niedziela, 01 sierpień 2010 10:55

Dusiołki sztokholmskie

Napisane przez

W mitologii starosłowiańskiej dusiołek to taki duszek leśny, który dopada samotnego wędrowca, skacze mu na pierś i wysysa zeń resztki nadwątlonych wędrówką sił. Zwykle wybiera na ofiarę ludzi już osłabionych w wierze, że dotrą do wyznaczonego sobie celu. Dusiołek nie tyle zabija od razu, ile wraz z wysysanym tchnieniem pozbawia wędrowca nadziei.
Stada dusiołków hasają dziś po Europie, w tym i po ulicach Sztokholmu, a konkretnie w murach Akademii Sztokholmskiej i okolicach.

Wysysając z akademików nadzieję, dusiołki pozbawiają ich jednocześnie rozumu, jedno bowiem nie może się obyć bez drugiego. Rozumu zresztą pozbawiają i szerokie rzesze wielbicieli literatury. Ale o tym za chwilę. Na razie podkreślmy tylko fakt, że nie z braku rzeczonego rozumu, mamy (nie zawsze, na szczęście) religijny i bałwochwalczy stosunek do szacownego Instytutu. Otrzymać literacką czy pokojową nagrodę to jakby dostąpić namaszczenia od samego Boga, albo i więcej. Nieco gorszący jest fakt, że w dziejach tej nagrody nikt nie odmówił jej odebrania ? choćby z tego powodu, że autor nie czuje się godny zaszczytu albo równie dobrze, że to Komitet nie jest godzien tym zaszczytem obdarowywać kogokolwiek.

