niedziela, 29 sierpień 2010 08:12

List czytelnika

Napisane przez

Jestem przerażony i zarazem zasmucony tekstem p. Tomasza Teluka pt Wojna o patenty, z którym (fragmenty) zapoznałem się na waszej witrynie internetowej. Nie dziwiłbym się gdyby tekst ukazał się w lewicowej "Polityce", ale w czasopiśmie o jawnie określonej linii prawicowej? Artykuł ten poruszył mnie dlatego, że ruch Open Source jest w swej najgłębszej istocie niemal sterylnie liberalny (w dobrym rozumieniu tego słowa, co w wymiarze ekonomicznym oznacza austriacką szkołę von Misesa).
Niestety w ww. artykule silne emocje przeważają nad merytoryczną rzetelnością. Podeptanie czegoś tak pięknego i szlachetnego (wrzucenie do jednego gara z ruchami roszczeniowymi, z którymi nie ma absolutnie nic wspólnego) jak Open Source może wynikać jedynie z braku wystarczającej wiedzy na temat tego ruchu i idei jaka mu przyświeca.


Odnosząc się do wybranych tez artykułu w skrócie:
Fakty:
1. Nieprawdą jest, że Open Source jest ruchem negującym prawa autorskie. Wręcz przeciwnie: Open Source chroni prawa autorskie. Wszystkie produkty Open Source są licencjonowane, chroniąc prawa autorskie! Autor artykułu najwyraźniej myli produkty Open Source z tzw. freeware (co jest dość powszechnym kardynalnym błędem) oraz utożsamia prawa autorskie z prawami majątkowymi (co może być błędem albo zabiegiem celowym). Najbardziej znaną i najpowszechniej stosowaną licencją programową należącą do rodziny Open Source jest GNU GPL (www.gnu.org) opracowana przez Richarda Stallmana, ojca idei Open Source. Przesłanie (dość zawiłej w sformułowaniach) licencji GNU GPL jest w uproszczonym skrócie następujące: możesz korzystać przy tworzeniu własnego produktu z dowolnych (wszystkich) produktów objętych licencją GNU GPL, pod warunkiem, że twój produkt również będzie objęty licencją GNU GPL.
Licencją GNU GPL objęte jest jądro systemu Linux i większość aplikacji użytkowych przygotowanych dla tego systemu. Tą licencją objęte są również programy przygotowane także dla innych niż Linux platform systemowych. Sztandarowym przykładem jest tu popularny wysokiej jakości program do obróbki grafiki rastrowej (w szczególności zdjęć) GIMP, dostępny nie tylko dla Linuksa, ale również dla systemów z rodziny MS Windows.
Idea Open Source nie ma w sobie nic z "socjalnych" ograniczeń. Nie jest też antykomercyjna (istnieją m.in. komercyjne dystrybucje Linuksa). Open Source, to czysta wolność programistów i użytkowników, chroniona licencyjnie przed złym (wyłącznym ? monopolistycznym) zawłaszczeniem. Trudno o piękniejszą realizację idei liberalnej von Misesa (chyba, że uznamy go za socjalistę). Open Source, oznacza dosłownie otwarte źródło, czyli udostępnienie odbiorcy nie tylko skompilowanej (binarnej) wersji programu, ale również jego tekstu źródłowego), co umożliwia kompetentnemu użytkownikowi dokonanie poprawek (zmian), bądź zweryfikowanie (np. pod względem bezpieczeństwa) oprogramowania.
2. Wypada zwrócić uwagę na zakres rzeczowy patentowania i czas ochrony. Zakres rzeczowy to w skrócie dwie szkoły: stara europejska (w miarę dobra, w uproszczonym skrócie: patentowanie gotowych konkretnych rozwiązań, nadających się do produkcji przemysłowej) i amerykańska (szkodliwa: patentowanie wszystkiego co się da, także "idei", pomysłów, także praktycznie nie zweryfikowanych, algorytmów itd.).
Sama zasada patentowania stoi w sprzeczności z duchem liberalnym i może być akceptowana (tolerowana) jedynie w przypadku ograniczonego zakresu rzeczowego (stara szkoła europejska) i krótkiego okresu ochrony (maksymalnie kilka lat).
Istota dyrektywy Unii Europejskiej, prezentowanej w artykule, polega na próbie (w zamiarze, który łatwo wyczuć: stopniowej, kilkuetapowej) przeszczepienia na jeszcze w miarę zdrowy grunt europejski amerykańskiej szkoły patentowania, z jednoczesnym wydłużeniem okresu ochrony. Trudno o bardziej szkodliwe, zniewalające działanie.
Patentowanie wszystkiego, co się da, z długim okresem ochrony, to jest "socjalizm pełną gębą", docelowo monopolizacja (stagnacja) i zniewolenie.
3. Niechęć do firmy Microsoft, tak częsta w środowiskach wspierających Open Source (przybierająca czasami charakter mody i stylu bycia indywidualnego i grupowego), wynika z "histerycznych zachowań" tej firmy nie tylko wobec konkurencji, ale przede wszystkim klientow-użytkowników (gdy utrudnianie życia konkurencji staje się ważniejsze od wygody użytkowników, oznacza to również utrudnianie życia użytkownikom). Masowej niechęci raczej nie obserwuje się wobec innych potentatów (gigantów) rynku informatycznego, jak IBM, HP-Compaq, Novell. Trzy wymienione firmy wspierają Open Source, uważając go za swoistą trampolinę rozwoju, natomiast Microsoft (czego nie kryje) postrzega Open Source jako zagrożenie. Jednym ze sposobów zniszczenia (a przynajmniej ograniczenia) Open Source może być "opatentowanie wszystkiego, co się da", co w Europie wymagałoby zastąpienia starej europejskiej szkoły patentowej szkołą amerykańską. W takim kontekście jasne jest, że opowiedzenie się przeciw ww. dyrektywie unijnej jest opowiedzeniem się za wolnością, przeciw zniewoleniu. Opowiedzeniem się za kontynuacją starej, dobrej, sprawdzonej tradycji europejskiej.
Polemika:
Własność intelektualna, to najbardziej pasożytnicze i szkodliwe pojęcie ostatnich dziesięcioleci. Własność intelektualna to, wbrew pozorom, zagadnienie nie tylko ekonomiczne, ale również filozoficzne (etyczne) i jak dobrze się przyjrzeć ? teologiczne. Jako autor 10 wydanych książek oraz wielu artykułów (czyli potencjalnie zainteresowany istnieniem "rozdętej" własności intelektualnej), uważam, że mówienie o własności intelektualnej jest (lewicowym :)) nadużyciem. Uznając działanie na rzecz tzw. dobra wspólnego za nadrzędne, należy odrzucić tzw. własność intelektualną, co wcale nie oznacza, że zanegować również prawa autorskie. Przerażenie moje budzi fakt gładkiego połączenia (niemal utożsamienia) w komentowanym artykule praw autorskich z tzw. własnością intelektualną oraz następnie własności intelektualnej z wolnym rynkiem. Uważam to za niedopuszczalne i zdecydowanie zbyt daleko idące uproszczenie. Jestem zwolennikiem wolnego rynku i przeciwnikiem tzw. własności intelektualnej oraz szanuję prawa autorskie i nie ma tu jakiejkolwiek sprzeczności.

