Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 30 sierpień 2010 10:50

Czy wszyscy byliśmy "umoczeni"? (2)

Napisane przez

W polskich dziejach i literaturze
Co zrobić z ludźmi dążącymi do takiej albo innej kariery w "transformowanej" Rzeczypospolitej. Mam na myśli tutaj nie tylko tych, których przeszłość mogłaby stanowić okazję do szantażu (po to właśnie ustanowiono konsekwencje karne za "kłamstwo lustracyjne"), ale również bycie na przykład kimś, kto poucza innych, jak powinni żyć: publicystów, nauczycieli, duchownych... Jeżeli takich ludzi spotyka przykrość zawstydzenia z powodu ich konfidenctwa, to jest to zrozumiałe i moim zdaniem akceptowalne.


Jacek Soplica, znany nam z Pana Tadeusza Mickiewicza, miał świadomość swojego nagannego postępowania i dlatego dobre dla narodu dzieła pełnił jako "Ksiądz Robak", podobnie w Potopie Sienkiewicza płk Andrzej Kmicic przybrał nazwisko Babinicz, gdy jego prawdziwa tożsamość była zszargana piętnem zdrady narodowej.
Gdybyż tak nasi czołowi zdrajcy umieli naśladować literackiego ? ale za to szeroko znanego ? Jacka Soplicę! Nie wchodzić na przysłowiowe pierwsze strony gazet, lecz pozostawać w dobrowolnej abstynencji od służby publicznej, od korzyści majątkowych i prestiżowych z nią związanych: jako robak w prochu... / Zły przykład dla Ojczyzny, zachętę do zdrady / Trzeba było okupić dobrymi przykłady (Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz, ks. X, w. 832-834). Nie... raczej: z grzechów w nowe grzechy (tamże, w. 663). Oby jeszcze było tak dobrze, żeby każdy z nich mógł za Jackiem Soplicą powtórzyć przynajmniej to oto: Bo fałsz, żebym był w jakiej z Moskalami zmowie (tamże, w. 730)! Ale gdzież tam, wolą liczyć na to, że nadal sprawdzać się będzie fatalna reguła, powiadająca, że: Nawet gmin, który swoim tak łacnie uwłacza, / Tym, którzy Moskwie służą, szczęśliwszym ? przebacza! (tamże, w. 816-817). Kiedyś jednak mogą się przeliczyć...
Sprawiedliwość w obecnej Polsce pozostawia podobnie wiele do życzenia, jak w starożytnej Troi, o której Jan Kochanowski pisał w Odprawie posłów greckich następująco: O nierządne królestwo i zginienia bliskie, / Gdzie ani prawa ważą, ani sprawiedliwość / Ma miejsca, ale wszystko złotem kupić trzeba! Jednak czy aby dalszy ciąg tej mowy Ulissesa z cytowanego utworu nie pasuje właśnie do niejednego spośród czołowych zdrajców Polski także w najnowszych naszych dziejach? Przyjrzyjmy się: Jeden to marnotrawca umiał spraktykować, / Że jego wszeteczeństwa i łotrowskiej sprawy / Od małych aż do wielkich wszyscy jawnie bronią: / Nizacz prawdy nie mając ani końca patrząc, / Do którego rzeczy przyść za ich radą muszą." (zob.: Jan Kochanowski, Odprawa posłów greckich, w. 383-390.) Kochanowski napisał wszak Odprawę z myślą o Polsce, a nie o Troi! Chociaż nasz kraj przeżywał wtedy jeszcze swój ? jak to dzisiaj nazywamy ? "złoty wiek", poeta niepokoił się o jego przyszłość. Mniej więcej w tych samych czasach jezuita o. Piotr Skarga Pawęski prorokował rozbiory Polski i, niestety ? jak to się teraz kolokwialnie mawia ? "wykrakał" owo narodowe nieszczęście na dwa stulecia przed jego ziszczeniem się! Za czasów księdza Skargi, tak jak i teraz, Polska miała coraz bardziej beztroskie elity polityczne.
