wtorek, 07 grudzień 2010 01:09

Trędowaci wśród tubylców

Napisane przez

Im bliżej do Unii Europejskiej, tym bardziej podnoszą się głosy zaniepokojone napływem cudzoziemców, możliwością utraty kultury narodowej, że przestaniemy być Polakami. A kim jest Polak? Najprostsza, intuicyjna definicja podpowiada, że to człowiek polskiej krwi, szanujący narodową tradycję, posługujący się językiem polskim, jako rodzimym, a jego przodkowie mieszkali tu od wieków. Lecz to nie takie proste!

Propaganda w PRL-u głosiła jako wielki sukces, że Polska Ludowa stała się państwem praktycznie jednonarodowym, z niewielkimi tylko mniejszościami narodowymi. Ten komunistyczny "sukces" mści się teraz, gdyż powoduje fobie wobec obcych, przejawiające się to w poczuciu wyższości, to w poczuciu niższości wobec nich. Spróbujmy spojrzeć na sprawę bez kompleksów.

Rzeczpospolita Wielu Narodów

 
Kompleksów tych ani fobii nie mieli nasi przodkowie, przywykli do codziennego obcowania z rozmaitymi nacjami. Nazwa Rzeczpospolita Obojga Narodów to spore uproszczenie. Oprócz bowiem Polaków i Litwinów zamieszkiwali ją w wielkiej liczbie ? przekładając na dzisiejsze kryteria ? Ukraińcy, Białorusini, Niemcy, Łotysze, przejściowo Estończycy, na południowym pograniczu drobne społeczności Czechów i Słowaków, trzymające się terytorialnie razem mniejsze grupy napływowych Ormian, Szkotów, Węgrów, Holendrów (tzw. osadnictwo olęderskie; nazwa objęła później także Niemców i Polaków, gospodarujących według reguł stosowanych przez przybyszy z Niderlandów; por. Jerzy Szałygin, Kolonizacja "olęderska" w Polsce, "Opcja na Prawo", nr 7-8/2002), Tatarów osadzanych jeszcze przez księcia Witolda (XV w.), a do tego rozproszeni po całym kraju Żydzi, Cyganie...
Szlachcic, czy to Niemiec, Białorusin, Litwin, Łotysz (Inflantczyk), mógł zajmować najwyższe urzędy w państwie, a w dobie wolnych elekcji kandydować nawet do tronu, byle był katolikiem. Chłop lub mieszczanin miał ? czy to Polak, Ormianin, Ukrainiec (Rusin) ? status jednakowy, niezależny od narodowości.
Dynastia piastowska uważana jest za czysto polską. Zgoda, jeśli chodzi o Mieszka I. Ale już Bolesław Chrobry był w połowie Czechem, bo z matki Dąbrówki. Jego syn i następca zrodził się z Niemki. Dalsi Piastowie żenili się z księżniczkami niemieckimi, ruskimi, węgierskimi. Później mamy na tronie Wacława Czeskiego, Ludwika Węgierskiego i Jadwigę ? Węgierkę z francuskiego rodu Andegawenów, aż przychodzi kolejna „narodowa” dynastia Jagiellonów. Litwinów! Synowie Władysława Jagiełły zasiadający na krakowskim tronie, zrodzili się z jego drugiego małżeństwa z Sońką, ruską księżniczką. I oni, i ich synowie brali cudzoziemki za żony. Ostatni z Jagiellonów, Zygmunt August, za matkę miał Włoszkę, królową Bonę. Po nim Henryk Walezjusz ? Francuz i Stefan Batory ? Węgier z Siedmiogrodu (dzisiejsza Rumunia), który do końca nie nauczył się po polsku i porozumiewał się z otoczeniem po łacinie. Następnie trzech Szwedów z rodu Wazów, z odległymi koneksjami jagiellońskimi. Dalej Michał Korybut Wiśniowiecki ? Rusin, czyli Ukrainiec. Dopiero Sobieski. Ale znów cudzoziemcy ? dwóch Niemców, Sasów z dynastii Wettinów. Wreszcie krótkotrwały "antykról", Stanisław Leszczyński i na koniec Stanisław August Poniatowski (zwany stolnikiem litewskim; gdyby tak mu pogrzebać w genealogii?).
Okres rozbiorów to czas narastania niechęci do obcych, lecz i ? siłą rzeczy ? częste kontakty z nimi, osłabiające zarazem uprzedzenia narodowościowe. Jeszcze po 1918 r. daleko było od uprzedzeń dzięki pamięci o I Rzeczypospolitej oraz temu, że w II Rzeczypospolitej liczne były mniejszości narodowe. Częste kontakty osobiste z obcymi łagodziły kanty, mieli oni też swoich reprezentantów w Sejmie i Senacie, co traktowano jako oczywiste. Jeśli zdarzały się konflikty, to na tle ekonomicznym (Żydzi, Niemcy) lub z powodu irredentystycznych dążeń niektórych odłamów mniejszości (Ukraińcy, Niemcy).
Dopiero okres PRL-u przyniósł zdecydowaną niechęć wobec innych. Pomijam tu zrozumiałe wcześniejsze uwarunkowania historyczne, powodujące takie postawy, chciałbym bowiem skupić się na uwarunkowaniach wynikających z... no właśnie, z czego?

