niedziela, 01 sierpień 2010 20:38

Rozważania ekumeniczne

Napisane przez

Bardzo często zastanawiam się nad tym, czym jest ekumenizm, dlatego że muszę przyznać, iż zupełnie nie potrafię zrozumieć tej młodej i, przynajmniej oficjalnie, dość prężnej dyscypliny. Jako że różne osoby, powołując się na autorytet Kościoła, mówią na temat ekumenizmu odmiennie, warto przyjrzeć się bliżej rozlicznym ekumenicznym postawom i poglądom, które pojawiają się dzisiaj bardzo często zarówno w Kościele, jak i poza nim.

Głosi się, że celem ekumenizmu jest przywrócenie jedności Kościołowi. Jeżeli celem ekumenizmu jest przywrócenie jedności, to znaczy, że jego zwolennicy uważają, iż tej jedności nie ma, że kiedyś była, ale później została utracona ? tak przynajmniej wynika z semantyki wyrazu "przywracać". Czy jednak rzeczywiście nie ma jedności w Kościele?

Kościół został założony przez Jezusa Chrystusa podczas Jego bytności na ziemi dwa tysiące lat temu. Swoim ziemskim namiestnikiem i widzialną głową Kościoła wyznaczył Zbawiciel św. Piotra. Obiecał też, że On sam będzie zawsze w Kościele jako jego niewidzialna Głowa, a także, że ześle Ducha Pocieszyciela, który również będzie obecny w Kościele. Kościół działa do dzisiaj i przez cały czas rozwijał swoją doktrynę. W historii Kościoła zdarzały się jednak spory dotyczące spraw dyscyplinarnych ? przede wszystkim posłuszeństwa Następcy św. Piotra ? oraz doktrynalnych. W wyniku tych sporów pewne grupy wiernych zwiedzione przez różnych ludzi, mających w sprawach wiary inne zdanie niż Kościół, odpadały od Kościoła. Tych, którzy odpadali w wyniku nieposłuszeństwa, ale ? przynajmniej początkowo ? zachowywali doktrynę, nazywano schizmatykami (np. wspólnoty prawosławne), tych zaś, którzy wymyślali swoją własną wiarę, nazywano heretykami (np. wspólnoty protestanckie).

W ciągu dwóch tysięcy lat powstało i znikło bez śladu bardzo wiele herezji i wspólnot heretyckich. Niektóre z nich istnieją jednak do dzisiaj. Natomiast Kościół Chrystusowy przetrwał przez cały ten okres i istnieje dalej jako Kościół katolicki. Taką wiarę wyznajemy mówiąc Et [credo in] unam, sanctam, catholicam et apostolicam Ecclesiam. Skoro tak jest, a na podstawie historycznych danych i współczesnej sytuacji trudno temu wszystkiemu zaprzeczyć, oznacza to, że wbrew temu, co usiłują nam wmówić zwolennicy ekumenizmu, Kościół nie jest rozdarty ani rozbity, tylko jest jednością, podobnie jak nikt nie twierdzi, że jeśli z rosnącego drzewa odpadają gałęzie, to przez to drzewo staje się rozdarte, nawet jeśli gałęzie nie uschną od razu albo wypuszczą nowe pędy. Przestają być one niewątpliwie częścią tego drzewa, ale nikt nie twierdzi, że samo drzewo utraciło jedność. Jeżeli jednak Kościół jest jednością i naprawdę nigdy tej jedności nie utracił, nie ma najmniejszej potrzeby jej przywracania. Ba, jest to nawet niemożliwe, gdyż nie można przywracać czegoś, co jest i co nigdy nie zostało utracone. Należy tylko, zgodnie z nakazem Jezusa Chrystusa, nawracać wszystkich, którzy są poza Kościołem, na prawdziwą wiarę. Trzeba też uznać, że naprawdę jedynym Kościołem w pełni chrześcijańskim jest Kościół katolicki. Pozostałe wspólnoty, denominacje, organizacje, które mówią o Chrystusie, a nie należą do Kościoła, w rzeczywistości nazywane są chrześcijańskimi wyłącznie ze względów historycznych, ponieważ oderwały się kiedyś od Kościoła w wyniku grzechu odstępstwa od wiary lub z grzechu nieposłuszeństwa, a najczęściej w wyniku jednego i drugiego, albo też powstały w wyniku rozłamu w jakiejś wspólnocie heretyckiej, albo wreszcie nawiązują w swoich naukach w jakiś sposób do chrześcijaństwa, przyjmując dowolnie wybraną część jego doktryny.