Za czasów Kochanowskiego, tak jak i teraz, Polska miała swoją "złotą młodzież", z której takie elity potem wyrastały. Wtedy jednak człowiek, który uważał, że on sam lub jego rodzina rozporządza dostatecznie dużymi wpływami, aby jawnie kpić sobie z ojczystego prawa, tragicznie się przeliczył. Mam na myśli Samuela Zborowskiego, który za zabójstwo, popełnione wprawdzie "w afekcie", ale w bliskiej obecności króla, podlegał w myśl ówczesnego prawa karze śmierci, został skazany tylko na banicję, jednak powrócił z niej samowolnie i po czterech latach (a w dziesięć lat po zbrodni, za którą go skazano) zuchwałego przebywania w Rzeczypospolitej został wreszcie schwytany i skrócony o głowę. (Wspomniany tutaj dramat autorstwa Kochanowskiego nosi datę o trzy lata późniejszą od roku, w którym Zborowski popełnił zabójstwo). Ten sławny banita i tak zresztą korzystał aż nadto z łaskawości króla Stefana Batorego, któremu Samuel wraz z rodziną pomógł uzyskać tron Rzeczypospolitej (a potem ? też z rodziną ? wielce bruździł przeciwko temu samemu królowi, za co z kolei jego brat Krzysztof został skazany na banicję i konfiskatę dóbr, zaledwie w rok po egzekucji Samuela...). Może jednak raczej odwrotnie: złoty wiek jeszcze trwał właśnie (m.in.) dlatego, że ówczesna Rzeczpospolita umiała upomnieć się nawet u wysokich swoich dygnitarzy o poszanowanie jej i jej praw? W następnym stuleciu istniały precedensy dzisiejszej "grubej kreski", czego dosyć znanym przykładem jest kariera księcia Bogusława Radziwiłła, kolaborującego na znaczną skalę z najeźdźcą i okupantem szwedzkim (1655), służącego też, wrogiemu Polsce, tzw. elektorowi brandenburskiemu, księciu Fryderykowi Wilhelmowi von Hohenzollernowi (1656). Nie tylko w Trylogii Henryka Sienkiewicza, ale, niestety, także w rzeczywistości, ów magnat uniknął grożących mu kar, ba ? powrócił do statusu dygnitarza w Rzeczypospolitej, którą był zdradził (został amnestionowany już w 1657 roku, a przez następne osiem lat, za zgodą króla Jana II Kazimierza, pełnił funkcję gubernatora Prus Książęcych). Nie wiem, czy autor Trylogii na tyle dobrze poznał "klimat" siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej, aby miarodajnie znać nastroje wśród ówczesnej szlachty, niemniej jednak w usta Jana Onufrego Zagłoby włożył następujące słowa o nowej karierze księcia Bogusława Radziwiłła: [...] po ludzku rzeczy biorąc, należałaby się takiemu skurczybykowi dobra chłosta. Ale widać, źle się dzieje w tej prześwietnej Rzeczypospolitej, jeśli podobni przedawczykowie, bez czci i sumienia, nie tylko kary nie ponoszą, ale w bezpieczności i potędze jeżdżą, ba! jeszcze obywatelskie funkcje sprawują. Chyba że zginiem, bo gdzież, w jakim kraju, w jakim innym państwie taka rzecz przygodzić by się mogła? [...] Wszelako nie jego to tylko wina. Widać, że i w narodzie sumienie obywatelskie i czułość na cnotę do reszty zaginęła. Tfu! tfu! on posłem! W jego bezecne ręce obywatele całość i bezpieczeństwo ojczyzny składają, w te same ręce, którymi on ją rozdzierał i w szwedzkie łańcuchy okuwał! Zginiemy, nie może inaczej być [...] Przecież prawo wyraźnie mówi, że nie może być posłem ów, który w obcych krajach urzędy sprawuje, a przecie on jest generalnym, u swego parszywego wuja, Prus Książęcych gubernatorem! (Henryk Sienkiewicz, Pan Wołodyjowski. Ten passus został dla naszych współczesnych potrzeb przypomniany publicznie już kilkanaście lat temu, w liście czytelnika Olafa Swolkiena na łamach "Nowego Świata", nr 15(346) z 20 stycznia 1993 r.). Nic dziwnego, że w takich warunkach nasze państwo było coraz mniej szanowane przez wrogów (Berlin i Moskwę), a nawet przez sojusznika-dłużnika (Wiedeń).
