wtorek, 03 sierpień 2010 08:02

Czy Europa nie lubi Ewangelii?

Napisane przez

Przejmujący tekst Krzysztofa Gulbinowicza Dlaczego Europa nie lubi Ewangelii? ("Opcja" nr 9/45) z pewnością zasługuje na polemikę. Odchodzenie od chrześcijaństwa w Europie rzeczywiście postępuje, tak jak faktem stało się zignorowanie tradycji chrześcijańskiej w pierwszej wspólnej europejskiej konstytucji. Problem z tym, czy autor się nie myli, uważając akurat humanizm za punkt wyjścia dechrystianizacji i ekstremalnych zbrodni XX wieku, które słusznie wprowadza do tożsamości dzisiejszej Europy.

 

Ale czy Ewangelia to aby synonim chrześcijaństwa? Właśnie o tym chcę podyskutować. Zacznę od incydentu w szczególnym sanktuarium, paryskiej Notre Dame de la Medaille Miraculeuse przy rue du Bac, gdzie msza odbywa się tylko raz dziennie, bo w tym miejscu wszystkie modlitwy od objawienia świętej Katarzyny Labouree są wysłuchane (całe ściany, także na podwórzu, wyłożono już dziękczynnymi tablicami). Koncelebrowało mszę trzech księży. Dwaj starsi słuchali kazania, to zaś wygłaszał młody, najwyraźniej nowocześnie myślący. No i raptem powiada: ewangeliczne cuda, których dokonał Chrystus, to w gruncie rzeczy metafory. Na to zerwał się jeden z księży, baskijski góral z Pirenejów, doktor literatury przy okazji, i spontanicznie wrzasnął: Ce n'est pas les metaphores, ce sont les miracles! Lecz ten kościół nawykł do dziwów, ludzie nie byli przesadnie oburzeni. Powtórzę, większość ich przyszła właśnie po to, aby wymodlić jakiś cud. Uzdrowienie, miłość, może lepsze stosunki w domu?

