sobota, 02 październik 2010 13:29

Czy prawda zawsze leży pośrodku?

Napisane przez

Często słyszymy, albo sami wypowiadamy, odpowiedź twierdzącą na to pytanie. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy na jakiś temat słychać sprzeczne opinie, a trudno dowiedzieć się (lub trudno powiedzieć głośno...), jak jest naprawdę.

 

A czy tak rzeczywiście jest? Wiele lat temu słyszałem prelekcję słynnego Stefana Kisielewskiego "Kisiela"), a w niej anegdotę o pewnym posiedzeniu rządu Polski "Ludowej" w latach stalinowskich. Jeden z ministrów zachwycał się osiąganymi wynikami gospodarczymi, w czym dopomagały mu dane statystyczne, a wśród nich rozmaite "średnie". Na to zareagował inny uczestnik tego posiedzenia ? mniej więcej następującymi słowami: "jeżeli wy, towarzyszu ministrze, zdradzacie żonę cztery razy w tygodniu, a ja nigdy, to znaczy, że średnio cudzołożymy dwa razy na tydzień, ale co ja mam z tego za przyjemność, doprawdy nie wiem". Wybuch śmiechu po tej anegdocie pokazał, że nie tylko ów dawny dygnitarz, ale również słuchacze prelekcji "Kisiela" dobrze rozumieli, iż prawda nie zawsze leży pośrodku.
Po latach, kiedy socjalizm (w tzw. międzyczasie mianowany "socjalizmem realnym") został ogłoszony w całości jako "miniony okres", przysłowiowa "prawda leżąca pośrodku" ukazała się w postaci lansowania mody na mówienie, że "wszyscy byliśmy umoczeni". Dopóki słowa "lewica" i "socjalizm" powszechnie kojarzyły się mało korzystnie (ok. 1990 roku), dobrym sposobem na kryptoreklamę lewicy było udawanie, że podział na lewicę i prawicę jest nieaktualny, że to są pojęcia historyczne, które pora już zastąpić innymi.
Bardzo dogodnym chwytem było pakowanie do jednego worka "Solidarności 80", kierowanej przez Mariana Jurczyka, i OPZZ, kierowanego przez Alfreda Miodowicza ? w ten sposób związkowi Jurczyka przypinano etykietkę "populizmu" i zarazem tęsknoty za PRL, za "komuną". Zarazem celująca w tej metodzie socjotechniki "Gazeta Wyborcza" umiała w nekrologu postaci, ponuro zapisanej w historii Polski pod dyktaturą Bieruta (chorążego bezpieki Krystyny Poznańskiej-Gebert, organizatorki Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie), dodać: zawsze wierna ideałom lewicy społecznej, co pośrednio oznacza akceptację lewicowości (której ? tak jak i prawicy ? jakoby już nie ma!), a także jakąś formę tęsknoty za "komuną". Jak widać, prawo do tęsknienia za komuną zależy od tego, kto tęskni.
Szef tej gazety, Adam Michnik, to człowiek, który w latach siedemdziesiątych wylansował nazwę "lewica laicka" ? chyba specjalnie po to, aby objąć nią wszystkich, którzy o udział w komunizmie się "otarli", ale (jak on sam) przestali być członkami PZPR, i zasygnalizować tym samym jakąś wspólną platformę ideową, nadającą się do przyjęcia zarówno przez aktualnych, jak też przez byłych członków kompartii. Gdy nadeszły "nowe czasy", tenże polityk w dyskusjach telewizyjnych usiłował dystansować się od tego swojego pomysłu (wtedy jeszcze nie zdążyła powrócić "moda" na afiszowanie się lewicowością i socjalizmem), bowiem nazwę "lewica laicka" obracał w żart, dopowiadając "prawica muzułmańska". Wiadomo, że próżno by szukać w Polsce prawicy muzułmańskiej. Ale kiedy bojownicy "jasnogrodu" już nie umieli (albo nie chcieli) ukrywać, o którego przeciwnika im naprawdę chodzi, nie wzdragali się używać ani rzeczownika "prawica", ani dodawanych doń przymiotników: "narodowa" albo "katolicka".