W dzisiejszej Polsce ludzie, którzy przez znaczną część swojego życia służyli obcemu, najezdniczo-okupacyjnemu i totalitarnemu reżimowi, chcą zachowywać nie tylko korzyści materialne, osiągnięte dzięki swojej kolaboracji z Sowietami ("prominenckie" emerytury, uprawnienia tzw. kombatanckie, odznaczenia, spore mieszkania i zagraniczne konta bankowe, wreszcie wykpiwane w podręcznikach PRL-owskich święte prawo własności do udziałów w swoich nomenklaturowych spółkach, które potworzyli w drodze nieuczciwego samouwłaszczenia, kosztem reszty narodu), ale ponadto są gotowi w razie "potrzeby" twierdzić, że to wszystko im się "należy" oraz lamentować o naruszaniu "praw nabytych", a na domiar wszystkiego przypisują sobie prawo wystawiania świadectw moralności ? albo niemoralności ? za zdrajcę ogłaszając takiego, który (jak płk. Ryszard Kukliński) zerwał lojalność wobec nich, najwyższy zaś patriotyzm upatrując w przypodchlebianiu się socjalistycznej metropolii, odległej od naszej stolicy o 1122 kilometry.
Zdrajcy Polski ? ci najpoważniejsi ? nie powinni jednak mieć prawa chodzić sobie, w dobrobycie i blichtrze, po polskiej ziemi! Jak pisał Stefan Żeromski o najeźdźcach z 1920 r. (w opowiadaniu Na probostwie w Wyszkowie), ci z nich, którzy ? jak tow. Julian Marchlewski i tow. Feliks Dzierżyński ? z polskiego narodu pochodzili i na polskiej ziemi wyrośli, nie powinni mieć prawa NAWET do mogiły w ojczyźnie! Oto dosłowny cytat: Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, stratował, splądrował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla niego już nigdy domem, ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmują stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła. Nie jestem za przywróceniem kary śmierci za zdradę ojczyzny, przynajmniej w czasach pokoju, nie jestem za zabijaniem. Jednak za drastyczne zawinienia powinny być drastyczne kary ? niechby były porównywalne, przynajmniej w wymiarze materialnym (= przepadek mienia), do tego, co sędziowie, dyspozycyjni wobec "jaruzelskiej" junty, zasądzili wobec płk. Kuklińskiego! Zdrajcy Polski (ci najpoważniejsi!) naprawdę zasłużyli na to, co zaproponował gen. Kiszczak niektórym więźniom politycznym krótko po stanie wojennym: rezygnujesz z wszystkiego, co tutaj posiadasz, i wyjeżdżasz NA ZAWSZE z Polski, albo (być może) i tak to utracisz, a na dodatek posiedzisz sporo lat w więzieniu (Propozycja min. Kiszczaka była złożona jedenastu więźniom politycznym, jednakże dwaj inni ministrowie tego samego rządu, Domeradzki i Urban, w 1984 r. publicznie sugerowali możliwość ustawowego przywrócenia kary banicji w Polsce. Byłoby może właśnie zasłużoną ironią historii, gdyby to przywrócenie nastąpiło, ale z "ostrzem" wymierzonym głównie w czołówkę komunistycznej elity?). Współcześni komuniści nie przyjechali z Armią Czerwoną starającą się podbić niepodległe państwo polskie. Wyjątek stanowią najstarsi z nich: przyszli z Armią Czerwoną, karierę robili w najściślejszym związku z tym faktem i w nadgorliwej lojalności wobec okupanta, a wreszcie zabiegali o sowiecką interwencję zbrojną w 1981 r. (Por.: Władimir Bukowski, Moskiewski proces. Dysydent w archiwach Kremla, Volumen, Warszawa 1998, str. 559-561). Kiedy zaś dokonywali historycznego oszustwa, polegającego na pozornym przekazaniu władzy wyselekcjonowanym środowiskom "opozycyjnym", starali się wpisać je (tzn.: to oszustwo) w schemat mający ? zgodnie z wolą Sztabu Administrowania Kryzysami, jak go nazwała prof. Jadwiga Staniszkis ? obowiązywać w całym bloku moskiewskim, od "Okrągłego Stołu" w PRL po "rewolucyjny" sztafaż, towarzyszący wymianie ekipy kierowniczej w Bukareszcie.

(?)

 

Konrad Turzyński
Wyświetlony 6281 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.