niedziela, 29 sierpień 2010 08:14

O własności intelektualnej

Napisał

Za sprawą niedawnej serii artykułów autorstwa Tomasza Teluka rozpętała się dyskusja na temat tak zwanej własności intelektualnej. Początkowo w "Najwyższym Czasie", następnie w Internecie, a w końcu w ostatnim numerze "Opcji" pojawiały się jego teksty w obronie własności intelektualnej. Ponieważ sprawa jest kluczowa dla organizacji całego systemu gospodarczego, postanowiłem przedstawić austro-libertariańską analizę "własności intelektualnej".

 

Na początku jeszcze pragnę zaznaczyć różnicę między obroną patentów (oraz praw autorskich) od strony etycznej a prześledzeniem ich konsekwencji ekonomicznych dla organizacji społecznej. Najpierw zajmiemy się ogólną teorią własności, następnie samą własnością intelektualną, a potem przedstawimy opisowo, jakie są konsekwencje ekonomiczne i społeczne systemu własności intelektualnej oraz spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego sprzeczne samo w sobie sformułowanie, jakim jest "własność intelektualna", otacza się dziś taką rewerencją.

Utylitarna obrona systemu
Każdy system społeczno-gospodarczy wymaga jakiejś obrony od stron etycznej, tj. za pomocą odwołania się do jakiejś koncepcji "sprawiedliwości". Niektórzy próbują uzasadniać, przykładowo, patenty za pomocą odwołania się do analizy zysków i strat. Taka analiza jest jednak całkowicie błędna (podobnie jak błędny jest atak na patenty od strony zysków i strat). Wynika to z prostego faktu, że zyski i straty dotyczą zawsze poszczególnych jednostek, nigdy społeczeństw jako całości. Nie ma takiej wielkości jak "agregatowe zyski" czy też "zyski dla społeczeństwa". Są tylko wybrane zyski poszczególnych jednostek. Dlatego też mówienie, że patenty są "zyskowne" bądź też niezyskowne dla społeczeństwa, wynika z niezrozumienia podstawowej natury ekonomicznej koncepcji zysku.
Przykładowo przeanalizujmy przypadek wprowadzenia podatku na rzecz jakiejś stoczni. Zysk w tym przypadku będzie dotyczył grupy osób, które zyskują na produkcji stoczni. Niewątpliwie w ich przypadku dobrobyt się zwiększy. Jednakże po drugiej stronie pojawią się koszty osób, które będą musiały sfinansować dodatkowy podatek. W tym przypadku koszt będzie subiektywny i będzie dotyczył ich własności. Jednakże, jako teoretycy, nie mamy żadnego aparatu, który miałby nam ustalić jakiś interpersonalny bilans zysków i strat. Ponieważ zyski i straty dotyczą innych osób, nie jesteśmy w stanie ich w żaden obiektywny sposób porównać. Jedyne, co możemy stwierdzić, to fakt, że jedna grupa zyskuje, kosztem drugiej grupy.
Analogicznie nie jesteśmy w stanie przeprowadzić analizy patentów na podstawie ekonomicznych konsekwencji ich wprowadzenia. Jeśli wprowadzamy opatentowanie danego produktu, to przynosi to określone konsekwencje dla jakichś grup. Niewątpliwie na patencie zyskują osoby, które go posiadają, a także cały system produkcyjny, który korzysta na możliwości wyłączenia z rynku potencjalnych konkurentów, którym zabrania się stosowania opatentowanej formuły. Z drugiej strony jednak mamy koszty, które ponoszą konsumenci w postaci wyższej ceny, a także konkurencja, której uniemożliwia się produktywne zatrudnienie kapitału w celu rywalizowania przy produkcji. Nie ma jednak żadnego sposobu na to, aby obiektywnie wyważyć koszty z jednej strony, zyski z drugiej i dojść do konkluzji, co jest "społecznie" korzystniejsze. Do tego potrzebna jest analiza etyczna. Albo patent jest do obrony na gruncie praw naturalnych, wtedy prawo do wykluczania konkurentów i podnoszenia ceny jest konsekwencją prawa własności, albo jest nadanym przez państwo przywilejem, który umożliwia monopolizowanie rynku. Nie ma innej możliwości.

