niedziela, 29 sierpień 2010 11:15

Kapitalizm poństwowy, "Solidarność" i ja

Napisane przez

Nosiciele kapitalizmu państwowego mają nade mną tę przewagę, że ich dzieło jest przerażające w swych rozmiarach i obezwładniające w skutkach. O ile stan przerażenia minie z czasem (bo ileż można się bać?), o tyle stan osamotnienia i obezwładnienia niekoniecznie.

Kiedy przeciętny człowiek dowiaduje się o kolejnych aferach finansowych i politycznych, może czuć się bezsilny z kilku powodów. Po pierwsze, skala zjawiska przerasta jego wyobraźnię. Po drugie tworzenie kapitalizmu państwowego ciągle przebiega wedle litery "państwa prawa", za którym on niegdyś się opowiedział. Zresztą słusznie, że się opowiedział, tym bardziej że nie mógł wiedzieć, iż "państwo prawa", okaże się formą bezprawia. Po trzecie ? nawet gdyby chciał coś zmienić, nie ma faktycznie na nic wpływu. Jest, co prawda, grono optymistów, którzy nieustannie zapewniają, że mamy na coś wpływ, a Polska idzie i rozwija się we właściwym kierunku. Są to jednak zwykle ludzie pierwszych rządów III Rzeczypospolitej, sami odpowiedzialni za tworzenie kapitalizmu państwowego. Dziwne zatem byłoby, gdyby mieli wylewać z kąpielą własne dziecko. Nie mając realnego wpływu na kształt polskiego, jak i swojego osobistego grajdołka, możemy mieć jeszcze pretensje do siebie. Że wybraliśmy nie tych ludzi, co trzeba, nie ten sejm, senat, nie ten ustrój. Lecz nawet gdybyśmy z własnych łez utoczyli jezioro ? to również niewiele zmieni.
Mamy więc niejako prawo dostać kręćka i głosić wokół, że mimo wszystko czegoś się jednak trzeba trzymać. Wiele osób tak mówi, głównie dlatego ? jak sądzę ? by nie doświadczyć jeszcze głębszego pomieszania z poplątaniem. Pogląd ten, który jest niczym innym jak wyrazem zagubienia, uaktywnia się zwykle tuż przed wyborami. Ludzie mówią wtedy, że od dziś będą głosować tylko na osobników sprawdzonych i rozsądnych. strzec, że dogadywanie się "Jak Polak z Polakiem", może być równie dobrze porozumieniem elit, ale... ponad głowami narodu. Słabością strony solidarnościowej było to, że w ogóle neurotycznie marzyła o władzy (na jakimkolwiek jej poziomie). Siłą komunistów natomiast był fakt, że bez żadnego ryzyka mogli część władzy oddać. Oczywiście, nie za darmo. W zamian za rejestrację "Solidarności", negocjatorzy społeczni musieli nie tylko zaakceptować, ale przede wszystkim pobłogosławić to, że gospodarka, sektor państwowy i administracja pozostaną w rękach komunistów i służb specjalnych. Umowa ta została faktycznie zrealizowana z pewnym poślizgiem ? kilka lat później, przy okrągłym stole. Ale cóż to w końcu kilka lat w obliczu historii. Tym bardziej jeżeli tę historię tworzy się osobiście. Na tym mógł zasadzać się Wielki Interes, jak i Historyczne Porozumienie.
Zebrane wokół głośników tłumy, ślęczący za płotami zakładów i ci, co klęczeli w kruchtach kościołów na modlitwie, nie musieli przeczuwać nawet, że istota negocjacji wcale ich nie dotyczy. Negocjatorom, jak pokazał czas, nie chodziło wcale o ludzi jako takich, ale o wypracowanie jakiejkolwiek formuły współrządzenia. Natomiast w historii świata, jak ona długa i szeroka, masy nigdy nie rządziły ani nie współrządziły. To od wieków było zarezerwowane dla elit. Elity mogły zatem równie dobrze i spokojnie negocjować dla siebie i własnych, jak się potem okazało, ogromnych ambicji politycznych. Tacy starzy wyjadacze polityczni, jak Mazowiecki i Geremek, musieli doskonale wiedzieć, że lud i tak się uspokoi. Mimo że w wyniku negocjacji otrzymał groszek i ocet w sklepach, jak i możliwość zapisania się do NSZZ "Solidarność". Nic poza tym.
Zarejestrowanie i istnienie "Solidarności" dawało poczucie wolności. Czas jednak pokazał, jak wielkie było to złudzenie. Odrzucając ówczesną propagandę solidarnościową, Związek miał faktycznie tylko dwa mocne filary: międzynarodowe poparcie i dziesięciomilionową liczbę członków. Wewnętrznie był pusty niczym wielkanocna wydmuszka. Na ile okazał się jałowy, niech świadczy fakt, że przez szesnaście miesięcy istnienia, nie wydał z siebie ani jednej znaczącej indywidualności politycznej, żadnej kreatywnej idei, która określałaby jakąś sensowną przyszłość, ani nawet pomysłu politycznego. Nic, co byłoby równowagą wobec komunizmu.
W poczuciu braku tożsamości, uwikłani w wewnętrzne sprzeczności i niedorzeczności, tuż przed stanem wojennym, czołowi działacze Związku, uroili sobie, że przejmą kontrolę nad produkcją największych zakładów pracy ("Sieć"), czyli nad państwem. To był czysty anarchosyndykalizm, modny... ale w dziewiętnastym wieku. Zastosowano go jeszcze w 1936 roku w Hiszpanii, tylko po to, by rozłożył ostatnie istniejące fabryki.