W takim kontekście uwagi autora o "rozmyciu" postaw i pojęć, nawet jaśniej uzmysławiają, że zjawisko nie ogranicza się do samego tylko laikatu. Chrześcijaństwo pojmowane jako całokształt bardzo różnych prób rozumienia i urzeczywistniania Ewangelii, a także jako całokształt zjawisk wyrosłych na gruncie tych dwutysiącletnich usiłowań, wciąż spiera się o to, co jest w nim autentyczną tradycją Ewangelii. Gdyby moralność w sposób jednoznaczny kojarzyła się nam z sutanną lub rygorystycznym dopełnianiem praktyk religijnych, linie podziałów byłyby o wiele bardziej czytelne. Na domiar tego Ewangelie w chrześcijańskiej tradycji od razu prawie uzupełnione zostały przez Listy oraz Dzieje Apostolskie, tam zaś wielokroć mowa o łasce jako warunku zbawienia, w jakimś (jakim?!) przeciwstawieniu do uczynków. Stąd wysiłki przywrócenia ewangeliczności, które w wielu wypadkach są przesuwaniem centrum uwagi z instytucji oraz rytów sakralnych na osobę Jezusa Chrystusa. Bo czy Jezus kogokolwiek chrzcił albo wymagał chrztu, traktował bezkrytycznie kler swej epoki, uczestniczył w zbiorowych obrzędach?
W gruncie rzeczy Ewangelie uświadamiają, że szatan i kuszenie pojawiły się w życiu Jezusa tylko raz, a mianowicie pod koniec jego praktyk ascetycznych. Po ich zakończeniu Jezus zebrał pierwszych uczniów i udał się do Kany na wesele, gdzie przymnożył doskonałego wina. Więcej nie ponawiał ascezy. Tylekroć pytany o jakieś konkretne przykazania, wymienił dwa: miłości. Lecz nie budował żadnych struktur, kurii, administracji diecezjalnych. Nic nie wskazuje na to, by składał dary Świątyni czy miejscom modlitw. Nie da się też na gruncie samych Ewangelii ? a więc Jego własnego przykładu ? udowodnić tezy, aby przywiązywał większą wagę do ortodoksji, której wkrótce św. Paweł poświęci tyle miejsca.
Czy humanizm jest sprzeczny z Ewangelią? Osobiście w to wątpię. Humanizm, pojmowany jako prąd, faktycznie podważył niektóre chrześcijańskie przeświadczenia i oczywiście był nową jakością w średniowiecznej kulturze, tę jednak bardzo pochopnie byłoby określać jako wtedy ewangeliczną, tak z powodu zadziwiających synkretyzmów chrześcijańsko-pogańskich, jak upolitycznionej przemocy struktur formalnie religijnych. Prądy humanistyczne ? bo trafniej by mówić o nich w liczbie mnogiej ? pojawiają się już u św. Tomasza, z jego przywołaniem myśli arystotelejskiej i racjonalistycznym paradygmatem w teologii (na procesie kanonizacyjnym Tomasza papież miał uderzyć w stół, zniecierpliwiony zarzutem braku cudów: Tyle cudów dokonał, ile kwestii rozwiązał!
"Rozmycia" przedstawią się nam znacznie klarowniej, gdy zrozumiemy, że samo chrześcijaństwo było już swoistym odrodzeniem, a mianowicie języka greckiego, w jakim powstawała synoptyczna część Nowego Testamentu. W I wieku n.e. Grecja była już tylko prowincją Rzymu, a nie tyglem kulturowym, jak w czasach np. Peryklesa. I oto jej od tysiącleci kształtowany język odżył, nadając treść przekazowi Chrystusa, z samym tym nawet paradoksalnym imieniem, znaczącym Plama, czyli Ślad albo Znak. Autor eseju jest z pewnością świadomy wagi, jaką dla myśli ma język, na domiar język uformowany w zupełnie innym duchowym klimacie. A chodzi o hasła takie jak: teologia, eucharystia, mistycyzm, monizm, ekstaza, chrzest, Boża Matka ? Teotokos, anioł, diabeł, ecclesia, katolickość. O odrzucenie ikonoklazmu. O przezwyciężenie kategorii wybranego narodu też.
To, co uniwersalne i żywe w humanizmie jako postawie i kulturze duchowej, płynie poniekąd właśnie z greki. Inna rzecz, że antropocentryzm, o którym tak słusznie Gulbinowicz pisze, nadający człowiekowi nienaturalną rangę, grecki nie jest, a hebrajski. W świecie greckim, jak w kielichu pełnym sacrum, rzecz każda ? człowiek też ? miała swoje miejsce w kosmosie. Lecz daleko po bogach. Człowiek staje w centrum uwagi dopiero na kartach Starego Testamentu, gdzie nie ma np. świętych zwierząt, drzew, żywiołów, "boskich" rzemiosł i sztuk, i gdzie już w pierwszych akapitach Genesis otrzymuje on nakaz, aby czynił sobie ziemię poddaną. Dla Greka ziemia jest matką, boginią, Panią, ale w żadnym wypadku nie "poddaną", sługą, niewolnicą itd.
Pycha ludzka ? wiodąca do wykluczenia ze świata wszystkiego, co nie pasuje akurat człowiekowi ? szuka sobie ideologicznych podstaw na długo już przed renesansem. Przez całe wieki właśnie Biblia i nauki kościelne dostarczały jej argumentów, czyniąc z człowieka koronę stworzenia, byt zdolny do bogobójstwa lub jedyny w Kosmosie obdarzony duszą i mogący mieć nadzieję na zbawienie; wyłomem w kulturze chrześcijańskiej był tylko franciszkanizm, gdzie doszło do częściowego zawieszenia antropocentryzmu. Jak się zdaje, cywilizacja konsumpcyjna naszej doby, pożerająca środowisko i odbierająca manipulowanej jednostce prawo wyboru (gr. hereis, od jakiego utworzono pojęcie herezji), jest nie tyle efektem kulturowej ewolucji, co raczej swoistą patologią w zestawieniu z pozachrześcijańskimi, tak długo pogardzanymi, "zacofanymi" postawami. Jej rozwój zresztą, dowodzący "wyższości" chrześcijan sam przez się, przyczynił się niemało do powstania politycznego darwinizmu, od praktyk kolonialnych i nazistowskich po komunistyczne oraz ? choć funkcjonującą już inaczej ? dzisiejszą dyktaturę bycia trendy.