Krótki wykład na temat własności
Zanim zaczniemy mówić o "własności intelektualnej", musimy się zastanowić nad koncepcją własności w ogóle. Co to jest własność, czego własność może dotyczyć, jakie są przyczyny istnienia własności, oraz jakie mogą być konsekwencje władania własnością i podpisywania kontraktów. Nie ma sensu wypowiadać się o nadbudowie danego systemu, jeśli nie zrozumie się najpierw fundamentów stojących u podstaw.
Własność polega na wyłączności, to znaczy na możliwości ekskluzji innych ludzi z obiektu, który podlega prawu własności. Na najbardziej elementarnym poziomie własność dotyczy naszych ciał. Każdy z nas jest właścicielem swojego ciała, co oznacza po prostu, że jesteśmy uprawnieni do tego, aby wykluczać wszystkich innych ludzi z użytku naszego ciała. Każdy, kto łamie tę podstawową zasadę dobrowolności w społeczeństwie, dopuszcza się jednego z największych naruszeń prawa naturalnego ? zniewolenia i gwałtu (lub jeszcze gorzej, mordu). Własność zatem ściśle wiąże się z ekskluzją innych ludzi z posiadanego obiektu. Dotyczy to także, przykładowo, pieniędzy, które posiadamy. Jeśli posiadamy jakieś pieniądze, czyli jeśli są obiektem naszej własności, naturalne dla nas jest to, że możemy wykluczać innych ludzi z ich użytku. Jeśli ktoś nie akceptuje naszego prawa do wykluczania innych ludzi z użytku posiadanych przez nas obiektów i próbuje je przejąć w swoje władanie, mówimy, że dopuszcza się kradzieży. Kradzież zatem i morderstwo są elementami rodziny tych samych wykroczeń ? łamania prawa własności.
Z koncepcją ekskluzji wiąże się koncepcja odwrotna ? czyli koncepcja kontraktu. Tak jak możemy wykluczać innych ludzi z użytku naszej własności, analogicznie możemy zezwalać ludziom na użytkowanie naszej własności (siłą rzeczy jest to implikacja możliwości wyboru). Może to być zezwolenie zupełne, tj. w takiej postaci, że nie oczekujemy czegoś w zamian za zaoferowanie naszego użytkowania, lub też, i tak też zazwyczaj jest, może to być zezwolenie warunkowe. Oznacza to w takim przypadku określony rodzaj kontraktu ? to znaczy godzimy się na specyficzne korzystanie z naszego obiektu własności (lub też sami zobowiązujemy się, że tym naszym obiektem będziemy władać w określony sposób) pod warunkiem, że w zamian otrzymamy podobnego typu usługę (czyli jakaś druga osoba udostępni nam własność lub będzie nią władała w określony sposób). Najbardziej powszechny przykład to sytuacja, w której sprzedajemy posiadany przez nas przedmiot w zamian za pieniądze (wyraźnie zaznaczam, że pisząc o własności, mam na myśli jej etyczny aspekt, a nie to co, pojawia się dzisiaj w kodeksach ? zajmujemy się prawem naturalnym; do pozytywnego przejdziemy później).
Podsumowując zatem ? własność to z jednej strony możliwość wykluczania innych ludzi z użytkowania naszego obiektu własności, z drugiej zaś strony jest to możliwość włączania się w dobrowolne relacje z innymi ludźmi. Obydwie rzeczy są po prostu określonym sposobem korzystania ze swojego prawa własności.
Teraz, kiedy rozumiemy już naturę własności, możemy postawić pytanie, dlaczego własność w ogóle istnieje. Z własnością nieuchronnie wiąże się możliwość konfliktu. Niektóre ignoranckie bądź utopijne ruchy identyfikują przyczynę wszelkich konfliktów właśnie w istnieniu własności. Ponieważ większości ludzi nieobca jest chęć wyeliminowania, bądź też jak największej minimalizacji, konfliktów, socjaliści opowiadają się za takim systemem, który konflikty zlikwiduje. A ponieważ ich zdaniem własność jest przyczyną istnienia konfliktów, proponują własność znieść.
Jest to jednak odwrócenie łańcuchu przyczynowo-skutkowego. Własność istnieje, ponieważ potencjalnie w świecie występuje możliwość pojawienia się konfliktów. Konflikt dotyczy sytuacji, kiedy cele dwóch różnych jednostek ze sobą kolidują, tj. kiedy obie jednostki mają różne cele, które wymagają użycia tego samego środka do ich realizacji. Przykładowo, Adam chce się nauczyć grać na fortepianie, a Bartek chce w tym samym czasie fortepian przewieźć do domu swojej narzeczonej. Widzimy, że oba cele ze sobą kolidują i mamy problem ze środkiem, który miałby służyć do ich realizacji, ponieważ tenże środek będzie mógł zostać zatrudniony do realizacji tylko i wyłącznie jednego celu. Widzimy zatem wyraźnie, że problem wynika z rzadkości środka. Gdybyśmy mieli sytuację, w której fortepianów jest nieskończenie wiele, czyli sytuację, w której fortepiany nie są rzadkie, wtedy problem zatrudnienia ich między konkurencyjne cele w ogóle by nie występował. A ponieważ środki są ograniczone, pojawia się problem władania nimi, czyli zatrudnienia ich w jakiś sposób.
Widzimy zatem, że własność zaczyna się od rzadkości. Dobra są rzadkie, toteż stają się obiektami naszego działania przy realizacji celów; stają się przedmiotami naszej własności. Powietrze jest tak powszechnym dobrem, że możemy je uznać za nierzadkie, ponieważ nie pojawia się problem ekonomizacji powietrza. Nie musimy go zatrudniać do realizacji naszych potrzeb, więc nie jest obiektem naszych działań. Problem dopiero zaczyna się, kiedy jakieś dobro jest rzadkie, to znaczy nie może być jednocześnie zatrudnione przez wszystkich. Wtedy pojawia się problematyka własności, sprawiedliwego władania, to znaczy rozstrzygnięcia, kto powinien władać danym dobrem. Tym właśnie zajmuje się teoria własności i etyki ? próbą odpowiedzi na pytanie: ponieważ nie możemy fortepianu zatrudnić do wszystkich konkurencyjnych celów, to nadanie prawa do władania (własności) której z osób będzie sprawiedliwe? Kto zgodnie z etyczną teorią powinien być osobą władającą, czyli prawowitym właścicielem?
Wolnorynkowcy uznają, że prawowitym właścicielem rzadkiego zasobu staje się osoba, która jako pierwsza zacznie nim gospodarować, czy też, jak to niefortunnie określił Locke ? zmiesza zasób ze swoją pracą. Oprócz tego, oczywiście, ze względu na zasadę uniwersalizacji, uznają, iż każdy ma prawo do władania swoim ciałem. Wąskie ramy tego artykułu nie pozwalają mi na szczegółowe uzasadnienie tego podejścia. Myślę, że zarówno zwolennicy własności intelektualnej, jak również jej przeciwnicy, się ze mną zgodzą przynajmniej w tym punkcie (że system pierwotnego zawłaszczania, broniony przez Locke'a, jest słuszny). Dodać powinniśmy również, że własność powstaje w takim ujęciu w sposób "naturalny", czyli w wyniku pokojowego działania człowieka, niezależnie od instytucji państwowych. To, czy ktoś jest właścicielem, zależy po prostu od tego, czy jako pierwszy zawłaszczył dany zasób bez naruszania własności innych ludzi.

Posiadanie rzadkiego zasobu a posiadanie wartości zasobu
Przy analizie własności warto podkreślić niezwykle istotną rzecz, którą doskonale ujął w swoich pracach Hans Hermann Hoppe. Obiektem własności może być tylko i wyłącznie rzadki zasób, a nie wartościowanie tego zasobu przez innych ludzi. Prosty przykład powinien wyjaśnić tę sprawę. Jeśli jestem właścicielem samochodu, oznacza to po prostu, że mam prawo do niego wsiąść, poruszać się nim po mieście, rozbić w nim szybę, odkurzyć go w środku, umyć itd. Nie mam jednakże prawa do wartości mojego samochodu, gdyż jest ona wynikiem tego, ile przykładowo są gotowi za niego zapłacić inni ludzie. Jeśli miałbym posiadać wartość mego samochodu, to musiałbym wówczas także posiadać innych ludzi (gdyż to ich sądy wartościujące składają się na wartość mojego samochodu), co stoi w ewidentnej sprzeczności z przyjętym wcześniej założeniem, że każdy człowiek jest właścicielem samego siebie. Krótko mówiąc, posiadając samochód, nie posiadam tego, że ludzie chcą ode mnie go kupić za tysiąc złotych. Być może jutro będą chcieli kupić go za dwa tysiące, a być może za dziesięć złotych.
Wyobraźmy sobie np. innego właściciela, który oferuje na rynku dokładnie takie samochody jak mój. Będzie on oczywiście przez samą swoją obecność wpływał na cenę samochodów, na wartościowanie przez konsumentów, a zatem pośrednio również i na mój dobrobyt. Jego decyzja o rozpoczęciu produkcji, pociągnie za sobą presję na spadek cen, a więc także na spadek ceny mojego samochodu. Jednakże nie jest to w żadnym wypadku inwazja na moją własność, ponieważ posiadam tylko samochód, a nie to, jak inni go wartościują. Konkurent, który zaczyna sprzedawać takie samochody jak mój, nie dokonuje ataku na moją własność.