Formuła "wszyscy byliśmy umoczeni" najbardziej przydawała się, ilekroć powracał temat lustracji i dekomunizacji. Tu wyżej wspomniany dziennik współzawodniczył z "dziennikiem cotygodniowym" pod wiadomym tytułem. Gaweł donosił i może przyczynił się do cierpień albo przedwczesnych zgonów swoich bliźnich, a Paweł tylko należał do reżymowych związków zawodowych (przed 1980 r.), chadzał na "wybory" i na pochody pierwszomajowe, ale przecież obaj byli "umoczeni" w komunizm. Zasada "prawdy pośrodku" jest przywoływana właściwie po to, aby nieustannie dawać szansę samousprawiedliwiania się tym, których "umoczenie" w komunizm sięgało ponadprzeciętnie głęboko: "musiałem" należeć do partii, bo na tym stanowisku nie można było inaczej; "nie mogłem" uniknąć regularnych rozmów z tajniakami, bo przecież piastowałem stanowisko kierownicze; "musiałem" udawać, że moja rodzina i zwłaszcza ja jesteśmy ateistami, bo w moim zawodzie ? wojskowego albo milicjanta (który to zawód sobie przecież wybrałem!) inaczej nie awansowałbym. I tak dalej...
Okazuje się mianowicie, że pogląd o prawdzie leżącej "pośrodku" jest naprawdę wymówką, ucieczką od zajęcia zdecydowanego stanowiska. Stosowany jest wtedy, kiedy rozmowa zmierza ? mówiąc krótko ? ku wartościom spornym. Kiedy trzeba opowiedzieć się po stronie jakiegoś niezbyt łatwego wymagania moralnego albo po stronie przeciwnej, albo "neutralnej", ale w każdym razie nie po stronie tego wymagania ani po stronie czegoś, z czego ono mogłoby wynikać. Czasem takie wymaganie dotyczy właśnie bezpośrednio stosunku do prawdy: czy mamy jej bronić nawet za cenę jakiegoś osobistego ryzyka? W XVI wieku kościoły protestanckie ? a w XVII wieku także Kościół katolicki ? zaczęły zwalczać pogląd, "hipotezę", jak ją nazywał ostrożnie sam jej autor) ks. kanonika Mikołaja Kopernika, że to Ziemia krąży wokół Słońca, a nie na odwrót. Traktując to zagadnienie całkiem serio i dosłownie: późniejszy rozwój nauki pokazał, że tym razem rzeczywiście prawda leży "gdzieś pomiędzy" tym, co głosił Kopernik, a tym, co przed nim powszechnie uznawano za prawdę ? w ślad za Ptolemeuszem i za powszednim świadectwem naszych zmysłów: i Słońce i inne obiekty w Układzie Słonecznym krążą wokół punktu, który jest ? jak to nazywają fizycy ? "wspólnym środkiem masy". Jednakże ten punkt znajduje się stosunkowo bardzo blisko Słońca... Z powodu jednego niepozornego miejsca w Biblii (Księga Jozuego, rozdz. 10, w. 1213) władze różnych kościołów chrześcijańskich były gotowe potępiać zwolenników poglądu Kopernika. Wówczas "fanatyczna" wierność prawdzie (astronomicznej) mogła rzeczywiście dużo kosztować...
W naszych czasach i w naszej "zachodniej cywilizacji" ryzyko, na które wystawia się człowiek w zakresie swojego stosunku do prawdy, jest zwykle nieduże (pomijam patologiczne przypadki, takie jak np. sytuację świadka w postępowaniu karnym, który może mieć powody obawiać się zemsty przestępcy za zeznanie prawdy dla niego, tego przestępcy, niekorzystnej...).
Może być ktoś wyznający "kreacjonizm", czyli tezę, że Biblię należy traktować dosłownie, także w tym, co dotyczy stworzenia świata. Poglądem zdecydowanie dzisiaj przeważającym wśród biologów jest to, co znamy pod nazwą "teoria ewolucji". Ktoś, kto wybiera kreacjonizm, a odrzuca teorię ewolucji, naraża się zwykle tylko na drwiny. Ale także to może być przyczyną do ucieczki w pogląd o prawdzie leżącej może nie dokładnie "pośrodku", lecz gdzieś "pomiędzy" ? Mojżeszem a Darwinem. (Nota bene, oficjalne stanowisko Kościoła katolickiego, od 1950 r., tj. od czasu encykliki Humani generis papieża Piusa XII, nosi cechy takiej właśnie "prawdy pośredniej"...).
Weźmy inny przykład: konflikt w małżeństwie, albo szerzej ? w rodzinie. Zwykle towarzyszą temu wzajemne zarzuty i pretensje. Część z nich wypowiada jedna strona, resztę ? strona przeciwna. Człowiek z zewnątrz może naprawdę nie wiedzieć, komu i w czym może wierzyć. I łatwo znajduje wytłumaczenie (które jednak może być zgodne z prawdą!) typu: "oboje mają rację", "każda strona jest współwinna", "nie ma dymu bez ognia". I to nawet nie musi być związane z lenistwem umysłowym tego kogoś spoza sporu, ani z jego wygodnictwem, asekuranctwem, niechęcią zrażenia do siebie którejkolwiek ze stron konfliktu. Przecież poznanie "całej prawdy i tylko prawdy" bywa często w takich sytuacjach zwyczajnie niemożliwe. Pomnóżmy teraz tę sytuację przez odpowiednio duży współczynnik, a dostaniemy obraz konfliktów między partiami, pomiędzy związkami wyznaniowymi, między narodowościami albo państwami.
