niedziela, 01 sierpień 2010 20:37

Sprawdzam!

Napisał

Podstawową umiejętnością, którą musi opanować namiętny kartacz, zwłaszcza grający w pokera, jest bluffowanie. W tej konkurencji nie wygrywają mocne karty, tylko mocne nerwy. Czasami nawet nie nerwy, tylko zwyczajny, poczciwy instynkt samozachowawczy. Na przykład mówi się, że na światowych giełdach obraca się sumami co najmniej dwukrotnie przewyższającymi wyrażoną w pieniądzu wartość bogactwa, jakie w ogóle znajduje się na ziemi. Przypomina to historię z Przygód dobrego wojaka Szwejka o starym Vejwodzie, który grał z przygodnymi kompanami w oko i ciągle wygrywał. W pewnym momencie partnerom Vejwody zabrakło gotówki i zaczęli wrzucać do banku rewersy na coraz to większe, wręcz astronomiczne sumy. Vejwoda wymknął się z szynku i sprowadził policję, która wszystkich aresztowała. Ponieważ zgodnie z prawem delatorowi przysługiwało 10 proc. wartości skonfiskowanego banku, Vejwoda z radości zwariował i od rana jeździł po Pradze, zamawiając na tuziny kasy ogniotrwałe. Gdyby jednak, niczym w pokerze, jakiś finansista powiedział: "sprawdzam", to z pewnością okazałoby się, że portfele największych światowych potentatów finansowych bardziej przypominają śmietniki, niż Sezam Ali Baby. Ponieważ przeczuwamy to nawet my, zwyczajni śmiertelnicy, to cóż dopiero sami gracze? Dlatego też żaden nigdy nie wypowie tego zaklęcia, które zachwiałoby fundamentami finansowych światów.

 

Ale umiejętność bluffowania musi opanować nie tylko namiętny karciarz czy giełdziarz. Jest ona również konieczna dla polityka, zwłaszcza w demokracji, gdzie co i rusz trzeba przelicytowywać konkurentów. Taka licytacja nasila się zwłaszcza podczas kampanii wyborczych, kiedy politycy szybko przekraczają granice realizmu, i zaczyna ona przypominać grę w oko z udziałem starego Vejwody. Na szczęście ludzie mają dobrą pamięć, ale krótką, a poza tym już wiedzą, że kampanie wyborcze nie są po to, by mówić prawdę, tylko po to, żeby było ładniej, dzięki czemu i demokracja może dynamicznie się rozwijać i politycy ? zachować reputację prawdomównych. Dlatego też niektóre karty mogą być licytowane wielokrotnie bez obawy posądzenia o fałszerstwo. Jedną a nich jest dekomunizacja.