Zwolennicy ekumenizmu uważają jednak bardzo często, że Kościół katolicki jest tylko częścią chrześcijaństwa, jednym z jego elementów, jedną z tradycji, o czym zresztą część ekumenistów mówi całkiem jawnie. Jeżeli Kościół jest jedną z tradycji, to znaczy, że zrównujemy go z innymi tradycjami, czyli prawosławną i protestancką, bo te są wymieniane najczęściej obok tradycji katolickiej przez zwolenników takiego myślenia. Oznaczałoby to prawdopodobnie, że istnieje jakiś niewidzialny Kościół chrześcijański, w którym nie ma widzialnej jedności, a są różne równorzędne tradycje.

Rozpatrzmy, co wynika z przyjęcia któregoś z tych założeń. Jeżeli istnieje niewidzialny Kościół, w którym współistnieją różne tradycje, to co zrobić z istniejącymi między nimi różnicami? Istnieją przecież wyraźne różnice doktrynalne między protestanckimi denominacjami a Kościołem katolickim oraz pewne różnice między Kościołem katolickim a wspólnotami prawosławnymi, nie mówiąc już o różnicach między poszczególnymi denominacjami protestanckimi. Trzeba wiele wysiłku, aby twierdzić, że różnice te są właściwie nieistotne, i że są porównywalne do różnic w rodzinie, polegających na tym, że jeden jej członek lubi dżem wiśniowy, a drugi porzeczkowy. Jeżeli wszystkie tradycje chrześcijańskie są równoważne, powstaje pytanie, kto ma rację w kwestiach, w których pojawiają się rozbieżności. Można oczywiście przyjąć założenie, że w rzeczywistości wiara Kościoła i heretyków jest identyczna, tylko oni sami jeszcze o tym nie wiedzą, ale przypomina to trochę tezy stawiane przez Marksa i jego następców, że lud pragnie komunizmu, tylko nie zdaje sobie z tego jeszcze sprawy. Jeżeli, jak mówią ciągle piewcy ekumenizmu, należy zwracać przede wszystkim uwagę na podobieństwa między katolicyzmem, prawosławiem i ogólnie protestantyzmem, nie zaś na różnice, co zrobić z tak niewygodnymi w tym kontekście sprawami, jak rzeczywista i trwała obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii, ofiarny charakter Mszy świętej, niepokalane poczęcie Najświętszej Maryi Panny, wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, nieomylność papieża? Przypominam, że Kościół katolicki uznaje wymienione tezy za dogmaty, to znaczy, za prawdy wiary, w które wiara jest konieczna do zbawienia, natomiast protestanci mają na ten temat zupełnie inne zdanie, prawosławni zaś nie przyjęli, oczywiście, żadnego dogmatu ogłoszonego po schizmie. Jeżeli do lekceważenia katolickich prawd wiary zachęca heretyk lub schizmatyk, trudno się temu dziwić, gdyż po prostu wykonuje on swoją heretycką czy też schizmatycką robotę. Jeżeli jednak robi to katolik, zachęcając swoich współbraci do tego, żeby nie zwracali uwagi na prawdy wiary, których wyznawanie jest do zbawienia niezbędnie konieczne, to okazuje tym prawdom wiary poważne lekceważenie. W takim razie może spowodować, że któryś z jego braci zwątpi w jedną z tych prawd wiary i może nawet jego zbawienie będzie zagrożone. Jeżeli jeszcze katolik, będący zwolennikiem ekumenizmu, jest duchownym, to taka jego postawa jest bardzo gorsząca. Co byśmy powiedzieli o pracowniku firmy, który głosiłby wszem i wobec, że inne firmy są lepsze niż ta, która daje mu zatrudnienie albo polecałby ich produkty? A przecież w takim wypadku chodzi o rzecz o wiele bardziej błahą niż zbawienie wieczne.