Kontrakty i ich implikacje
Jak już zaznaczyliśmy, własność dotyczy przedmiotów rzadkich, które mogą być rozdzielane między różne cele. Właściciele mogą między sobą zawierać kontrakty. Musimy jednak wyraźnie sprecyzować, co jest kontraktem, a co obiektem własności. Pomocnicze będzie wyróżnienie kilku przypadków. Po pierwsze wyobraźmy sobie, że Adam wymienia jabłko w zamian za gazetę, którą posiada Bartek. Widzimy na tym prostym przykładzie, że Adam i Bartek korzystają ze swoich praw własności, praw do wyłącznego władania posiadanymi przez siebie zasobami. Po transakcji pełne prawo własności zostaje przekazane w zamian za inne prawo własności. Adam był właścicielem jabłka, a teraz jest właścicielem gazety. Bartek na odwrót.
Przykład ten jest dosyć prosty, ponieważ dotyczy przedmiotów, które zostają zbyte całkowicie. Zmieńmy trochę nasz przykład i zmodyfikujmy tylko do przypadku częściowego zbycia własności. Powiedzmy, że Adam daje Bartkowi jabłko, ale w zamian za to, że będzie mógł przejechać się jego rowerem. W tej sytuacji następuje przekazanie pełnego tytułu własności (jabłko), ale w zamian za możliwość użytkowania innego przedmiotu w dany sposób. Rower jest tutaj tylko częściowo zbywany na określony termin. Należy jednak wyraźnie podkreślić, że rower jest nadal własnością Bartka, ale zgodnie z umową (pochodna praw własności) został użyczony do użytkowania Adamowi.
Pamiętamy zatem cały czas o problemie rzadkości i użytkowania rzadkich przedmiotów, które są obiektem własności. Dlaczego mówię o tak oczywistej z pozoru rzeczy? Dlatego, że przy okazji takich właśnie kontraktów pojawiają się nieraz nonsensowne sformułowania typu "Adam staje się właściciele jeżdżenia rowerem przez dany czas". Tymczasem, jak widać z naszej prostej analizy, posiadać można rzadkie zasoby, którymi się w określony sposób gospodaruje, przeznaczając do zaspokojenia konkurencyjnych celów. Jeżdżenie to tylko pewna czynność wykonywana przez Adama.
Przejdźmy teraz do jeszcze innej sytuacji, w której przedmioty własności nie są zbywane, a nawet nie mogą zostać w ogóle zbyte ? czyli do przypadku wykonywania pracy. Ciało człowieka jest elementem niealienowalnym (może poza możliwością sprzedawania organów), co oznacza, że nie możemy w pełni zbyć prawa własności do swojego ciała. Ostatecznie my, nasz mózg, władamy naszym ciałem. Jeśli zatem Bartek podpisuje umowę, że zatańczy przed Adamem w zamian za jabłko, to prawo własności do ciała Bartka nie zostaje przekazane. Jabłko, owszem, zmienia właściciela w tym przypadku, ale Bartek nadal pozostaje właścicielem swojego ciała przy jednoczesnym zobowiązaniu, że w zamian za jabłko zatańczy przez Adamem.
Widzimy wobec tego, że jest to kontrakt ? prawo własności w zamian za specyficzne wykorzystanie praw własności do ciała. Niektórzy używają tutaj nonsensownych stwierdzeń na temat tego, że Bartek "jest właścicielem swojej pracy". Z powyższego wywodu jasne jest, że nie można być właścicielem swojej pracy. Można być właścicielem swojego ciała, jakichś rzadkich przedmiotów lub też owoców swojej pracy. Jednakże właścicielem samej "pracy" być nie można, ponieważ ta jest tylko określoną czynnością, wynikającą ze skorzystania z prawa własności do ciała. Można być właścicielem klimatyzatora, ale nazywanie siebie właścicielem "klimatyzowania" pomieszczenia, to czysty nonsens. Władanie dotyczy rzadkich przedmiotów.
Jeśli chodzi o zawieranie kontraktów, zaznaczmy jeszcze jedną niezwykle istotną rzecz. Kontrakty są umowami, w których dwie strony zobowiązują się do wykonania określonych czynności. Należy jednak wyraźnie dodać, że umowa jest (z etycznego punktu widzenia) ważna tylko, jeśli obie przystępujące do niej strony podpisują kontrakty dotyczące swojej własności. Adam i Bartek mogą podpisywać umowy, jakie tylko chcą, jeśli dotyczy to ich ciał, jabłek, gazet czy też samochodów. Wtedy mówimy, że umowa jest efektem korzystania z praw własności. Kiedy jednak Adam i Bartek zaczną podpisywać "umowy" dotyczące własności innych ludzi bez ich zgody, wtedy mówimy, że kontrakt taki jest w istocie zamachem na własność innych ludzi i nie może być zgodnie z prawem egzekwowany.
Przykładowo, załóżmy, że Adam i Bartek podpiszą umowę, zgodnie z którą zorganizują imprezę w domu Cyryla. Jeśli zrobią to bez zgody Cyryla, to ten, oczywiście, będzie mógł bez żadnego etycznego problemu ich z domu wyrzucić (chociaż może to dla niego stanowić problem techniczny). Jeśli będą próbowali się bronić, pokazując swój "kontrakt", to oczywiście jest on kompletnie nieistotny, ponieważ nie dotyczy ich własności. Stąd nasz prosty wniosek: kontrakty zawierane między jakimś osobami nie mogą przenosić zobowiązań na strony trzecie i na ich własność.
Adam może podpisać umowę z Bartkiem, zgodnie z którą ten ostatni w zamian za pieniądze zobowiązuje się nie mówić nikomu, że Adam ćwiczy balet. Jest to jakaś forma umowy. Następuje wymiana tytułu własności do pieniędzy w zamian za zobowiązanie, że Bartek skorzysta ze swojego tytułu własności do ciała w określony sposób ? to znaczy nie będzie opowiadał innym ludziom o tym, że Adam ćwiczy balet. Naturalne jest, że jeśli Bartek zacznie innym ludziom o tym opowiadać, to złamie swoje zobowiązanie, a więc Adam będzie miał prawo do przewidzianych w umowie świadczeń odszkodowawczych z tytułu niewypełnienia kontraktu. Nie ma on jednak absolutnie żadnego roszczenia do wszystkich innych osób, które się o tym dowiedzą, ponieważ nie były one stroną umowy. Umowa między stronami może dotyczyć tylko ich własności, a ponieważ pozostałe osoby umowy nie podpisywały, nie mogą odpowiadać za jakiekolwiek konsekwencje, które powstaną na skutek złamania umowy przez którąś ze stron.
Zaznaczmy także tutaj coś, co jest nazywane przez Hoppego "werbalną produkcją własności", czyli sytuacją, gdy ktoś po prostu ogłasza się właścicielem jakiegoś zasobu (przykładowo państwo stwierdza, że posiada 50% zasobów społeczeństwa). Widzimy wyraźnie, że takie stanowisko jest całkowicie niekompatybilne z obiektywną wizją prawa własności. Werbalnie każdy mógłby się ogłosić właścicielem czegokolwiek, co de facto skutkowałoby mnóstwem konfliktów (co w dodatku jest absurdem, ponieważ nie można werbalnie ogłosić się właścicielem zasobu, dopóki nie uznamy już prawa własności do ciał). Dlatego własność od strony etycznej występuje tylko w przypadku pierwotnego zawłaszczenia rzadkiego zasobu albo w przypadku nabycia go w zamian w jakimś kontrakcie już ze wcześniejszym prawowitym właścicielem. Jeśli wobec tego Adam i Bartek decydują w swojej "umowie" bez zgody Cyryla na temat jego własności, to de facto arbitralnie ogłaszają się właścicielami (lub częściowymi współwłaścicielami) jego własności. Takie działanie naturalnie nie sprzyja powiększaniu dobrobytu społeczeństwa, a prowadzi jedynie do redystrybucji bogactwa od jednej grupy ludzi (producentów) do rąk osób, które owe bogactwo otrzymują za pomocą dekretu, deklaracji, czyli generalizując: "werbalnej produkcji tytułu własności".