Z wyrazami szacunku
(nazwisko do wiadomości redakcji)


List czytelnika

Szanowni Państwo,
przeczytawszy w czerwcowej "Opcji" artykuł pana Teluka na temat patentów na oprogramowanie, jako właściciel jednoosobowej firmy software'owej, poczułem się zmuszony do skomentowania.
Pan Teluk dosyć słusznie argumentuje, że wprowadzenie patentów na rozwiązania programistyczne pozwoli małym i średnim firmom czerpać korzyści ze swoich pomysłów. Byłaby to prawda, gdyby nie jeden drobny aspekt, mianowicie pieniądze. Procedura patentowa jest skomplikowana, długotrwała i przede wszystkim droga. Droga na tyle, że np. Politechniki Warszawskiej (instytucji bądź co bądź sporej) najzwyczajniej w świecie nie stać na wykupywanie patentów ? a "małych i średnich" firm nie będzie stać tym bardziej.
Co więcej, wprowadzenie patentów na oprogramowanie najzwyczajniej w świecie uniemożliwi umieszczanie nieopatentowanych pomysłów w domenie open-source. Dlaczego? Wytłumaczę na przykładzie: ja, jako mały dostawca oprogramowania, wpadam na genialny pomysł. Postanawiam go opublikować jako oprogramowanie open-source, ale nie stać mnie na patent. Oprogramowanie trafia w ręce np. Prokomu, który patentuje mój pomysł. Zgłaszają się do mnie prawnicy...
W artykule jest jeszcze kilka tez, z którymi nie bardzo można się zgodzić, np. to, że przeciwnicy patentów chcieliby, żeby oprogramowanie było za darmo. Nie jest to prawda, przynajmniej nie do końca. Pan Teluk prawdopodobnie pomylił ruch open-source z ruchem free software, który jest kierowany przez R. Stallmana, który jest zwyczajnym komunistą i raczej nie należy brać go na poważnie.
Nie pamiętam gdzie, albo w "Opcji", albo w "Najwyższym Czasie", przeczytałem artykuł na ten sam temat, którego autor napisał, że coś takiego jak "własność intelektualna" po prostu nie istnieje, ponieważ w momencie, gdy dzielę się tą własnością (np. obrazem, piosenką itp.) nie ma żadnej możliwości, żeby zabronić skopiowania jej. Jedyną możliwością tak naprawdę jest skonstruowanie odpowiedniej umowy, np. "nie zaśpiewam ci piosenki, jeżeli będziesz ją potem śpiewał innym". To samo w moim odczuciu dotyczy oprogramowania ? i raczej licencjami niż patentami należy walczyć z "kradzieżą własności intelektualnej".

Z poważaniem,
Leszek Leszczyński

 

Wyświetlony 4925 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.