poniedziałek, 30 sierpień 2010 10:48

Uwiedzenie w zło

Napisane przez

Rozumiem Bronisława Wildsteina, o ile przyświecającą mu intencją było spowodowanie wstrząsu i zmuszenie tak władz, jak opinii publicznej, do wzięcia odpowiedzialności za lustrację. Aspekt czysto prawny- czy wyniesienie z IPN (wbrew woli szefa Instytutu) listy osób, jakimi interesowała się bezpieka, było legalne - ma tu znaczenie, niestety, drugorzędne. Niestety, ponieważ w państwie prawa, teoretycznie biorąc, każda władza, przeto także i czwarta władza, czyli media, powinna uszanować zasadę legalizmu. Niestety, gdyż złe prawo łatwo poznać po jednym: nie da się go długo przestrzegać, w skutek czego jest stale łamane. I jeśli Rzymianie podkreślali, że surowe prawo jest zawsze lepsze od bezprawia, to chodziło im o prawo surowe, a nie złe.

Prawo dotyczące lustracji jest w Polsce złe także dlatego, iż a priori wyklucza kategorię osób współpracujących z tajnymi służbami PRL, a mimo to przez nie skrzywdzonych. Skrzywdzonych także przez sam fakt uwiedzenia do współpracy. Jeśli bowiem uznać realny komunizm za swego rodzaju społeczną (i w następstwie także duchową) chorobę, zagadnienie kształtowania się decyzji, czy odmówić współpracy, ukazuje się w perspektywie życia każdego z nas pod presją całych zdemoralizowanych środowisk ? nie bez powodu tak często w opisie PRL przywoływano pojęcie Gogolowskich martwych dusz, gdzie w mieście jest jeden tylko uczciwy człowiek, a i on, prawdę mówiąc, świnia. W systemie tym przemoc fizyczna i psychiczna były zjawiskiem nagminnym; nie istniały, przynajmniej w szerszej świadomości, mechanizmy obrony prawnej przed szykanami ze strony SB. Odmowa współpracy wymagała więc odwagi, jeśli nie biegłej znajomości prawa. Wymagała też zdystansowania się do kariery, która mogła ulec zwichnięciu. W tej sytuacji nasuwa się pytanie, czy ktoś, kto zastraszany lub bity, bądź po prostu nieświadomy sensu swej decyzji ugiął się i podpisał cyrograf, nie jest ofiarą w takim samym sensie, jak molestowana kobieta albo dziecko.
Kiedy poznawałam dzieje reakcji społecznej na gwałt, uświadamiałam sobie coraz jaśniej, iż współczucie dla jego ofiary jest zjawiskiem zgoła nowym, zaś mniej drastyczne pojęcie molestacji nadal postrzegane bywa jako rodzaj histerii wywołanej przez feministki. Rzecz w tym, iż przełamanie stereotypów dotyczących nadużyć seksualnych nie ogranicza się tylko do potępienia samego aktu przemocy. Przezwyciężenie stereotypów jest o wiele trudniejsze w kwestii uznania, że ofiara zachowała godność pomimo utraty pewnych tradycyjnie cenionych walorów. Jednak jeszcze po wojnie na Południu USA biała kobieta zgwałcona przez czarnego powinna była popełnić samobójstwo w poczuciu hańby. W Europie kobieta bezapelacyjnie traciła "cześć" oraz "cnotę", i było to dodatkowym jej nieszczęściem, bo nie sposób pozbierać się psychicznie bez samoakceptacji. Tymczasem ani nędza rodziny, ani naciski pracodawcy, ani kompletna nieświadomość (ceniona wszak w kulturze wiktoriańskiej), względnie pragnienie dziecka, nie usprawiedliwiały "zejścia na złą drogę". Gdy kanonizowano w 1950 roku Marię Goretti, 11-letnią dziewczynkę, która zmarła zakłuta nożem podczas zmagań z gwałcicielem, ale też dzięki temu uniknęła defloracji, podkreślona została jej bohaterska postawa w obronie dziewictwa, lecz nie życia. I tym samym święta nie jest bynajmniej patronką dziewczynek, którym nie udało się obronić. Przezwyciężenie stereotypu dokonało się dopiero w wyniku przyznania, iż formalne kryteria nieskazitelności są niewystarczające, a mogą być bezduszne i zwodnicze, kiedy utożsamia się je z wartością ludzkiej osoby.