Akurat kartę tę rzuciła na stół Liga Polskich Rodzin w postaci projektu stosownej ustawy. Komentatorzy twierdzą, że ponieważ PiS wielokrotnie odgrażał się, że na gruzach III RP zbuduje IV Rzeczpospolitą i w ogóle ? wrogów Polski będzie dusił gołymi rękoma, to nie wypada mu teraz powiedzieć "passe", tylko będzie musiał podjąć licytację z LPR-em. Czym się ona zakończy ? zobaczymy, bo LPR, walcząc o zachowanie wpływów, musi teraz udowadniać, iż PiS "odstępuje od programu". Nie jest to zadanie może specjalnie trudne, ale wymaga ciągłego podbijania stawki. A jak długo można w tej sprawie podbijać stawkę, nie popadając w groteskę? W takiej sytuacji nie od rzeczy będzie przypomnieć inicjatywę, jaką UPR podjęła w roku 1992, oczywiście bez najmniejszego powodzenia.
Chodzi naturalnie o dekomunizację, ale bez użycia tego słowa. W roku 1992 Sejm powołał nadzwyczajną komisję do opracowania ordynacji wyborczej. Koledzy posłowie z UPR poprosili mnie, żebym opracował projekt. Ponieważ w 1992 roku miałem 13 lat mniej, za to różnych złudzeń znacznie więcej, pomyślałem sobie, żeby nową ordynację połączyć z efektem dekomunizującym. Wydawało mi się bowiem, że wszyscy chcą dekomunizacji, ponieważ nieustannie o tym mówili i kokietowali tym zachwyconych wyborców. Taki byłem naiwny. Projekt ordynacji wyborczej przygotowałem tedy w postaci poprawek do projektu Unii Demokratycznej, bo ten właśnie był przez Sejm odesłany do komisji. Zasady ordynacji były następujące: wybory odbywają się w jednomandatowych okręgach w dwóch turach. Żeby uzyskać mandat już w pierwszej turze, trzeba by uzyskać bezwzględną większość głosów w okręgu. Uważałem, że ze względu na dużą liczbę kandydatów, większość mandatów nie zostanie obsadzona. W tej sytuacji następowałaby druga tura głosowania, w której w szranki stawaliby w każdym okręgu dwaj posiadacze największej liczby głosów, podczas gdy przegrani zachęcaliby swoich zwolenników do poparcia już to jednego, już to drugiego. Podobna ordynacja w podobnych okolicznościach we Francji skutecznie blokuje dostęp do Zgromadzenia Narodowego Frontowi Narodowemu Jana Marii Le Pena, chociaż uzyskuje on nawet i 16 proc. głosów. Po prostu między pierwszą a drugą turą partie establishmentu zawsze tworzą koalicję Wszyscy Przeciwko Frontowi Narodowemu, w rezultacie czego FN nie jest w stanie wprowadzić ani jednego deputowanego. Raz jeden, w okręgu Var w Prowansji kandydat FN, Jan Maria Le Chevallier, przedarł się przez wszystkie zapory i mandat uzyskał, ale wtedy Sąd Najwyższy unieważnił wybory w tym okręgu. Znaczy, że niezależnie od ordynacji, jest "zapisane w górze", iż FN ma nie wygrywać. Czy tu, czy tam, "demokracja ? demokracją, ale przecież ktoś musi tym kierować", nieprawdaż? Myślałem tedy, że identyczny efekt wystąpi i u nas, tyle, że w stosunku do SLD. Zatem ordynacja dawała szansę na dekomunizację bez użycia tego słowa i przy zachowaniu wszystkich "standardów", a w każdym razie ? francuskich.
Aliści okazało się, że komisja, w której przytłaczającą większość stanowili posłowie "solidarnościowi", propozycję tę natychmiast odrzuciła ze względu na to, że posłowie nie byli pewni, czy przy takiej ordynacji oni sami byliby wybrani. Zamiast tedy zaufać nieomylnej mądrości wyborców, woleli powierzyć swój los członkom ścisłych kierownictw partyjnych, wskutek czego narodziła się obowiązująca do dnia dzisiejszego ordynacja proporcjonalna, która Sojuszowi Lewicy Demokratycznej nie wyrządza najmniejszej przykrości. Ciekawe, że kiedy w ordynacji do samorządów terytorialnych zastosowano przy wyborze burmistrzów i prezydentów zasady proponowane ongiś przeze mnie w ordynacji do Sejmu, efekt dekomunizujący wystąpił w całej okazałości, dzięki czemu pan Jerzy Kropiwnicki został prezydentem Łodzi, w której rekordzistą wyborczym był zawsze Leszek Miller. Pokazuje to, że moja kalkulacja na dekomunizację była prawidłowa, a w takim razie można by wypróbować ją również dzisiaj. Krótko mówiąc ? sprawdzam, zarówno w tej sprawie, jak i w sprawie dewiz transferowanych przez PZPR w latach 1972-1990 na konta w bankach szwajcarskich, o których, podczas apogeum afery "Olina", na podstawie informacji uzyskanych od gen. Mariana Zacharskiego pisał tygodnik "Wprost". Przypominam, że po ukazaniu się tego artykułu prezydent Kwaśniewski zagroził, że jeszcze słowo, a zarządzi "lustrację totalną". Wtedy Jacek Kuroń i Karol Modzelewski napisali list, że "już się nie gniewajmy", niech tylko Oleksy poda się do dymisji i będzie sztama. Ale ani PiS, ani PO, ani LPR "lustracji totalnej" przecież się nie obawia, więc teraz chyba można będzie i trochę Polskę zdekomunizować i różne rzeczy poujawniać.
Stanisław Michalkiewicz

Wyświetlony 5222 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.