Niektórym może się zdawać, że w sumie nieważne, w co kto wierzy, że nie jest to takie istotne, bo najważniejsze, żeby być szczerym z samym sobą i postępować dobrze. To jednak nieprawda. Przecież nie wierzymy w cokolwiek po to, żeby poprawić sobie samopoczucie. Wiara, którą wyznaje Kościół, jest opisem nadprzyrodzonej i przyrodzonej rzeczywistości. Naprawdę istnieje jeden Bóg w trzech osobach, przeistoczenie podczas Mszy świętej, niebo, piekło, czyściec, aniołowie, szatan i tak dalej, a Jezus Chrystus naprawdę żył na ziemi, umarł umęczony przez swój naród i zmartwychwstał. Nie są to umoralniające historyjki, tylko taka sama prawda, jak fakt, że 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę czy że Władysław Jagiełło był królem Polski. Tymczasem satanista albo ateista może być również szczery sam ze sobą, jeżeli zaś nie ma fundamentu określającego, co znaczy postępować „dobrze”, to właściwie nie wiadomo, co przez to rozumie. Niektórzy, broniąc aborcji i eutanazji, uważają, że postępują bardzo dobrze, ponieważ chcą pomóc ludziom, a jednak Kościół nie może się z nimi zgodzić. W rzeczywistości nie może być więc tak, że w jakiejś kwestii, która może być prawdziwa albo nie, rację ma równocześnie ten, kto mówi, że jest ona prawdziwa, i ten, kto mówi, że jest fałszywa. Nie może być tak, że prawdą jest, iż Maryja Dziewica była niepokalanie poczęta i równocześnie prawdą jest, że zaznała grzechu pierworodnego, podobnie jak Niemcy nie mogły równocześnie napaść i nie napaść Polski, a Władysław Jagiełło ? być jej królem i nim nie być. W każdym razie jest to sprzeczne z logiką i ze zdrowym rozsądkiem. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że Pan Bóg nie jest związany ludzkim zdrowym rozsądkiem i może nawet tworzyć takie dziwne sytuacje. Teoretycznie jest to, oczywiście, możliwe, ale przecież ludzką logikę i zdrowy rozsądek stworzył również Pan Bóg i to właśnie za ich pomocą pozwolił nam poznawać świat. Gdyby więc równocześnie podawał człowiekowi sprzeczne i mylące rzeczy do wierzenia, nie mógłby wymagać od człowieka ich prawidłowego rozpoznawania, czyli nie mógłby również wymagać od człowieka wiary ani moralnego postępowania. W takiej sytuacji trzeba by więc uznać, że grzech nie istnieje (co zresztą niektórzy katolicy już robią), ponieważ człowiek nie potrafiłby odróżnić grzechu od niegrzechu. Jeżeli więc chcemy w ogóle móc wyznawać jakąkolwiek religię i postępować według jej zasad, musimy przyjąć, że logika i zdrowy rozsądek są wystarczające do takich kombinacji myślowych, jakim się tutaj obecnie oddajemy. Oczywiście, teoretycznie jest również możliwe, że to Kościół katolicki zbłądził w pewnych kwestiach i teraz powinien się przyznać do popełnionych błędów, w tych zaś sprawach, w których zbłądził Kościół, rację mają wspólnoty heretyckie. Kościół głosi jednak również, że jest święty i że przed błędem zabezpiecza go asystencja Ducha Świętego. Jeżeli Kościół w jakiejś kwestii dogmatycznej popełnił błąd, to oznacza to, że albo asystencja Ducha Świętego jest nieskuteczna, albo że jej nie ma. Jeżeli jej nie ma, to znaczy, że Kościół nas okłamał (co oznacza, że nie jest święty), albo, co gorsza, że apostołów i nas wszystkich okłamał, obiecując tę obecność Ducha Świętego, Jezus Chrystus. Jeżeli zaś powiedział nieprawdę, to znaczy, że Bogu nie zawsze można wierzyć, bo mówi niekiedy nieprawdę, a słaby człowiek z pewnością nie będzie wiedział, kiedy Bóg mówi prawdę, a kiedy nie. Poza tym w jaki sposób Bóg może mówić nieprawdę, jeżeli sam jest Prawdą? Chociaż, jak twierdzili twórcy filmowi przedstawieni w Misiu, jest prawda czasu i prawda ekranu, ale to nie odnosi się do Boga, który jest Prawdą absolutną. Czy ktoś, kto sam jest Prawdą, może mówić nieprawdę? I w takim razie, jak odróżnić w jego wypowiedziach prawdę od nieprawdy? Jak ufać takiemu Bogu?