Nie będziemy się tu jednak zajmować historią "Solidarności" jako taką, wróćmy do początku. W amoku Sierpnia 80 roku, nikt nie dostrzegał, bo nie chciał widzieć, że oto powstaje wielki twór, tyle że bez żadnych właściwości. Od pierwszej chwili jej powstania do dzisiaj nikt nie wie, czym naprawdę była "Solidarność". Mówią, że była ruchem, ale wówczas porywałaby masy jeszcze teraz, a nie porywa; partią polityczną, wtedy zmiotłaby komunizm z powierzchni ziemi, a nie zmiotła; gdyby choć objawiła się jako siła, lecz miast tego się "samoograniczyła" (do dziś nie wiadomo po co); na koniec chyba była związkiem zawodowym, którego śladu działalności szukać ze świecą. Nie była również typową rewolucją. Może przez chwilę świeżym oddechem ? niczym więcej.
Jak wielu, staram się znaleźć przyczynę, dlaczego po chwili chwały, którą przeżyła, stała się jej cieniem. Na pewno nie ma jednoznacznej odpowiedzi. I pomijając takie detale, że okazaliśmy się narodem na wskroś postkomunistycznym, że nasz masowy katolicyzm można spokojnie wrzucić do kosza przy biurku ks. Rydzyka; a o honorze, lojalności i cnocie, możemy już tylko dowiedzieć się z książek Conrada... Jeżeli jeszcze je czytamy. Pomijając to wszystko, co stanowimy rzeczywiście, na jedno jednak należy zwrócić uwagę, że "Solidarność" powstała w wyniku negocjacji konkretnych osób. Natomiast głównymi animatorami okazali się ludzie o rodowodzie stalinowskim. Nie jest ważne już, czy był to przypadek, czy nie. Ważne jest, że z pewnością nie potrafili odrzucić starego sposobu myślenia. Albo ? co gorsza ? świadomie dążyli do tego, by Związek przyjął taki kształt, w jakim ostatecznie zaistniał ? bezideowej galarety. Chaos, który nastąpił podczas szesnastu miesięcy istnienia Związku, głównie był konsekwencją tej bezideowości. Dla żywotności systemu miało to swój głęboki sens. Komunizm bowiem, wbrew powszechnemu mniemaniu, wcale nie umierał, lecz jedynie zmieniał swe oblicze. "Solidarność" taka, jaką ją wynegocjowano, nie była dla niego żadnym zagrożeniem ani alternatywną siłą. Natomiast uwiarygodniała go na zasadzie, że z komunistą można się jednak dogadać, właśnie jak: "Polak z Polakiem". Można również postawić twierdzenie, że powstanie Związku było korzystne dla komunistów co najmniej w dwóch powodów: Solidarność dała początek uwiarygodniania systemu jako takiego i wyłoniła obdarzoną społecznym zaufaniem elitę, która kilka lat później podjęła z komunistami kolaborację, już jawnie ponad głowami narodu ? tworząc w świetle prawa fundamenty pod kapitalizm państwowy. Masy, które wcześniej niewiele się liczyły, teraz przestały się liczyć w ogóle. Chyba że liczą się jeszcze ? ale tylko w badaniach opinii publicznej.
Od samego początku mógł to zatem być akt zdrady środowiskowej. Niektórzy stawiają sobie nawet pytanie, kiedy ona nastąpiła. A że nastąpiła, nie ma nawet sensu udowadniać. Powszechnie wiążemy akt zdrady z okrągłym stołem. Jak i z latami po nim. Są to już jednak tylko ponure skutki ? zwykły podział łupów. Zdrada nastąpiła wcześniej, podczas negocjacji w Sierpniu 80 roku. Nawet nie w trakcie całych czternastu dni, ale w pierwszych godzinach albo nawet minutach. Gdy obie strony siadły po obu stronach i spojrzały sobie w oczy. Łączyło ich prawie wszystko, co najważniejsze. Główni negocjatorzy i doradcy znali się towarzysko i niejednokrotnie przyjaźnili. Mieli też wspólną przeszłość polityczną (przez 11 lat stalinizmu Mazowiecki był redaktorem naczelnym najbardziej stalinowskiego pisma katolickiego "Dziś i jutro"). Geremek nie pozostawał w tyle (Niegdyś strzelał z pistoletu w powietrze na widok procesji Bożego Ciała, która przechodziła pod jego balkonem). Łączył ich również wspólny lęk przed naruszeniem pryncypiów, czyli fundamentalnych zasad systemu. I wreszcie obie strony w równym stopniu mogły obawiać się tłumów oczekujących pod gmachem BHP, jak i ogarniających Polskę strajków. Według relacji Andrzeja Kołodzieja, Wałęsa był przerażony falą strajków. Chciał, by ograniczyły się do Stoczni Gdańskiej, a w pierwszych dniach dążył wszelkimi siłami do zakończenia i tego strajku, co uniemożliwiły Alina Pieńkowska z Anną Walentynowicz.

(?)

 

 

Krzysztof Gulbinowicz
Wyświetlony 7193 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.