niedziela, 29 sierpień 2010 06:37

Rosja jak "dzika Bela"

Napisane przez

Wydaje się, że o rosyjskiej polityce zagranicznej napisano już chyba wszystko, co można było napisać, powiedziano wszystko, co można było powiedzieć. Ale czy przez to Rosja jest bardziej oczywista? Czy udało nam się ją oswoić? Cóż - może gdzieś niedaleko są ludzie, którzy tak myślą. Są jednak w błędzie. Rosji nie można oswoić ani nie można się jej nauczyć na pamięć. Można ją tylko uważnie obserwować, wyciągać wnioski i stale je weryfikować. Nauka o Rosji nie ma końca i trzeba się z tą myślą pogodzić. Co dziś jest aktualne, jutro wypłowieje i zda się tylko na maleńką cząstkę ilustracji do niewyobrażalnie wielkiej historycznej mozaiki, w której jedno z pierwszoplanowych miejsc zajmuje ojczyzna Puszkina i Rasputina, Stalina i Sołżenicyna – niepokorna, uduchowiona i dzika zarazem, zupełnie jak Bela z powieści Lermontowa Bohater naszych czasów.

 

Stara-nowa taktyka

Rosjanie, jak daleko sięgnąć pamięcią, zawsze budowali swoją politykę zagraniczną na pewnych niezmiennych założeniach, których umiejętne wykorzystanie w sprzyjających warunkach geopolitycznych gwarantowało niemal pewny sukces.
Na przestrzeni ostatnich kilku lat doprowadzono do normalizacji, a nawet ocieplenia dwustronnych stosunków Moskwa-Waszyngton. Rosyjscy dyplomaci, korzystając z rozłamu w relacjach USA-Europa, umiejętnie wślizgnęli się w szczelinę powstałą wokół konfliktu irackiego. Dzięki temu posunięciu uaktywnili proces zbliżenia ze Stanami Zjednoczonymi. Z rozmysłem ? aczkolwiek przy założeniu tymczasowości ? przyjęli status młodszego partnera w globalnej grze. Poprawie uległy także stosunki Rosja-Europa, czego najjaskrawszym przykładem jest sprawa rurociągu bałtyckiego. Dla rosyjskich dyplomatów doraźnie najważniejsze są względy związane z rosyjską dominacją w Europie. Ale w dłuższej perspektywie wszystko podporządkowują grze o ustalenie pierwszoplanowego miejsca Rosji na świecie.
Pierwszy zabieg widocznie wzmocnił międzynarodową pozycję Rosji, drugi rozszerzył pole manewru jej polityki zagranicznej. Łącznie oba posunięcia powodują, że Rosja może wejść w spór z Europą, nie narażając na szwank swoich stosunków z Ameryką i na odwrót.
W tej sytuacji ? biorąc pod uwagę zwłaszcza drugi biegun posunięć rosyjskiej polityki zagranicznej ? trudno pominąć pewne bezprecedensowe wydarzenie, które ostatnio zaniepokoiło światową opinię publiczną. Mam tu na myśli wspólne rosyjsko-chińskie manewry wojskowe pod kryptonimem "Misja Pokojowa 2005". Ćwiczenia miały wyraźny antyamerykański i antyjapoński wydźwięk, ale ich znaczenie można odczytywać raczej w kategoriach osobliwej symboliki dyplomatycznych działań.
Wielu obserwatorów zastanawia się, czy rosyjsko-chiński sojusz wytrzyma próbę czasu. Wydaje się jednak, że raczej nie. Choć Chińczycy nie ukrywają, że zależy im na tym, by reszta świata, a zwłaszcza najbardziej zainteresowani sprawą Tajwańczycy odczytali fakt zbliżenia Moskwa-Pekin jako wyraźną akceptację władz rosyjskich w stosunku do chińskich pretensji kierowanych pod adresem Tajwanu. Natomiast Moskwa, nie mogąc pogodzić się z faktem, że Rosja nie jest już supermocarstwem, gorączkowo poszukuje możliwości stworzenia przeciwwagi dla wciąż umacniającej się hegemonii USA na świecie.
Prezydent Putin niejednokrotnie dawał do zrozumienia, że Rosja nigdy nie pogodzi się z "jednobiegunowym modelem świata". Po fali demokratycznych przemian w Gruzji i na Ukrainie w Moskwie coraz częściej mówi się o stworzeniu drugiego bieguna przez Rosję, Chiny oraz Indie. Wszakże biorąc pod uwagę jednostkowe interesy państw, które mogłyby w przyszłości stworzyć skuteczną koalicję blokującą dominację USA, plany rosyjskiego prezydenta muszą pozostać w sferze niespełnionych życzeń, odkładanych co rusz na jutro. Zarówno bowiem dla Chin, Indii, jak i dla Rosji w dłuższej perspektywie stosunki z USA są ważniejsze niż doraźne alianse podyktowane polityczną potrzebą chwili. Innymi słowy, jeśli u któregoś z wymienionych pretendentów do objęcia uprzywilejowanej pozycji w światowej rozgrywce następuje negatywna zmiana kursu w stosunku do USA, szuka on możliwości zbliżenia się do dwu pozostałych. W każdym wypadku ma to znaczenie jedynie demonstracyjne, tak jak przy okazji manewrów "Misja Pokojowa 2005".