Wracając do poprzedniego punktu, jeżeli zaś Duch Święty jest w Kościele obecny, ale Jego asystencja jest niewystarczająca, żeby uchronić Kościół od błędu, to znowu należy się zastanowić, czy Duch Święty nie jest w stanie uchronić Kościoła od błędu, czy po prostu sam popełnia błędy. W pierwszym przypadku oznaczałoby to, że Duch Święty nie jest wszechmocny, w drugim ? że nie jest wszechwiedzący. W każdym przypadku wynikałoby z tego, że Bóg nie jest jednak doskonały, a skoro nie jest bytem doskonałym, prawdopodobnie nie jest też bytem wiekuistym, czyli, jak mi się wydaje, zgodnie ze Świętym Tomaszem z Akwinu, musi mieć początek, czyli musi pochodzić od innego, doskonalszego bytu, więc, jeżeli nie chcemy popaść w politeizm, trzeba by uznać, że nie jest w ogóle Bogiem, gdyż byłaby nim ta hipotetyczna, doskonalsza od Niego istota. Musiałoby więc wówczas paść pytanie, w kogo właściwie wierzymy? Jeżeli zatem asystencja Ducha Świętego chroni Kościół przed błędem, to błędu popełnić nie mógł. Jeżeli zaś Kościół popełniłby błąd, oznaczałoby to również, że może popełniać błędy, czyli że, być może, popełnił różne inne błędy i, być może, wciąż je popełnia, tylko nic w tej chwili o tym nie wiadomo. W takiej sytuacji wszyscy katolicy powinni uciekać w popłochu gdzie pieprz rośnie z Kościoła, który popełnia błędy, ponieważ nie ma gwarancji, że Kościół ten nie popełnia błędu, obiecując im życie wieczne i zbawienie, i każąc postępować w określony sposób w chwili obecnej. Nie wiem też, kto chciałby oddać życie za wiarę, o której prawdziwości nie jest do końca przekonany, skoro wielu ludzi nie chce oddać nic nawet za przekonania, o których słuszności są przekonani w stu procentach.

