sobota, 31 lipiec 2010 17:45

Albo równość, albo feminizm!

Napisane przez

Demonstrowane przez feministki poczucie dziejowej misji i przekonanie o nieuchronności jej wypełnienia sprawia, że każdy adwersarz feministek automatycznie staje się wrogiem nie tylko samych feministek, ale i postępu, którego panie te, w ich mniemaniu, są uosobieniem. Ale żeby tylko wrogiem. Oczekiwania feministek nie są przedstawiane jako oczekiwania lub, dajmy na to, potrzeby, lecz jako prawa. Nie jest to przypadkowe. Bowiem ktoś, kto przedstawiałby swoje oczekiwania jako oczekiwania, a potrzeby jako potrzeby, musiałby je uzasadnić i liczyć się z tym, że racjonalność tychże, jak i samo uzasadnienie zostaną poddane oszacowaniu. Natomiast prezentowanie swoich roszczeń jako praw zwalnia z obowiązku udzielania jakichkolwiek wyjaśnień, bo o prawach się nie dyskutuje. Prawa się respektuje. Konsekwencją takiego postawienia sprawy jest to, że oponent feministek z "wroga" awansuje na kogoś, kto nie szanuje cudzych praw bądź nawet na nie nastaje. A ktoś, kto nastaje na cudze prawa, to nie jest oponent, tylko kandydat na przestępcę, którego nie ma co słuchać, a jeśli już, to co najwyżej przesłuchać.