Nie rzucim ziemi...
Zresztą Władimir Putin ma teraz inne zmartwienia. Ukraina ? rosyjska brama na zachód ? wypadła z orbity wpływów Moskwy. Był to dotkliwy cios wymierzony w żywotne interesy Rosji, tym bardziej bolesny, że zadany przy niemałym udziale niekochanych na wschodzie Polaków. A przecież nie tak dawno wszystko przedstawiało się zgoła inaczej. W 2001 roku mer Moskwy Jurij Łużkow podczas wizyty w krymskim parlamencie mówił: Krym to szczególna część Rosji. Słowa mera nie były przypadkowe i nie mogło być mowy o żadnej pomyłce, zresztą sami zainteresowani, tj. zdominowane przez prorosyjskich komunistów zgromadzenie nie dość, że nie usiłowało poprawiać oczywistego przekłamania, to jeszcze nagrodziło Łużkowa oklaskami. Właściwie nie tylko na podstawie słów, ale przede wszystkim działań można odnieść wrażenie, że moskiewska wierchuszka wciąż uważa za rosyjskie nie dość, że sam Krym, to i całą Ukrainę. Dotkliwa porażka rosyjskiej polityki wobec Ukrainy będzie miała swoje negatywne konsekwencje. Trzeba pamiętać, że Rosjanie nie wybaczają tak łatwo tym, których obwiniają za swoje porażki. A że tych i owych obwinili, nie ulega watpliwości. Jak wiadomo, "klucz do kijowskich złotych wrót" leży w ręku tuzów rosyjskiej gospodarki. Do niedawna Rosja była najważniejszym partnerem handlowym Ukrainy. Jeszcze w zeszłym roku około 40% ukraińskich obrotów gospodarczych przypadało na handel z Rosją. Putin przez kilka ostatnich lat nieugięcie realizował strategiczny plan gospodarczego podporządkowania sobie Ukrainy. Pod wieloma względami Rosjanie wciąż trzymają w ręku wiele asów. Do tego dochodzi dwunastomilionowa mniejszość rosyjska, którą Moskwa wciąż szantażuje Kijów. Tak w ogóle od "ukraińskiej awantury" ? jak zwykli mawiać Rosjanie ? w Moskwie coraz częściej i coraz głośniej mówi się o 25 milionach rodaków rozsianych po niemal wszystkich byłych republikach związkowych. Im cięższy jest los tych ludzi, tym lepiej dla Kremla, który nie spieszy się z udzieleniem jakiejkolwiek pomocy. Putin tam, gdzie może, gra losem byłych "ludzi radzieckich" z cynizmem osieroconych przez Rosję. Jak zawsze w Rosji, tak i dziś prosty człowiek stał się narzędziem w ręku władzy bezwzględnie realizującej doraźną linię polityczną państwa.
Po upadku Związku Radzieckiego zderzenie z nową rzeczywistością bywa dla Rosjan bardzo bolesne. Przez długie lata we wszystkich republikach związku radzieckiego stanowili grupę uprzywilejowaną. Dziś w starej ojczyźnie stają się pariasami. Leninowski internacjonalizm był fikcją ? rosyjska kultura dominowała, rosyjski był językiem władzy w całym ZSRR. Pod przykrywką równości dokonywała się rusyfikacja. Po upadku ZSRR nagle okazało się, że nie ma ludzi radzieckich, ale są Rosjanie, Ukraińcy czy Kazachowie. Byłe republiki przekształciły się w samodzielne państwa, ale żyją w nich miliony Rosjan, którzy z dnia na dzień stali się gośćmi, chociaż tutaj się urodzili czy mieszkali przez kilkadziesiąt lat. [...] Po odzyskaniu niepodległości w wielu byłych republikach radzieckich Rosjanie zaczęli mieć kłopoty ze znalezieniem atrakcyjnej pracy, likwidowane były rosyjskie szkoły i przedszkola. Rektorami czy dyrektorami przedsiębiorstw z dnia na dzień zostawali przedstawiciele ludności miejscowej, a Rosjanie bez względu na kwalifikacje byli wyrzucani na bruk. [...] W dawnych republikach radzieckich żyje około 