Podobieństwo plagi donosicielstwa w komunizmie do molestacji seksualnej jest bardzo bliskie. Powtórzę: metodami ubeków były tak samo szantaż, przemoc finansowa, emocjonalna i fizyczna, nękanie, upijanie kandydata. Oraz wszechobecna dezinformacja, już od szkoły; nikt tam nie uczulał na niestosowność składania donosów, ani też na zbrodniczość UB, SB, KGB, Stasi, Sekuritate i podobnych formacji. Przeciwnie, nauczycielki same korzystały z klasowych "wtyczek", skarżypyctwa i niedyskrecji, a wiele wskazuje na to, że robią tak i dzisiaj, i nie tylko one, bo także proboszczowie, szefowie w pracy, posłowie na Sejm. Dziewczynie zgwałconej w jakiejś ciemnej ulicy mówiono więc dawniej: po cholerę tamtędy szła? Kobieta napastowana w hotelu lub mieszkaniu świeżo poznanego mężczyzny tylko wyjątkowo dochodzi później swoich praw, w obawie wyśmiania i niechęci środowiska, czego głośnym dowodem było niedawno upokarzające potraktowanie ofiary wieloletniej, grupowej molestacji w Bielawie na Dolnym Śląsku.
Podczas terapii molestowanych dzieci wychodzi na jaw szczególnie wstydliwy dla ofiar problem ewentualnej ekscytacji tym, co robił czy kazał robić dorosły. Molestowane dziecko częstokroć odczuwa pewien rodzaj satysfakcji płynącej z faktu, iż ma ono wpływ na stany dorosłego, oraz że "coś" o nim wie. Dziecko boi się tego, a zarazem jest zafascynowane, zaś fizyczna przyjemność towarzysząca wydarzeniu drastycznie wzmaga jego poczucie winy i nienawiść do siebie. Podobne emocje u agentów wyszły na jaw w ich rozmowach z amerykańską dziennikarką Tiną Rosenberg. Poświęcona lustracji jej książka Kraje, w których straszy, pokazuje całą groteskowość tych tragedii ludzkich, włącznie z neurotycznym pragnieniem bycia komuś potrzebnym. Atomizacja elementarnych więzi w betonowych blokowiskach odbudowanego od zera niemal Drezna, dla przykładu, nie była bowiem żadnym wymysłem socjologów. Tak samo jak relatywizm etyczny, erozja rodziny, znużenie oraz bierność szarego Homo sovieticusa, nędznej śrubki w imponującej maszynie społeczeństwa. Tak oto oficer prowadzący bywał Jedynym, który chciał mnie wysłuchać, gdy mówiłem", usłyszała Rosenberg.
Nie chcę bronić draństwa, jeśli jednak dzisiejsze lustracyjne zajęcia mają przynieść duchowe oczyszczenie, to nie wystarczy stwierdzić, że wystąpił finalny symptom moralnej choroby ? lub że ktoś ją ma. Uczciwa diagnoza lokalizuje problem, uściśla jego rozwój i zakres, przedstawia możliwości leczenia i ? co ważne w tej analogii ? nie odmawia uśmierzania cierpień tylko dlatego, że chory rzeczywiście sam się do tego doprowadził. Jak się jednak zdaje, polskie odrodzenie moralne wciąż dopuszcza istnienie jakichś schorzeń zwanych ? co ciekawe ? patologiami, których posiadanie dyskwalifikuje. "Patologiom" się nie współczuje. Ich nosiciele są po prostu wyrzutkami, jak w latach 90. chorzy na AIDS, których hospicja przepędzano z kolejnych miejscowości. Rzecz ciekawa: w reakcji na "patologie" powtarza się każdorazowo irytacja na sam pomysł, aby wypośrodkować stanowisko i zaniechać agresji, tymczasem w reakcji na chorobę nikt nie życzy sobie emfaz ani ostrych tonów.
Zakaz dostępu do własnej teczki dla każdego, kto nie był ewidentną, w definicji IPN, ofiarą, jest naruszeniem elementarnej równości obywateli wobec prawa. Oznacza, że posiadanie ? właśnie w okresie, gdy żadne oficjalne instytucje nie kształtowały asertywnych postaw i nie udzielały bezstronnych informacji (a przeciwnie, rozpowszechnianie tych ostatnich było karane) -słusznego światopoglądu rozstrzyga, czy jest się dziś obywatelem II kategorii. Mamy więc w rezultacie winę niewybaczalną oraz zakaz moralnej ewolucji, co okazuje się być nową wersją utraty dziewictwa. By nie sięgać aż do przypowieści o synu marnotrawnym, strawestuję po prostu Miłosza: Który skrzywdziłeś człowieka nędznego Śmiechem nad jego duszą wybuchając...

(?)

 

Urszula M. Benka
Wyświetlony 4764 razy
Więcej w tej kategorii: « Krótko Oświadczenie JOW »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.