"Własność intelektualna"
Po tym dość długim, ale koniecznym dla pełnego zrozumienia problemu wstępie o własności, możemy bez większych problemów zająć się naturą tak zwanej własności intelektualnej. Jak wygląda tworzenie "własności intelektualnej"? Adam korzysta ze swoich praw własności. Przeprowadzając eksperymenty w swoim mieszkaniu, przy użyciu środków, które zakupił w sklepie, odkrywa nową formułę na jakiś lek. Znając składniki tego leku, udaje się do państwowej instytucji, która nazywana jest "urzędem patentowym", i otrzymuje od niej zapewnienie, że żadna inna jednostka, posiadająca jakieś swoje zasoby, nie będzie mogła ich łączyć w taki sposób, w jaki to przedstawia formuła, przez najbliższe kilkanaście lat.
Przedstawimy teraz niezgodność "własności intelektualnej" (WI) ze sformułowaną wyżej koncepcją prywatnej własności.
Po pierwsze, własność może dotyczyć tylko rzadkich zasobów, którymi można władać (ziemia, ciało człowieka, kot, rower) i które odnoszą się bezpośrednio do konkretnego działania człowieka. Nie dotyczy natomiast "ideałów", wzorów matematycznych, pomysłów, rozmaitych kombinacji, czy też chemicznych substancji. Nikt nie zawłaszcza żadnej formuły, żadnego wzoru chemicznego, czy też matematycznego, ponieważ zawłaszczane są konkretne, rzadkie obiekty.
Po drugie, jeśli ktoś korzysta z rzadkich zasobów i stworzy jakiś nowy przedmiot, to rzeczywiście w wyniku tej konkretnej czynności, staje się właścicielem owocu swojej pracy. Jednakże jego prawo własności rozciąga się tylko na ów konkretny przedmiot, a nie na wszystkie potencjalne produkty, wytworzone z własności i przy użyciu pracy innych ludzi. Krótko mówiąc, wynalazca nowego leku jest właścicielem leku, który stworzył, ale nie pomysłu na lek. Dokładnie tak samo pierwszy konstruktor koła stał się właścicielem tego koła, które stworzył, ale nie właścicielem "pomysłu na koło".
Po trzecie, oczywiście, że jeśli inni ludzie zaczną korzystać z pomysłu wynalazcy, to nieuchronnie wpłynie to na wartość jego własności. Ale jak już zaznaczyliśmy wcześniej, można być jedynie właścicielem rzadkiego zasobu, a nie jego wartości.
Po czwarte, jak widać wyraźnie z naszej prakseologicznej analizy, patent nie jest tytułem własności do pomysłu. Patent jest roszczeniem do własności innych ludzi. Jeśli pierwszy twórca jakiegoś leku, opatentuje jego formułę, to nie oznacza, że jest jej "właścicielem". Oznacza to, że rości sobie (werbalnie) całkowicie nieuprawniony częściowy tytuł własności do zasobów innych ludzi ? to znaczy, uznaje, że nie mogą oni korzystać z niej w jakiś określony sposób (że nie mogą też podobnie produkować leku).
Po piąte, WI nie powstaje w sposób naturalny i jest nie do utrzymania bez zaawansowanej interwencji państwa. W społeczeństwie opartym na ochronie własności prywatnej, WI nie mogłoby zostać utrzymane. Potwierdza to prosty fakt, że WI istnieje tylko przez określony czas ? jest to stanowisko zupełnie niekompatybilne z podejściem libertariańskim. Albo prawo własności jest bronione z punktu widzenia praw naturalnych, albo jest nieudolnym tworem instytucji państwowych. Jeśli wynika z obrony praw naturalnych, to nie może być ono ograniczone jakimiś zupełnie zresztą arbitralnymi (bo dlaczego akurat ochrona patentowa ma trwać rok, półtora, trzy ? każda długość jest z logicznego punktu widzenia jednakowo dowolna) ramami czasowymi. Oznacza to zatem prostą konkluzję ? patenty powinny być wieczne. Każdy, kto twierdzi, że patenty powinny być ograniczone czasowo, automatycznie odbiera sobie możliwość ich obrony na gruncie prawa naturalnego. Jeśli jednak patenty są produktem instytucji państwowych, no to jest to oczywiście arbitralne i równie dobrze można by je odrzucić.
Dodajmy jeszcze, że prawo "własności intelektualnej" może być w pewnym zakresie stworzone umowami między sprzedającymi a kupującymi. Przykładowo, sprzedawca leku zobowiązuje kupca do podpisania umowy, że nie będzie kopiował formuły albo jej komuś zdradzał. To oczywiście jest jakaś metoda. Jednakże jeśli ktoś myśli, że to utrzyma zaawansowany system "własności intelektualnej", to się grubo myli, ponieważ taka umowa może nakładać zobowiązania tylko na obie jej strony (jak opisaliśmy to powyżej), nie zaś na osoby trzecie. Jeśli zatem ktoś podpisze umowę o nieprzekazywaniu informacji o jakimś "opatentowanym" sposobie produkcji, to może być pociągnięty do odpowiedzialności, jeśli wbrew umowie zdradzi komuś zastrzeżoną tajemnicę. Jednakże nie można pociągać do odpowiedzialności osoby, która zacznie korzystać z pozyskanych informacji i rozpocznie produkcję jakiegoś strzeżonego do niedawna tajemnicą firmową towaru. Z tej prostej przyczyny, że osoba ta nie była stroną umowy.
Proszę zauważyć, że jest to zupełnie inna sytuacja niż w przypadku, gdy Bartek sprzedaje Cyrylowi samochód, który ukradł Adamowi. Wtedy Bartek nie dysponuje swoją własnością, więc z etycznego punktu widzenia nie może jej sprzedać. Inaczej jest, gdy Bartek zobowiąże się do niewyjawiania tajemnicy Adama Cyrylowi. Tutaj nie ma handlowania "własnością do milczenia", tylko jest kontrakt opisujący dokładnie, co Bartek może robić ze swoim ciałem (ma zachować tajemnicę). Jeśli ten kontrakt złamie, to może być pociągnięty do odpowiedzialności. Jednakże roszczenie wobec Cyryla nie istnieje, ponieważ nie nabywa on żadnego rzadkiego zasobu, nie włada niczym nowym, tylko wchodzi z posiadanie jakiejś wiedzy, którą zyskał w wyniku nieprzestrzegania kontraktu przez Bartka. Powołam się w tym miejscu na świetny przykład, przytoczony przez Stephana Kinsellę. Wyobraźmy sobie, że Tomasz Teluk mieszka na terenie, pod którym znajduje się ropa naftowa. Załóżmy także, iż o tym nie wie i gotów jest sprzedać ów teren Mateuszowi Machajowi za cenę X. MM jednak wie, że tam pod ziemią znajduje się ropa, która sprawia, iż grunt jest na rynku wart przynajmniej dziesięć razy więcej. Powiedzmy też, że MM mówi o tym swojemu adwokatowi, który zobowiązany został do zachowania tajemnicy. Co jeśli adwokat złamie umowę i powie TT o tym, że pod jego terenem jest ropa? Naturalnie może zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Ale czy MM ma jakiekolwiek roszczenie do TT? Odpowiedź jest oczywista ? ponieważ nie było żadnej umowy między nimi, to żadne roszczenie występować nie może. TT może podnieść proponowaną cenę do takiej wielkości, jaka mu tylko odpowiada.