Nie zawsze uznawanie prawdy za leżącą "pośrodku" jest czymś moralnie nagannym. Ale... właśnie w naszych "ponowoczesnych" czasach skłonność ku takiemu rozwiązaniu jest czymś natrętnym i na pewno niedobrym. Od przekonania, że w danym przypadku prawda może być praktycznie niepoznawalna, dość łatwo ześlizgnąć się do przekonania, iż tak właśnie jest w każdym przypadku i z zasady. Prawda, o ile nawet istnieje, ma to do siebie, że jak gdyby jej nie było. Bo nie da się ustalić niezawodnie, jaka ona jest (co jest jej treścią), a w takim razie nie ma sensu kierować się prawdą. Artysta proponuje mi swoje dzieło nie dlatego, że ono ma jakąś istotną wartość (estetyczną albo ideową), ale dlatego, że to służy zaspokojeniu jego próżności. "Każda sroczka swój ogonek chwali" mówi przysłowie pokrewne temu o prawdzie pośrodku.
Komunikat, który do mnie dociera, niekoniecznie został nadany dlatego, że jest prawdziwy, ale dlatego, że KOMUŚ jego nadanie ma przynieść korzyść: duchowny dlatego straszy mnie karami w życiu pozagrobowym, że dzięki temu będę gorliwszym wyznawcą tej samej religii i bardziej regularnie będę dawał datki na utrzymanie tego duchownego; polityk, namawiający mnie, ażebym na niego głosował, chce po prostu wygrać wybory i żyć na koszt budżetu; producent po to zamawia i opłaca reklamy swojego piwa, abym ja dał zarobić jemu, a nie konkurencyjnym browarnikom.
Owszem, w dziedzinie handlu (ale też nie pod każdym możliwym względem!) jest miejsce na "prawdę pośrodku"! Kiedy ktoś targuje się z kimś innym o cenę, to zazwyczaj dochodzą do uzgodnienia przy pewnym poziomie ceny, leżącym gdzieś pomiędzy stanowiskami wyjściowymi obu stron. I to jest ta rzeczywista cena za dane dobro materialne. Ale już między "dałem łapówkę" a "nie dałem łapówki" nie ma niczego pośredniego! To samo dotyczy "wzięcia łapówki" ? ma się rozumieć...
Kiedy przed Poncjuszem Piłatem stanął oskarżony Jezus z Nazaretu, powołujący się na swoje posłannictwo (dać świadectwo prawdzie), rzymski namiestnik zadał pamiętne pytanie: cóż to jest prawda? (Ewangelia wg św. Jana, rozdz. 18, w. 3738). Św. Paweł w Liście do Tytusa (rozdz. 1, w. 12) uczynił aluzję do pewnego Kreteńczyka Epimenidesa (filozofa i poety z VI wieku p.n.e.) ? jako "bohatera" anegdoty Eubulidesa z Miletu (greckiego filozofa z IV wieku p.n.e.). W myśl tej anegdoty Epimenides mówił, że wszyscy Kreteńczycy to kłamcy. Należy to rozumieć tak, że Kreteńczycy ZAWSZE kłamią, ale naprawdę chodzi o kłamliwość tej właśnie wypowiedzi Epimenidesa, Kreteńczyka przecież.
Prościej można by to wyrazić tak oto: "niniejsze zdanie jest fałszywe". Jeśli to zdanie w cudzysłowie jest prawdziwe, to zgodnie z jego treścią jest właśnie... fałszywe. I na odwrót ? jeśli ono jest fałszywe, to zgodnie z jego treścią jest właśnie... prawdziwe. Jak więc to jest: czy zdanie "niniejsze zdanie jest fałszywe" jest prawdziwe czy fałszywe? Tę anegdotę i zawartą w niej zagadkę nazwano "paradoksem kłamcy". Przez dwadzieścia kilka stuleci nikt nie umiał go rozwiązać, co tylko przydawało mu sławy. Dopiero w XX wieku znaleziono pierwszą sensowną odpowiedź na ten problem ? zakaz formułowania zdań stwierdzających cokolwiek o samych sobie (wymyślił to Polak, Stanisław Leśniewski). Najważniejsze jednak ? z punktu widzenia, o który tutaj chodzi ? jest to, że paradoks kłamcy zacierał różnicę między prawdą a fałszem.
(?)
Konrad Turzyński
Wyświetlony 5781 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.