25 mln Rosjan. Nie są już u siebie, ale nie mają za co i dokąd wrócić. [...] W czasach Jelcyna temat rosyjskiej diaspory prawie wcale się nie pojawiał w moskiewskiej polityce zagranicznej. Oprócz pisania oświadczeń i not protestacyjnych władze nie robiły niemal niczego dla swoich pobratymców (Republika odrzuconych, "Wprost" nr 44, 4 listopada 2001, s 104). Jednakże w wyniku wydarzeń w Gruzji i na Ukrainie sytuacja zmieniła się diametralnie, ludność pochodzenia rosyjskiego z dnia na dzień stała się kartą przetargową w polityce zagranicznej Moskwy. W Gruzji odsetek mniejszości rosyjskiej to około 5,5% ogólnej liczby obywateli, a na Ukrainie 22,1%. I zwłaszcza w drugim przypadku obywatele pochodzenia rosyjskiego mieli do odegrania bardzo istotną rolę. To za ich sprawą podczas pamiętnej "Pomarańczowej rewolucji" na Ukrainie mogło dojść do bardzo niebezpiecznego rozłamu, a nawet secesji wschodnich obwodów, w większości zamieszkanych przez ludność rosyjskojęzyczną. Na to liczył urzędujący premier i kandydat na prezydencki fotel Wiktor Janukowycz, choć w zasadzie oficjalnie nie poparł pomysłu przeprowadzenia referendum w sprawie autonomii. Wziął jednak udział w zjeździe zwolenników utworzenia autonomii, który obradował we wschodnioukraińskim Siewierodoniecku, a którego delegaci zdecydowanie opowiedzieli się za jego kandydaturą. Gościem zjazdu był także wspomniany już wcześniej mer Moskwy Jurij Łużkow. I tym razem jego obecność nie była przypadkowa, sprawa wyborów na Ukrainie pochłaniała cała uwagę Kremla. Prezydent Putin otwarcie opowiedział się za kandydaturą promoskiewskiego Janukowycza. Rosjanie nie ukrywali swojego zainteresowania sprawami Ukrainy, więcej nawet, wzięli aktywny udział w kampanii, a ich główną kartą przetargową stała się rosyjska mniejszość etniczna. Aktywizowano także rosyjskich Ukraińców, którzy zgodnie z ukraińską ordynacją wyborczą mieli prawo do udziału w wyborach. Jak pokazały następne miesiące, mieszając się w wewnętrzne sprawy Ukrainy, Rosjanie popełnili błąd, który kosztował ich bardzo wiele. Dzisiaj Ukraina bardziej niż kiedykolwiek jest częścią Europy, a słowa nie tak dawno wypowiedziane przez Jurija Łużkowa utraciły swój ciężar i stały się pusto brzmiącym frazesem z historii, o której na Ukrainie już nikt nie chce pamiętać. Poza tym pokojowa rewolucja na Ukrainie przyniosła nam w podarunku jeszcze taką świadomość, że świat można zmienić ? wystarczy tylko chcieć i mieć dość samozaparcia, aby te zmiany na lepsze wprowadzać w życie.
Pod wpływem wydarzeń na Ukrainie Sergiusz Sachno napisał w tygodniku "Wprost": Ukraińcy zmienili nie tylko swój kraj. Tysiące Polaków przypinając sobie w geście solidarności pomarańczowe wstążki, uczestnicząc w dziesiątkach demonstracji pokazało, że nie interesuje ich tylko czubek własnego nosa. Pomarańczowa rewolucja jak nigdy dotąd zjednoczyła polskich polityków. Uchwałę w sprawie wyborów na Ukrainie oraz apel do tamtejszego parlamentu Sejm przyjął bez głosowania, przez aklamację. Podczas warszawskiej demonstracji poparcia dla ukraińskiej opozycji stali na tej samej trybunie i przemawiali tym samym głosem zwalczający się nawzajem liderzy lewicy i prawicy (S. Sachno, Szcze ne wmerła Ukrajina, "Wprost", 7 grudnia 2004).
(?)
Marcin Małek

Wyświetlony 4967 razy

Najnowsze od Marcin Małek

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.