Ekonomiczna analiza patentu
Teraz, kiedy zrozumieliśmy naturę patentu (że jest to roszczenie do rzadkich zasobów innych ludzi; żądanie, aby korzystali z nich w określony sposób), możemy łatwo przeanalizować ekonomiczne konsekwencje własności intelektualnej. Doskonałą analizę tego tematu przeprowadził Murray Rothbard. Patent jest po prostu rodzajem monopolu (ponieważ jest roszczeniem do własności innych), który oznacza wyłączność na produkcję określonego towaru na rynku przez jakiś czas. Kiedy wynalazca jakiegoś leku żąda ochrony ze strony państwa, żąda po prostu zakazu produkcji takiego leku przez innych producentów (jak widzieliśmy wyżej, nie jest to egzekwowanie "prawa własności do pomysłu", ponieważ pomysłu nie można posiadać, jest to tylko roszczenie do tego, aby inni nie wykorzystywali swojej własności w określony sposób).
Przez to, że przymusowo zmniejszona zostaje podaż leku na rynku, pojawia się tendencja do wzrostu jego ceny, co z kolei pozwoli producentom na osiągnięcie większych zysków. Patent oznacza zatem po prostu szansę na większy zysk niż we wszystkich innych branżach na rynku. Taki zysk, który umożliwia większe strumienie pieniądza niż byłoby to w przypadku braku ochrony przed konkurencją, jest zyskiem monopolistycznym. Powiedzmy, że państwo ustala, iż patent jest ważny przez 15 lat. Załóżmy też, że corocznie przez ten czas dzięki zakazowi konkurencji na tym rynku, producent leku będzie osiągał ekstra zyski w wysokości 1000 jednostek pieniężnych. W sumie zatem całość monopolistycznego zysku wyniesie 15000. Te przyszłe strumienie pieniądza będą na rynku dyskontowane do dzisiejszego poziomu (pomniejszane o oczekiwaną stopę procentową). Ten poziom to właśnie dzisiejsza cena patentu. Wartość pieniężna, po jakiej sprzedawany jest patent na rynku, to właśnie dyskontowana wartość oczekiwanych przyszłych pieniędzy z tytułu wyłączności na produkcję.
Ten ekstra zysk z tytułu monopolizacji rynku będzie działał w specyficzny sposób. Gorący zwolennicy "własności intelektualnej" (chociaż powinienem używać terminu "zwolennicy ograniczania własności") wskazują na to, że patent działa stymulująco na rozwój określonych dziedzin produkcji. Mają tutaj bezsprzecznie rację. Dzięki temu, że wprowadzane są patenty w danym momencie, pojawia się dodatkowy powód do tego, aby inwestować środki w daną produkcję. Mylą się jednak, jeśli wydaje się im, że ma to coś wspólnego z ogólnym wzrostem dobrobytu czy wzrostem gospodarczym.
Bastiat niewątpliwie nazwałby takie myślenie nieekonomicznym. Tak, wprowadzenie patentu powoduje stymulowanie produkcji w sektorze, w którym patent ma zostać otrzymany. Dokładnie na tej samej zasadzie zbijanie szyby działa stymulująco na sektor produkcji szyb. Analogicznie dotacja do stoczni wpływa stymulująco na produkcję stoczni. Jeśli tylko jednak patrzymy na tę stronę medalu, to nie jesteśmy ekonomistami, tylko bezmyślnymi obserwatorami rzeczywistości. To są tylko efekty widoczne. Tymczasem genialny francuski ekonomista zwrócił nam uwagę na to, że liczą się również efekty te, które należy dostrzec. Nie tylko to, co jest łatwo widoczne, ale również konsekwencje tego dla innych elementów gospodarki.
Z całą koncepcją "własności intelektualnej" wiąże się kilka elementów. Po pierwsze, o wszystkim decyduje tutaj państwo. W przypadku własności prywatnej sprawa jest dosyć jasna, ponieważ obiekty własności można definiować. Ponieważ w przypadku "idei" jest to całkowicie arbitralne, o wszystkim decyduje państwo. Naturalnie zatem ono określa, jaki zakres "idei" jest patentowalny (nie chcę marnować miejsca na doprowadzanie do absurdu samej koncepcji patentów i tego, do czego prowadziłoby konsekwentne zastosowanie metody, że każdy autor jakiegokolwiek pomysłu mógłby zabraniać innym stosowania go). Jednocześnie decyduje także, jak długo patent jest ważny, a także rozstrzyga wszelkie możliwe spory, które pojawiają się między stronami w przypadku patentów (ponieważ państwo ma monopol na sądownictwo).
Widzimy zatem, że państwo swoją działalnością sztucznie stymuluje produkcję w dziedzinach patentowalnych, ale jednocześnie sztucznie ogranicza produkcję w innych dziedzinach. Faktycznie potencjalne osiąganie dodatkowych zysków w danej branży będzie sprzyjało produkcji w niej. Jednakże dokładnie tam samo działałaby państwowa dotacja. Wspierana branża zyskuje, natomiast pozostałe tracą. Osiągany jest tutaj efekt redystrybucyjny. Przed okresem otrzymania patentu sektory patentowalne są sztuczne stymulowane kosztem tych, których patentować nie można. Następnie po okresie otrzymania patentów, produkcja w tym sektorze jest sztucznie obniżana, ponieważ brak możliwości potencjalnej konkurencji, sprawia, że producent nie ma powodu do tego, aby zwiększać efektywność swojej produkcji (gdyż nie musi się obawiać, że ktoś odbierze mu klientów). Jednocześnie wiele innych branż staje przed koniecznością (jako konsumenci produktu) płacenia wyższych cen, co obniża wartość ich kapitału i uniemożliwia zatrudnienie go w innych branżach. Nie mówiąc, oczywiście, o samych konsumentach leku, którzy zamiast płacić kilka złotych za opakowanie będą musieli płacić kilkadziesiąt. Co to oznacza dla domowego budżetu, chyba nie muszę tłumaczyć. Ale tego efektu, oczywiście, nie zobaczymy tak łatwo. Łatwiej widzieć patent i to, że daje większe zyski wybranej grupie niż w warunkach konkurencyjnych. Trudniej jednak już widzieć wszystkie koszty alternatywne takiej decyzji. To, że jest to tylko stymulowanie jednej dziedziny kosztem wielu innych. Dodajmy, że jest to stymulowanie polegające na ograniczaniu praw własności.