Lecz czy chodzi tu o praktyki, jak często się mówi ? nieludzkie? Skoro autor przywołał maksymę Terencjusza ? nic co ludzkie nie jest mi obce ? dodam jedno: w moim przeświadczeniu jest ona najgłębiej Chrystusowa i dopatrywanie się w niej pochwały permisywizmu lub obojętności moralnej jest pochopne. To raczej odmawianie człowieczeństwu zakresów potencjalnie zbrodniczych i niszczycielskich, w tym autodestrukcyjnych, wypływające z przyjęcia a priori jego wyższości nad światem, wręcz moralnej doskonałości, powoduje to notoryczne zdumienie, gdy stykamy się z rzeczywistością. W sentencji mowa o alienacji, odgrodzeniu. Albo o jego przeciwieństwie ? dojrzałej samoświadomości wszystkich dobrych i złych potencjałów. Bez niej trudno postawić trafną diagnozę. I... wybierać.
Co się tyczy Chrystusa, niewątpliwie doświadcza on pokus, i to aż trzech. W dyskusji nad Ostatnim kuszeniem Scorcese'a Ernest Skalski pisał w nowojorskim "Nowym Dzienniku", że odmawiając postaci Chrystusa pewnych pokus, rezygnujemy w istocie z rozwiązywania analogicznych problemów na własny użytek, ponieważ ignorujemy Jego wzorzec. Pokusa nie jest grzechem. Pokusa to samowiedza, choć bywa przeżyciem dramatycznym, peszącym, znienawidzonym. Czy można kochać siebie zarazem siebie nienawidząc? Lub nie znając? Lub bagatelizując? Jeśli tak, to miłość do bliźniego będzie także wybiórcza, zdawkowa, gniewna, relatywna. Jeśli tak, to miłość Boga do człowieka nie mieści się w głowie.
Współczesna Europa odrzuciła "chrześcijańską" preambułę nie z awersji do Ewangelii, ale z tego powodu, że w perspektywie geostrategicznej staje się ona mega-państwem, które albo przyjmie Turcję ? albo skaże ją na bycie swoistym przedmurzem demokracji, atakowanym z południa i wschodu przez islamskich fundamentalistów, a z północy przez Rosję, która od przeszło dwustu lat chce narzucić tam swoje wpływy, tak jak zresztą stawiała to wprost wobec sojuszników obu wojen XX wieku: na południe od Batumi i od Baku. Starania NATO-wskiej Turcji o wejście do UE podjęto bardzo dawno, jeszcze w czasach, gdy większość Polaków nie wyobrażała sobie w ogóle nic poza złagodzoną jakąś wersją PRL. Dziś stajemy wobec logicznych konsekwencji stworzenia solidarnego bloku państw przeciwstawiających się Sowietom. Rosja Putina coraz energiczniej wraca do koncepcji imperialnych, demontaż sowieckiego imperium uważa za "największą tragedię" minionego stulecia. Myślę, że jej dyplomaci oraz pracownicy innych służb są wdzięczni Europejczykom za obecne fobie wobec muzułmanów, tak jak cieszą się z kontestowania Ameryki, którą Moskwa stara się definitywnie wyprzeć z zachodniego skrawka Eurazji. Scalona z Europą Turcja, położona blisko zdestabilizowanych postsowieckich terytoriów oraz spornych, takich jak Iran (przecież była już radziecka republika Kurdystanu), to także lepsza odskocznia dla europejskich orientacji Ukrainy. Ja osobiście wolę wartości chrześcijańskie realizowane swobodnie w życiu, któremu żadna Rosja nie zagraża, niż na papierze konstytucji wadliwie zbudowanego systemu gospodarczo-obronnego. A więc wartości, z którymi potem trzeba iść na życiowy kompromis, aby nie narażać nikogo na męczeństwo.
Mam też wrażenie, że wartości ewangeliczne, sterujące motywacjami, a nie tylko samymi praktykami w ich zewnętrznej postaci, tkwią naprawdę głęboko w Europie. Jej Kościoły: prawosławne, protestanckie, katolickie mogą czerpać z nich nowe życie. Pytanie, czy tego chcą, czy też raczej są już bez reszty "syte duchem"? Laicyzująca się Europa szuka jednak coraz to nowych formuł ewangelicznych idei, szuka też ich archetypalnych odpowiedniości w innych niszach kulturowych, wychodząc z założenia, że trudno pogodzić Boże ojcostwo z wadliwością objawień udzielanych poszczególnym kulturom. To, że w Polsce nie podejmuje się od dawna zagadnień z zakresu fenomenologii religii, że solidaryzm społeczny mamy w zastoju i nie stworzyliśmy głębszych tradycji teologicznych, powoduje, że aktualna postać chrześcijaństwa (Kościoła?) wydaje nam się bądź nieruchomym monolitem, bądź strukturą na krawędzi rozpadu. Ja osobiście wątpię, aby człowiek był w mocy usunąć lub choćby tylko ignorować słowo Boże. Krzysztof Gulbinowicz, ze swoją moralną wrażliwością mógłby mieć więcej zaufania do cnoty nadziei, a nie tylko wiary.
Urszula M. Benka

Wyświetlony 4453 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.