wpływu na bezpieczeństwo w kopalni. Statystycznie to urzędy nie mogą podołać z groszowymi karami, rozprawami i dochodzeniami w sprawie bezpieczeństwa pracy, cóż jednak z tego, kiedy ich działalność skierowana jest faktycznie w próżnię. Bo ile można nałożyć kary na górnika zarabiającego miesięcznie od 3 do 5 tys. złotych? Dwieście, trzysta, pięćset złotych. To na ten cel każda kopalnia utrzymuje specjalne konto koleżeńskie, na które wszyscy składają się po kilka złotych miesięcznie. Urząd wyjeżdża za bramę kopalni, a sprawa przepisów natychmiast idzie w kąt, bo z drugiej strony, gdyby przestrzegać wszystkiego, co jest zapisane, to każda z kopalń może okazać się nierentowna. Jednocześnie lawinowy wzrost liczebności szczegółowych kontroli i kar stale wymaga powiększania personelu poszczególnych urzędów górniczych. W rezultacie dochodzi do tego, że skromny Krajowy Urząd Górniczy, mający zasięg dwóch, trzech województw, ma większy personel niż w niejednym średniej wielkości państwie europejskim. Tyle tylko, że tamten znacznie mniejszy personel jest dużo bardziej skuteczny, bo w przeciwieństwie do naszego ? nie kontroluje każdego napotkanego górnika, a jedynie najwyższą kadrę, i nakłada kary w postaci wyższej kategorii niebezpieczeństwa, skąd wynikają wyższe opłaty ubezpieczeniowe, liczone rocznie w milionach dolarów. Po to, aby uniknąć tych opłat, tam wszyscy są zainteresowani nie tylko formalnym przestrzeganiem przepisów, ale też zapobieganiem wszelkimi sposobami możliwości zaistnienia jakichkolwiek wypadków, i to niezależnie czy ktoś ich kontroluje, czy też nie.

Upadek obyczajów
Zapewne wielu uczciwych pracowników, górników, inżynierów i dyrektorów poczuje się urażonych takim określeniem ich środowiska. Oczywiście, że jest tu, jak w każdym zawodzie, wielu ciekawych, odważnych, dobrze wychowanych i inteligentnych ludzi, również na kierowniczych stanowiskach. Problem jest w tym, że nie oni mają w tej branży decydujący głos. Każdy, kto choć trochę otarł się o górnictwo podziemne, wie, że panują tam obyczaje niezwykłej brutalności. Sztygar, dyrektor, zawiadowca itp. szarża górnicza swoich podwładnych zwykle wyzywa od najgorszych przy każdym możliwym z nimi spotkaniu. Jak mawiał jeden z bardziej wrażliwych ludzi, kiedy rano posłyszał taką "wiązankę" pod swoim adresem, to cały dzień miał już z głowy. Bywało nawet tak, że na najwyższych stanowiskach ludzie występujący często publicznie nie mogli się wyzbyć przerywnika na literę "k....", zastępując go z tą samą częstotliwością innym, mniej rażącym słowem. Nikt tu się z nikim nie certoli. Tu nie jest miejsce dla panien z dobrego domu ani też szkoła dobrego wychowania. Komu się takie obyczaje nie podobają, to wie gdzie jest brama. A bezrobocie jest stale wysokie, nikt nie chce znaleźć się za bramą. W tej atmosferze pogardy i poniżenia wykonuje się bez szemrania każdy rozkaz, każde zadanie, no bo wiadomo, gdzie jest brama. Tu z reguły zatrzymuje się roboty zasadniczo z dwóch powodów: albo wiadomo z góry, że nikt nie wróci, więc lepiej nie robić sobie kłopotów; albo ludzie sami wiedzą, że z tej szychty mogą już nie wrócić i grupowo odmawiają wykonania zadania. Oba te przypadki zdarzają się bardzo rzadko. Wszystkie inne są umownie pośrednie i skala ryzyka zależy od konkretnej sytuacji. Na ogół każdy wierzy, że dziś wypadnie mu pracować w bezpiecznych warunkach, no a jak może być jakiś wypadek, to może dziś spotka kogoś innego. Na zewnątrz to gala, dzień górnika, uśmiechy i zadowolenie kadry ministerialnej, kompanijnej, kopalnianej i związkowej, która zasadniczo zgodnie współpracuje, czerpiąc profity z ryzykownego zawodu górnika.
(?)
Adam Maksymowicz
Wyświetlony 6771 razy
Adam Maksymowicz

Najnowsze od Adam Maksymowicz

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.