Wspomnijmy jeszcze o jednej równie istotnej sprawie ? czyli konsekwencji istnienia praw "własności intelektualnej" i spróbujmy zastanowić się nad przyczynami, dla których cieszą się one tak wielką rzeszą zwolenników i mimo swej ewidentnie fałszywej natury są z taką zajadłością bronione. Ponieważ decyzje w przypadku tego, co patentowalne, a co nie, zależą od państwa i są całkowicie arbitralne, nie pozostanie to bez skutków dla systemu sądownictwa i układów politycznych. Naturalne dla takiego układu jest inwestowanie mnóstwa środków w prawników, zagmatwane umowy i specjalistów, którzy będą się zajmować tymże grząskim gruntem. Firmy zaczną inwestować środki nie w walkę o to, aby inwestować środki jak najlepiej dla zaspokajania potrzeb konsumentów, lecz w walkę o to, aby przymusowo (przy użyciu aparatu władzy) wykluczyć z rynku innych konkurentów. Rynek w ten sposób staje się polem walki między przepisami, a nie walką o klienta i daniem mu największej satysfakcji. Nie muszę mówić, ile środków idzie na rozprawy sądowe, prawników i cały aparat władzy, który zaangażowany jest w rozstrzyganie, co jest patentowalne, czy patent jest zasadny i czy ktokolwiek ten patent złamał.
Monopolizowanie rynku odbywa się, jak to zawsze bywa, za pomocą narzędzi politycznych (a nie ochrony własności). Ponieważ "własność intelektualna" chroniona jest za pomocą aparatu władzy, naturalne staje się, że biznes, który na niej zarabia, wchodzi w układy z tym aparatem przyznającym patenty, czyli z państwem. Ograniczanie konkurencji oznacza zmniejszanie liczby producentów na rynku, toteż sprzyja pojawianiu się większych jednostek gospodarczych. I podobnie jak miewamy do czynienia z efektem skali, kiedy większe firmy są w stanie produkować efektywniej dobra dla konsumentów, podobnie mamy do czynienia z nim w przypadku produkcji patentów. Stąd naturalne się staje, że duże firmy (z powodu oczekiwanych zysków) będą finansowały partie polityczne czy też rozmaite lobby, walczące o utrzymanie monopolistycznego systemu. Wraz z tym finansowane będą konferencje, publikacje i rozmaite eventy sprzyjające na rzecz monopolizacji systemu. Jeśli dodatkowo jest to wspierane dotacjami z budżetu państwa (weźmy sobie dla przykładu rynek leków), to system zamyka się w spójną całość. A głos konsumentów jest najsłabiej słyszalny (bo kogo obchodzi to, że Kowalski będzie płacił 85 złotych zamiast 5?). W podobnej sytuacji są zresztą mali producenci. I jednych, i drugich przekonuje się najczęściej, że gdyby nie ochrona "własności intelektualnej", to cała gospodarka dosłownie rozsypałaby się na skutek zaniku wszelkiej prywatnej inicjatywy, przedsiębiorczości i wynalazczości. Jakkolwiek rozumowanie to może się wydawać na pierwszy rzut oka całkiem rozsądne, to jednak odsłania kompletne niezrozumienie istoty funkcjonowania mechanizmu rynkowego i aż dziw bierze, że pada ono z ust tak prominentnych obrońców wolnego rynku jak Pan Tomasz Teluk, o czym zresztą szczegółowo poniżej. W dodatku powyższy sposób myślenia wpływa na całą filozofię gospodarowania. Potencjalni konkurenci zaczynają przystawać do takich reguł i zamiast walczyć o konkurencję i służyć konsumentom, również zaczynają sobie szukać przywilejów. I tak gospodarka przechodzi od modelu produkcyjnego do modelu redystrybucyjnego, w którym wybrane grupy interesu walczą o zyski dla siebie bez konieczności produkcji czegokolwiek. I ekonomia przechodzi w politykę.
Ciekawe spojrzenie na problem tak wielkiej popularności i przyzwolenia społecznego dla praw własności intelektualnej oferuje podejście zaproponowane przez Helmuta Schoecka w jego doskonałej książce Envy: A theory of social behaviour1. Schoeck stawia tezę, że kluczem do zrozumienia problemów powstawania, rozwoju i upadku społeczeństw jest zawiść rozumiana przez niego jako palące pragnienie, aby nikt niczego nie posiadał, nikt się niczym nie cieszył, nikt niczego nie osiągał. Zawistnik nie pożąda tego, co posiada drugi człowiek ? jego po prostu niszczy sam fakt, że ów człowiek to posiada. Zawiść nie pragnie zatem niczego dla siebie, poprzestaje tylko na chęci odebrania tego innym. Problem zawiści rzeczywiście przychodzi na myśl niemal natychmiastowo w przypadku patentów. Otóż na ochronę własności intelektualnej można patrzeć właśnie przez pryzmat zawiści. Osoba, która wymyśliła jakieś genialne rozwiązanie, nie boi się w istocie, że ktoś ją tego wynalazku pozbawi. Strach i maniakalną złość wywołuje raczej sam fakt, że ktoś inny będzie czymś się cieszył, coś posiadał lub z czegoś czerpał zyski. Motywacją obrońców patentów jest więc nie chęć zapewnienia sobie jakiegoś rodzaju wyłączności, ale pragnienie, by pozbawić owej wyłączności innych. Patent można by więc uznać za cel sam w sobie, a nie jedynie za środek do celu.