Trędowaci do leprozoriów

 
Przez kilkadziesiąt lat Polacy odzwyczaili się od kontaktów z cudzoziemcami. Francuz, Szwed, Anglik, w ogóle Europejczyk był nierozpoznawalny z wyglądu, dzielił z nami wspólne łacińsko-chrześcijańskie dziedzictwo kulturowe, podobną obyczajowość. Ale ci z Azji, Afryki? Nagle po 1989 r. zaczęło się roić od nich w kraju. Dla większości Polska to etap w drodze na wymarzony zachód Europy, acz niektórzy pragną osiedlić się na stałe.
Zrodziło się zaniepokojenie tak wielką liczbą wyraźnie odróżnialnych innych. Wraz z zaniepokojeniem przyszła niechęć do nich. Bardzo pouczająca pod tym względem jest praca zbiorowa Między piekłem a rajem. Problemy adaptacji kulturowej uchodźców i imigrantów w Polsce pod red. dr. Macieja Ząbka (Wydawnictwo Trio i Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, Warszawa 2002). Wielu rodaków odbiera bowiem cudzoziemców i ich obcość kulturową w kategoriach zagrożeń i dezorganizacji życia społecznego. Czasami powodem są drobiazgi: drażniący zapach przygotowywanych przez nich potraw (jakby nasza gotowana kapusta rozsiewała aromat!), językowa niemożność porozumienia się z nimi, niezrozumiałe zwyczaje życia codziennego ? a więc drażniące. Ponieważ jednak ta fala przybyszów zbiegła się u nas ze wzrastającym bezrobociem, w istocie są oni postrzegani jako konkurenci zabierający miejsca pracy (niezależnie od tego, jak jest naprawdę) oraz dojący budżet państwa (utrzymywanie obozów dla uchodźców), gdy przecież tak brakuje pieniędzy na zasiłki, emerytury, renty dla swoich.
Zrozumiałe, że ci, którzy chcą osiąść na stałe, powinni nauczyć się języka polskiego, nie manifestować demonstracyjnie swojej obyczajowości. To oczywiste, że należy przystosować się do zwyczajów domowników. Gdy zjeżdżamy do kogoś z wizytą, nie przesuwamy mebli wedle naszego upodobania, stosujemy się do pory ich posiłków itp. Toteż kiedy okazuje się, że Wietnamczycy w swoich mnożących się barach podają mięso z psów i kotów, uprzednio męcząc zwierzęta, żeby skruszały, budzi to zrozumiałe oburzenie tubylców. Jak i to, że na zapleczu tych jadłodajni jest brudno i niechlujnie.
Ale z drugiej strony, kiedy jest brudno i niechlujnie w barze prowadzonym przez Polaka, pana X, oburzenie kieruje się jedynie ku konkretnemu panu X. Kiedy w barze prowadzonym przez Wietnamczyka ? przeciwko Wietnamczykom w ogóle. Wiadomo, hordy barbarzyńców spoza granic cywilizacji wtargnęły do ogrodu.

(?)
Marek Arpad Kowalski
Wyświetlony 7033 razy
Więcej w tej kategorii: « Wiarygodność Egzotyczna swojskość »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.