Jeżeli zaś Kościół ma rację i nie błądzi, a katolik po prostu nie może uważać inaczej w świetle tego, co napisałem powyżej, to błąd leży u założenia heretyckich i schizmatyckich wspólnot, które powstały w wyniku buntu przeciwko Kościołowi. W takiej sytuacji jedynym wyjściem dla członków tych wspólnot jest powrót do Kościoła. Nawrócenie jest tym, co Kościół proponował innowiercom przez wieki, i co proponuje również dzisiaj, chociaż od kilkudziesięciu lat wielu ludzi Kościoła zamiast nawracania proponuje dialog, i to nie z poszczególnymi członkami heretyckich wspólnot, którzy mogą tkwić w błędzie bez swojej winy (ponieważ w błędzie zostali wychowani i mogą nawet nie być świadomi, że jest to błąd), tylko z ich, bardziej przecież uświadomionymi w kwestiach wiary i historii własnej organizacji, przywódcami. O ile to proponowanie innowiercom dialogu zamiast nawrócenia nie jest wyłącznie manewrem taktycznym, mającym na celu omamienie przeciwnika rozluźniającą perspektywą, a potem działanie na rzecz jego nawrócenia, a niestety wszystko wskazuje na to, że nie jest to manewr taktyczny, taka zmiana jest zmianą śmiertelnie niebezpieczną. Dialog bowiem oznacza, że mamy do czynienia z równorzędnymi partnerami, którzy mają swoje racje. Dialog prowadzi generalnie do kompromisu, czyli ustąpienia każdej ze stron w pewnych kwestiach i uzyskania w zamian ustępstw drugiej strony. Jeżeli wiara katolicka jest wolna od błędów (a takie założenie musimy przyjąć, jeżeli ma sens nasze pozostawanie w Kościele), różne wspólnoty heretyckie zaś błądzą, dialog z nimi jest pozbawiony wszelkiego sensu. Drugi Sobór Watykański stwierdził, że w herezjach są odblaski Prawdy. Wszystko to się zgadza, ale jest również faktem nigdy przez nikogo niepodważanym, że każda herezja i niemal każda religia naturalna zawiera różne elementy prawdy, ponieważ każda herezja jest zbudowana na zaprzeczeniu pewnej części Prawdy katolickiej, przez co jednak staje się sprzeczna z całą tą Prawdą. Natomiast każda religia naturalna zawiera jakieś elementy prawdy, ponieważ jest wynikiem działania rozumu, który pewne elementy Prawdy odgaduje na podstawie dostępnych mu jej oznak. Nawet satanizm zawiera elementy prawdy, ponieważ głosi istnienie Szatana, co rzeczywiście jest prawdą. Czy jakiś kucharz prowadziłby jednak dialog z człowiekiem, który sądziłby, że ciasto na naleśniki robi się z jajek, a nie uznawałby mąki lub mleka? Po prostu wyprowadziłby tego człowieka z błędu, podając mu wszystkie składniki ciasta, Musiałby mu natomiast przyznać słuszność co do jajek, chociaż z samych jajek ciasta naleśnikowego zrobić się nie da. Podobnie nie prowadzimy dialogu z przyjacielem proponującym pójście do celu niewłaściwą drogą, prowadzącą w zupełnie innym kierunku, jeśli znamy tę właściwą drogę, gdyż uważamy, że byłoby to bez sensu. Uświadamiamy przyjacielowi, jaka droga jest właściwa i tą właśnie drogą zmierzamy do celu.

Jedyną szansą dla członków heretyckich i schizmatyckich wspólnot chrześcijańskich jest więc nawrócenie na katolicyzm, natomiast dialog z takimi wspólnotami nie ma sensu, ponieważ w ten sposób legitymizuje się je i nadaje im rangę równą Kościołowi katolickiemu, chociaż w rzeczywistości takiej rangi nie mają i mieć nie mogą. Skoro wspólnoty heretyckie głoszą błędne nauki, wierni Kościoła nie mogą z takich nauk wynieść żadnego pożytku, a przeciwnie ? podczas dialogu mogą zostać narażeni na zgorszenie i osłabienie czy nawet utratę wiary w wyniku zapoznawania się z kłamliwymi tezami heretyków czy schizmatyków podkopującymi Prawdę. Tak samo informując człowieka o niewłaściwej drodze można zasiać w nim ziarenko wątpliwości, czy droga, którą on zna, jest właściwa, a przynajmniej czy jest jedyna.

Podstawową kwestią, która wyłania się przy ekumenizmie, jest bowiem stosunek do Prawdy. Otóż człowiek jest istotą racjonalną i wykonując jakieś czynności, musi być przekonany o ich sensie. Może wiedzieć o tym, że mają sens, albo w to wierzyć, gdyż w rzeczywistości wiedza i wiara są to dwa różne i komplementarne sposoby poznania. Chodzę na Mszę świętą, modlę się, pragnę uświęcić moje małżeństwo, nie stosuję antykoncepcji, nie kradnę w supermarkecie, bo jestem przekonany, że istnieje Bóg, który przedstawił mi takie zasady. Inną kwestią jest pytanie, czy robię to z miłości do Boga, czy ze strachu przed wiecznym potępieniem, jednakże motywacja nie zmienia faktu, że jestem przekonany o istnieniu Boga i o tym, że od niego pochodzą zasady, których przestrzegam. Gdybym wierzył w Allacha, kupiłbym dywanik modlitewny, modlił się pięć razy dziennie i chodził w piątek do meczetu. Gdybym zaś wierzył, że spluwanie za lewe ramię, unikanie czarnych kotów i liczby "13" zapewnią mi szczęście, starałbym się spluwać i unikać.

 

(?)

Bronisław Jakubowski

Wyświetlony 6345 razy

Najnowsze od Bartosz Jakubowski

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.