Tomasz Teluk o patentach
Tomasz Teluk, publicysta uznający siebie za libertarianina, ostatnim czasy objawił się jako wielki zwolennik własności intelektualnej. W pismach prawicowych, jak również w Internecie, mogliśmy przeczytać sporo jego tekstów na temat tego problemu (jest również komentatorem prestiżowej witryny techcentralstation.com, która jest mocno wspierana przez firmy robiące niesamowity interes na "własności intelektualnej").
Myślę jednak, że bronienie przez niego patentów jest niezwykle niesprawiedliwe, ponieważ próbuje zaczarować rzeczywistość i przekonać ludzi, że wszyscy wolnorynkowcy opowiadają się za ochroną własności intelektualnej. Spójrzmy chociażby na zdanie o zwolennikach wolnego rynku, którzy uznają istnienie własności intelektualnej i konieczności jej ochrony dla rozwoju gospodarczego świata. A kim dla autora są osoby związane z Instytutem Misesa w Alabamie? "Antykorporacyjnie nastawionymi cyberpunkami"? "Antyglobalistami"? Czy też może "socjalistami"? Naturalnie żadnym z powyższych. Są to libertarianie, przedstawiciele ruchu wolnościowego i szkoły austriackiej, którzy opowiadają się przeciwko własności intelektualnej. Jak Tomasz Teluk może ignorować całą masę innych wolnościowców z całego świata, którzy są przeciwko własności intelektualnej? Sądzę, że jego dobrzy znajomi ze Śląska, polscy libertarianie, czują się niezwykle urażeni tym, iż pomija ich w dyskusji i próbuje każdego przeciwnika WI sklasyfikować jako socjalistę. Nie znam dokładnych badań w tej kwestii, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że na świecie więcej wolnościowców (zwolenników własności prywatnej) jest przeciwko WI niż za nią.
Autor określił siebie również w jednym miejscu "anarchokapitalistą". Tymczasem każdy dobrze wie, że WI może być chronione tylko w warunkach państwowości. Jak autor godzi ten fakt ze swoimi doktrynalnymi przekonaniami? Jak godzi ten fakt z tym, że to państwo produkuje tytuły do "własności intelektualnej" i decyduje o tym, jak długo są ważne? Poza tym uważa siebie chyba (tak mniemam, a może się mylę) za zwolennika praw naturalnych. Jeśli tak, to dlaczego WI ma być ograniczona do jakiegoś wybranego terminu? Dlaczego nie ma trwać wiecznie jak każda inna własność? (znamienne jest to, że we wszystkich swoich tekstach TT całkowicie ignoruje ten argument i w ogóle się do niego nie odnosi).
Czy Murray Rothbard był zwolennikiem "własności intelektualnej"? I tak, i nie. Był zwolennikiem praw autorskich, ale nie patentów, wyraźnie wskazując, że są to monopolistyczne przywileje (zauważmy, że w tutejszej analizie nie ma znaczenia, czy mówimy o patentach czy prawach autorskich; mówimy o generalnych implikacjach dotyczących własności prywatnej). Nie można zatem upraszczać jakiegoś myśliciela tylko po to, żeby pasował nam do obrony jakiejś koncepcji. Dodajmy także, że Rothbard został znakomicie skrytykowany przez jednego z jego kontynuatorów, Stephana Kinsellę, którego libertariańska analiza "własności intelektualnej" to chyba najpoważniejszy cios w historii myśli, zadany jej zwolennikom. Pozwolę sobie także na uwagę, że Walter Block, jeden z czołowych uczniów Rothbarda, stwierdził, iż gdyby Rothbard żył, to z całą pewnością przyznałby rację Kinselli.
Zwróćmy uwagę na istotny problem, który pan Teluk poruszył w swoim tekście: Wydaje mi się jednak, że w przypadku każdego złożonego dobra, właśnie intelektualna warstwa każdego dzieła jest ważniejsza i zapewne dlatego praca konstruktora jest wyżej wyceniana przez rynek niż praca robotnika dokręcającego koła. Niewątpliwie jest to słuszna uwaga. Nikt nie deprecjonuje intelektualnych odkryć czy też innowacji. Są one kluczowe i dlatego wyceniane przez rynek zdecydowanie lepiej niż zwykła mechaniczna praca. Jednak podkreślmy, że są one właściwie wyceniane w systemie własności prywatnej. Nie ma powodu, aby wyceniać je powyżej rynkowego poziomu. A tak właśnie wyceniane będą, jeśli wprowadzone zostanie ograniczenie konkurencji. Przy okazji pragnę obalić mit, jakoby nikt nie miał inwestować w innowacje bez "własności intelektualnej". Firmy wprowadzają, chcą wprowadzać i będą wprowadzać innowacje, ponieważ walczą o klientów, a nie dlatego, że ktoś zabroni innym produkowania tego samego. Firmy płacą za "intelektualną pracę" nie tylko w sektorach patentowalnych, ale wydają mnóstwo pieniędzy w sektorze niepatentowalnym. I dalej by to robiły, gdyby zniesiono "własność intelektualną", tyle tylko, że zmieniłaby się struktura tych wydatków.
Odwołajmy się jeszcze do dwóch rzeczy z tekstu. Czytamy: patenty to nie monopole. Prosty przykład: patent na produkcję komputera Atari nie oznaczał ani monopolu na produkcji maszyn 8-bitowych, ani monopolu na produkcję komputerów (każdy mógł wymyślić np. lepszy model 16-bitowego IBM), ani żadnego monopolu w ogóle. Firma upadła, co dowodzi, zgodnie z klasyczną nauką ekonomii, że monopolem nie była, bo upadła na rynku, a nie na skutek cofnięcia ochrony przez państwo. Zaznaczmy pewien fakt kursywą, żeby był jasny: to, że firma otrzymuje monopol od państwa w żadnym wypadku nie oznacza, że nie może zbankrutować. To, że ktoś otrzymał wyłączność na produkowanie jakiegoś dobra, nie oznacza jeszcze, że konsumenci będą już zawsze kupować jego produkt. Zawsze zostaje mechanizm po ich stronie ? zawsze mogą zrezygnować z kupowania tego produktu (i na przykład przerzucić się na jakieś dalsze substytuty albo po prostu w ogóle zrezygnować z zaspokajania danej potrzeby). Sądzę, że pan Teluk powinien uważniej studiować klasyczną naukę ekonomii, zanim będzie wyciągał tak absurdalne wnioski.
Następnie czytamy drugi argument: własność intelektualna ma charakter nie tylko materialny, ale konkretny i osobisty. Czytelnik nie może znać treści tego artykułu, dopóki go nie przeczyta. Informacja właśnie w trakcie pisania ulega materializacji, dzięki której sprzedaję tekst redakcji, a jeśli coś się sprzedaje i kupuje, to nie ma wątpliwości, że "to coś" istnieje i jest taką samą formą własności, jak posiadanie komputera. Przesłanki w tym akapicie możemy uznać za prawdziwe, ale jakim cudem można dojść do konkluzji, że "to coś" jest taką samą formą własności jak posiadanie komputera?
Równie dobrze można tak uzasadnić podatki: "podatki mają charakter nie tylko materialny, ale konkretny i osobisty. Podatnik nie może zapłacić podatku, dopóki go nie zapłaci. Podatki właśnie w trakcie ich płacenia ulegają materializacji, dzięki której państwo sprzedaje usługi publiczne, a jeśli coś się sprzedaje i kupuje, to nie ma wątpliwości, że "to coś" istnieje i jest taką samą formą własności, jak posiadanie komputera". Czy takie ad absurdum wystarczy?
Tak, WI ma charakter "konkretny i osobisty". Tak, ludzie nie znają formuły i nie znają treści, zanim nie kupią. Tak, możemy mówić tutaj metafizycznie o "materializacji". Tak, możemy mówić tutaj o handlu. Ale skąd wniosek w ogóle, że sprawia to, iż jakaś informacja jest takim samym obiektem jak realna własność? Ten wniosek jest całkowicie nieuzasadniony (autor nie powiązał w żaden sposób przejścia od strony opisowej do normatywnej). Poza tym, jak widzieliśmy w naszej analizie powyżej, jeśli Tomasz Teluk pisze tekst w zamian za pieniądze, to zobowiązuje się wykorzystać swoje ciało w określony sposób w zamian za monetarne przychody. To sprawia, że pisze jakieś znaki na kartce czy w pliku, który przekazuje jakimś osobom. One z kolei sprzedają tę kartkę komuś. Nie ma tu jednak żadnego procesu "zawłaszczania" określonego układu literek, tylko jest egzekwowanie prawa własności do swojego ciała (swoich palców) i prawa własności do swojego komputera (czy też kartek, na który się pisze).