Tak czy inaczej autorzy i czytelnicy przyjmują coroczny werdykt, jak wyrok, który nie podlega apelacji. A szkoda, bo to generuje pasywność myślenia w ogóle, martwotę intelektualną, spoza której nie chcemy widzieć również tego, że OD ZARANIA KOMITET NOBLOWSKI PRZYNAJE LITERACKIE I POKOJOWE NAGRODY NIEMAL WYŁĄCZNIE LUDZIOM O ORIENTACJI I KORZENIACH LEWICOWYCH, NIEKIEDY NAWET REWOLUCYJNYCH. By wymienić tu choćby terrorystę Arafata, bolszewika Marqueza czy byłego członka Chińskiej Partii Komunistycznej, Dalaj Lamę... Wedle tej logiki, zupełnie naturalne byłoby uhonorowanie Kadafiego, który publicznie wyrzekł się terroryzmu, a nawet stanął do walki z "osią zła".
Równocześnie Komitet nie znalazł względów dla takich choćby ludzi, jak: Jan Paweł II, czy brat Roger z Taize ani też dla Władysława Bartoszewskiego, który pomógł ocalić sto tysięcy Żydów polskich. Ale to nie są ludzie lewicy.
Człowiekiem niejako z drugiej strony był również poeta Luis Borges, jeden z najwybitniejszych twórców minionego stulecia. Miał jednak jeden słaby punkt w swoim życiorysie ? lubił faszyzm (co, oczywiście, nie jest równoznaczne z miłością do nazizmu), a na domiar złego przyjaźnił się z Pinochetem. I choć temu ostatniemu historia powoli i nieśmiało przywraca sprawiedliwość (za obaleniem rewolucyjnego satrapy Allende optowały nawet chilijskie związki zawodowe i komuniści), a polityczne sympatie i preferencje Borgesa nigdy nie znajdowały odbicia w jego twórczości ? musiał podzielić los literackich zesłańców.
Chwały natomiast dostąpiła Wisława Szymborska. Nie chcę komentować jej twórczości. Szymborska może sobie pozostawać tajemnicą, jako poetka, ale przestaje być niewiadomą, gdy ocenimy ją, pytając o to, kim była jako człowiek. Jest bardzo skromna, miła i dyskretna w wypowiadaniu się na swój temat. Ładne to i przyjemne. Lecz może właśnie ta dyskrecja i skromność, podparte wrodzoną łagodnością, pozwalają jej na zapomnienie własnej młodości i wieku średniego, gdy wypisywała żarliwe poematy na cześć komunizmu, rządzącej partii i osobiście towarzysza Stalina.
Nie wiem, dlaczego pisała te brednie, bo cała jej osobowość nie pasuje do ideologii tamtych czasów, ale robiła to ? służyła ideologii świadomie. Może zatem nie "odjechała" wcale w przestrzenie Wielkiej Metafory, ale uciekła tam, schroniła się, by już nigdy nie popełnić błędu zderzenia z nagą rzeczywistością? Chociaż nie do końca: w 1992 r. jednoznacznie i z pasją wpisała się w antylustracyjną kampanię "Gazety Wyborczej". W gruncie rzeczy żal mi jej, że nie ma odwagi, by przyznać się do własnych cieni i upiorów, ma jednak dośćć samozaparcia, by innych gromić i pouczać.
Otwarte jest pytanie, czy Szymborska otrzymała nagrodę za młodzieńcze sympatie i miłości, czy za to, że zdołała je wymazać z pamięci i życiorysu.
Wielkiego Lauru nie otrzymał natomiast kilkakrotnie nominowany Józef Mackiewicz ? pisarz, wizjoner i myśliciel. To ponura i przykra sprawa ? nie tylko dla historii literatury na świecie, ale przede wszystkim dla nas, Polaków.
Mackiewicz nie tylko nie dostąpił zaszczytów w Sztokholmie, ale niemal nie istnieje w świadomości Polaków. To upodabnia go do losu innego wielkiego twórcy, Rosjanina Warłama Szałamowa.
Szałamow odsiedział w sowieckich łagrach trzydzieści pięć lat. W ciągu tego czasu nie tylko zdołał ocalić własną wolność człowieka, ale i ujawnił talent wielkiego pisarza. Nie łagry jednak stały się dla niego najboleśniejszym i upokarzającym doświadczeniem, lecz to, że nie chciano wydać jego opowiadań ani na Zachodzie (poza oficynami emigracji rosyjskiej), ani w Rosji ? kiedy już można było. Bez wątpienia miał większy talent literacki od Sołżenicyna i kilkakrotnie brano pod uwagę jego kandydaturę do nagrody Nobla.
Mackiewicz z innych nieco powodów niż Szałamow nie istnieje w świadomości Europy, ale łączy ich jedno: zbyt bezpośrednio opisali swoje doświadczenie, które zarazem było doświadczeniem Kontynentu, jak i całego współczesnego świata. Obaj z wielkim talentem, wnikliwością i szczerością opisywali jedynie, jak dalece zdegenerowały się lewicowe sympatie Europy i jej skłonności. Ani jeden, ani drugi nie był przy tym fanatykiem. Szałamow obserwował to z wieży widokowej, gdzieś poza kołem podbiegunowym; Mackiewicz z wysokości Wilna, skąd widział jeszcze jeden element układanki ? zdradę, której dokonał cywilizowany świat.
Grzechem głównym Szałamowa mogło być w oczach Europy to, że przeżył piekło, jako osoba całkowicie wolna, w tym wolna od różnego rodzaju fobii (na przykład w przeciwieństwie do Sołżenicyna nie był rusofilem). Tej właśnie wolności wewnętrznej Europa mogła obawiać się najbardziej ? jak trędowaty lustra! Z kolei winą główną Mackiewicza (prócz wielkiego talentu) były poglądy, które przetrwały burze dziejowe i rozwinęły się. Trzeba pamiętać, że właśnie wierność poglądom od co najmniej stu lat nie jest w Europie cnotą ani wartością, lecz wyrazem reakcyjności; tak samo jak lojalność, poczucie honoru, dumy czy identyfikacja z tradycją.
Jak bardzo Europa wzdraga się przed pojęciami wierności czy ciągłości, na rzecz zaprzeczania sobie, dokonywania niekończących się wolt intelektualnych i autodestrukcji, niech świadczy historia Lwa Trockiego. Był bandytą i jednym z twórców rewolucji w Rosji. Stał się prorokiem i wizjonerem dopiero wówczas, gdy na miejsce rewolucyjnego uniformu, przywdział wdzianko "dysydenta" ? zaprzeczając niejako stworzonemu przez siebie dziełu. To nic, że jego dysydenctwo w niczym nie naruszało fundamentów rewolucji, której pozostał wierny po kres swych dni; że jego opozycyjność to głównie atak na osobę Stalina, nie z powodu jego zbrodni wobec ludzkości, ale dlatego, że Światełko Świata chciało po prostu Trockiego zabić, co zresztą uczyniło.
Trocki mógł stać się natchnieniem dla następnych pokoleń młodych ludzi, bo w czasach absurdu w ogóle czemuś zaprzeczył; a co było przedmiotem negacji i czy miała ona jakąkolwiek wartość ? to dla milionów ludzi nie stanowiło problemu.
Ten sznyt, że prawdziwym rewolucjonistą, zostaje się wyłącznie w wyniku zanegowania swoich wcześniejszych poglądów, na których trzeba dokonać autodestrukcji (zwykle pozorowanej), stał się normą w lewicowej obyczajowości i jako wyraz rewolucyjnej cnoty przetrwał do dziś.
Wydaje się wręcz, że kamieniami milowymi lewicowego myślenia Europejczyków są głównie osoby, które nie tyle cokolwiek rozwinęły, co dokonały gwałtu na sobie ? stając się dzięki temu mitem.
To są ogromne rzesze ludzi, którzy nadali kształt dzisiejszej Europie. Poczynając od samego Lenina, który ponoć przed śmiercią "zwątpił"; poprzez księcia Kropotkina (anarchokomunisty), który rzeczywiście dwa tygodnie przed oddaniem ostatniego tchnienia całkowicie zanegował sens swojego rewolucyjnego żywota (Zapiski z ostatnich dni); nie pomijając dyskutantów salonów paryskich z lat dwudziestych i trzydziestych (na których brylował rzeczony Trocki); jak i uczestników Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii, kiedy właśnie "otrzeźwienie" dało początek wielu lewicowym mitom ? uwiarygodniając jedynie ich nadszarpniętą przez stalinizm reputację.
(?)
Krzysztof Gulbinowicz

Wyświetlony 3916 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.