Tak jak swoje oczekiwania feministki przedstawiają jako "prawa kobiet", podobnie swoje problemy przedstawiają jako przejawy "dyskryminacji kobiet". Rozwiązywaniem problemów zwykle zajmują się specjaliści, przedstawiciele uznanych, tradycyjnych zawodów (np. ekonomiści, lekarze), którzy w swej pracy korzystają z wiedzy powstałej w oparciu o paradygmat naukowy. Wówczas sprawa jest jasna. Konsekwencją przedstawiania problemów jako przejawów dyskryminacji, jest powierzenie ich rozwiązania "specjalistkom od równości" (Jaki problem, tacy i specjaliści). A one już tam najlepiej wiedzą, co je najbardziej rozwesela i osładza im żywot, zwłaszcza że akurat te same panie pełnią też rolę "grupy dyskryminowanej". W ten sposób powstaje kolejny pośrednik pomiędzy budżetem państwa a jego twórcami i beneficjantami. Pośrednictwo, rzecz to znana, musi kosztować, bo kto by tam pośredniczył za darmo? Eksperckie stawki (bo jakie, skoro mamy do czynienia z ekspertkami?) przecież nie mogą być niskie, bo czy można sobie wyobrazić honorarium przynoszące dyshonor? Wobec tego ich wysokość mogą kwestionować wyłącznie jacyś ogarnięci nienawiścią aroganci, którzy ? wobec tego, że "ekspertki od równości" stanowią kastę elitarną i zamkniętą, do której kooptacja odbywa się poprzez uszlachcenie (kto zaprzeczy, że dostrzeganie "nierówności" jest cechą ludzi szlachetnych?) ? nigdy nie przestaną być "arogantami", podobnie jak ekspertki "ekspertkami".
Prezentowanie problemów doświadczanych przez kobiety jako przejawów dyskryminacji ma dla "specjalistek od równości" dodatkowy walor, polegający na tym, że zabieg ten automatycznie czyni z ich polemistów zwolenników dyskryminacji, czyli szowinistów i seksistów. A to przecież jest największą zbrodnią w całym świecie. Przy czym, gdyby nawet pojawiły się jakieś wątpliwości ? co przy obecnym "pluralizmie medialnym" jest mało prawdopodobne ? kto rzeczywiście jest zwolennikiem równości, a kto dyskryminacji, to któż je lepiej rozstrzygnie, niż "specjalistki od równości"? Jako że dyrektywy (przepraszam: "poglądy") tych pań są jednoznaczne i powszechnie znane, to i wątpliwości nie uświadczysz. W rezultacie "kwestia kobieca" jest niekwestionowana. A czy można sobie wyobrazić przyjemniejszą rozrywkę od zajmowania się sprawą, w której jest się jednocześnie wnioskodawcą, sędzią i egzekutorem wyroku?
Wobec postawy "dialogu i otwartości", manifestowanej w ten właśnie sposób przez środowiska feministyczne, celowe jest jedynie poszukiwanie środków ograniczania wpływów tych środowisk. To prawda, że nie po raz pierwszy próbuje się na siłę narzucić jakąś ideologię. To prawda, że w przeszłości udawało się takim próbom skutecznie przeciwstawiać. Mam jednak zasadnicze wątpliwości, czy środki dotychczas stosowane wobec feminizmu, stwarzają szansę na zneutralizowanie wpływów tej ideologii.
Obecnie można zaobserwować cztery strategie "radzenia sobie" z feminizmem. Pierwsza to ustępstwa. U podłoża tej strategii leży pragnienie "świętego spokoju" oraz założenie, że spokój ten można osiągnąć realizując roszczenia feministek. Druga to przeczekanie. Ta strategia jest wynikiem założenia, że feminizm, to ciężka orka, która w końcu musi się znudzić. Trzecia strategia to objęcie feministek swoiście rozumianą misją ewangelizacyjną. W tle jest założenie, że prawda je wyzwoli. Czwarta polega na udawaniu, że "nic się nie dzieje". Podłożem tej strategii jest lęk przed konfrontacją z feministkami.
Wszystkie te strategie są w oczywisty sposób absurdalne i jako takie od samego początku skazane na niepowodzenie. Bowiem zadośćuczynienie może położyć kres roszczeniom jedynie wówczas, gdy źródłem postulatów jest rzeczywistość, a nie subiektywny sposób jej postrzegania i interpretacji. Obecnie w kwestii statusu płci niepodzielnie obowiązuje skrajnie subiektywna interpretacja feministyczna, co z góry wyklucza możliwość rzetelnego oszacowania racjonalności feministycznych roszczeń. Liczenie na to, że feministkom znudzi się to, co jest dla nich i przyjemne, i pożyteczne, jest tak samo rozsądne, jak oczekiwanie, że niedźwiedź zrezygnuje z jedzenia miodu. Z kolei prawda, oczywiście, wyzwala, ale tylko tych, którzy są nią zainteresowani. Warunkiem zainteresowania prawdą jest dopuszczenie do siebie takiej myśli, że się tej prawdy jeszcze do końca nie poznało. Biorąc pod uwagę, że wypowiedzi feministek treścią i formą żywcem przypominają wytyczne partyjnych propagandzistów, zainteresowanie prawdą nie wchodzi w rachubę. A już racjonalne przesłanki chowania głowy w piasek w ogóle trudno sobie wyobrazić. W tym momencie cisną się na usta słowa klasyka: to nie takie proste mój drogi... Ale to, że coś nie jest proste, nie oznacza, że jest niemożliwe.
Wedle mojego przekonania feministki są przygotowane na wszystko z wyjątkiem jednego: skrupulatnego spełnienia swych życzeń. Wobec tego właśnie to należy im zafundować. Ale żeby to uczynić, najpierw trzeba potraktować serio zarówno feministki, jak i głoszone przez nie hasła. Feministki zasługują na poważne traktowanie, choćby dlatego, że mają znaczne wpływy, które wykorzystują głównie do pozbawienia innych wpływu na kształtowanie równości. A już głoszone przez feministki hasła tym bardziej powinny być traktowane serio, ponieważ dosłowna interpretacja tych haseł i konsekwentne wyprowadzenie z nich wszystkich logicznych następstw napyta paniom feministkom większej biedy, niż pomruki frustratów, śmieszne egzorcyzmy i żałosne misjonarstwo.
Feministki ochoczo przyjęły rolę obrońcy grup pokrzywdzonych, ponieważ rola ta daje przywilej arbitralnego typowania "grup defaworyzowanych" oraz "krzywdzicieli". Zaliczenie do grypy defaworyzowanej wiąże się z profitami, a publiczne nawyzywanie od szowinistów i seksitów, naturalną rzeczy koleją, grozi hańbą. Tym samym każdy może od feministek coś dostać: podarek albo przykrość. A że nikt nie chce ani rezygnować z podarków, ani doznawać przykrości, feministki mają wielu zwolenników i niewielu przeciwników, no, przynajmniej jawnych. Myślę, że sposobem na położenie kresu tej sytuacji byłoby złamanie monopolu feministek na zajmowanie się problematyką statusu płci i wykazanie im ich szowinizmu i seksizmu, który aż razi, czyli zgotowanie tym paniom losu cesarza ze znanej baśni Andersena, na który to los od lat bardzo ciężko pracują.
(?)
Jan Stecki
Wyświetlony 4141 razy
Więcej w tej kategorii: « Afrykańskie obrazki Złe wychowanie »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.