Konkluzja: prawa własności i konkurencja
Z początku naszej analizy widzieliśmy, że prawa własności dotyczą rzadkich zasobów. Natomiast informacja czy wiedza per se nie są rzadkie ? one stają się "rzadkie" ze względu na rzadkość realnych przedmiotów. Wiedza zawarta w Human Action jest rzadka dlatego, że ograniczona jest liczba wydanych książek, dlatego, że trzeba przebyć jakąś drogę, aby tę książkę dostać. Jest ograniczona, dlatego, że człowiek musi zaangażować swoje (rzadkie) ciało w studiowanie tego dzieła (konsumować rzadki czas). Kod źródłowy programu nie jest rzadki ze względu na swoją naturę, ale jest czyniony rzadkim na skutek odpowiedniego korzystania z własności rzadkich przedmiotów (na przykład ktoś włada swoim ciałem i milczy na ten temat, nie zdradzając tajemnicy). Film w kinie nie jest rzadki dlatego, że ma taką naturę, a dlatego, że ściany uniemożliwiają oglądanie jego przez przypadkowych przechodniów. Jest rzadki dlatego, że wymaga taśmy, z której będzie puszczany. To są naturalnie wszystko obiekty własności. Jednakże wszystko to są rzadkie obiekty. Sama idea, pomysł, wzór czy kod nie są "rzadkie", więc nie mogą być zawłaszczalne. Stąd naturalnie nie może być do nich prawowitych tytułów własności (i jak widzieliśmy w naszej praktycznej analizie, WI oznacza częściowy tytuł własności do bogactwa innych osób).
Rynek opiera się na poszanowaniu własności. To poszanowanie własności umożliwia konkurencję na rynku i walkę o klienta. Naturalne jest, że jeśli ktoś wykorzysta swoją własność w jakiś sposób, który umożliwi zwiększenie liczby klientów i uzyskanie większych przychodów, to inni przedsiębiorcy również mogą naśladować tego producenta po to, aby również zwiększyć satysfakcję konsumentów. Naturalne jest to, że jeśli pojawił się pierwszy producent wina i zaczął zarabiać na tym pieniądze, to inni właściciele środków produkcji niezbędnych do wytworzenia wina, również zabrali się za tę działalność. To niewątpliwie wpływało na to, że zyski pierwszego producenta były niższe. Jednakże właśnie o to chodzi w konkurencji.
Ktoś mógłby zaprotestować i stwierdzić, że takie zachowanie jest nie fair, ponieważ nowi producenci korzystają na innowacji pierwszego producenta. Z pewnością tak jest, ale dlaczego to miałoby być zakazane czy dlaczego ktoś ma być zmuszony do płacenia? Na świecie dzieje się mnóstwo rzeczy, które wpływają pozytywnie na nasze życie, a wcale za nie płacimy. Całe społeczeństwo jest jednym wielkim "efektem zewnętrznym". Jeśli kapitaliści oszczędzają pieniądze i przez to spada stopa procentowa, przedsiębiorca może taniej wziąć kredyt. Czy to, że im za to nie płaci, jest w jakiś sposób nie fair albo należy kogoś do tego zmusić? A czy jeśli, na przykład, będę się powoływał na Adama Smitha w moich tekstach i przez to będzie rosła sprzedaż Bogactwa narodów, ale ja nie będę otrzymywał pieniędzy, będzie nie fair? A czy to, że jeśli Tomasz Teluk powie, że lubi czytać Paragraf 22 i zachęci swoich czytelników do kupowania Hellera, ale nie otrzyma za to pieniędzy od wydawnictwa, jest w jakikolwiek sposób nie fair?
Odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Wszystkie nasze działania wpływają na społeczeństwo i na wartość własności innych ludzi. Nie to jednakże jest podstawą teorii własności.

 

Mateusz Machaj
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 4894 razy
Więcej w tej kategorii: « Marks w Afryce List czytelnika »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.