wtorek, 07 grudzień 2010 14:12

Zbuk

Napisane przez

W jednej z książek Gilberta Keith Chestertona znajduje się anegdota o tym, jak to pewien biskup podejmował śniadaniem swoich proboszczów. Jak wiadomo, w angielskim menu obowiązkowe są boiled eggs, czyli, po polsku, jajka na miękko. Jeden z gości, po rozbiciu skorupki nieco się skrzywił: "Co się stało, księże proboszczu? -zapytał hierarcha. - Czyżby jajeczko było niedobre?". Zapytany, bojąc się dotknąć gospodarza, a religia przecież kłamać nie pozwala, odpowiedział z zakłopotaniem: "Ależ skąd, Ekscelencjo, jest dobre! Jest miejscami dobre".

Ta stara anegdota przychodziła mi na myśl, kiedy obserwowałem niezwykły telewizyjny benefis Adama Michnika, który przez 12 godzin zeznawał przed Sejmową Komisją Śledczą, w sobotę 8 i poniedziałek 10 lutego. Michnik okazał się znakomitym aktorem, wspaniałym oratorem, w jednej osobie prokuratorem, sędzią i adwokatem, filozofem i moralistą, niezachwianym obrońcą zasad i etosu dziennikarskiego, wolności mediów, czystości moralnej i ideowej. Nie kieruje nim nic tylko sama prawość, lojalność wobec przyjaciół, wobec swojej gazety i firmy, ale przede wszystkim wobec demokracji, tylko wzgląd na dobro Polski i odpowiedzialność. "Odpowiedzialność" ? to słowo pojawiało się w jego ustach najczęściej i odmieniane we wszystkich przypadkach. To właśnie ta odpowiedzialność za losy kraju kazała mu czekać prawie pół roku z ujawnieniem tej niesamowitej afery korupcyjnej, ta sama odpowiedzialność, która dzisiaj, kiedy musi zeznawać pod przysięgą, nie pozwala mu wymienić nazwisk ludzi, z którymi dzielił się informacjami o tej aferze, która każe mu nie pamiętać, co na ten temat mieli mu do powiedzenia Prezydent Rzeczypospolitej, premier, ministrowie, posłowie. Przysięga przysięgą, ale przecież człowiek jest omylny i mógłby przekręcić jakieś nazwisko, źle zrozumieć czyjąś wypowiedź, mógłby pomylić daty lub miejsca. A takie pomyłki człowiekowi tak odpowiedzialnemu jak Adam Michnik przydarzyć się po prostu nie mogą. Jak Adam Michnik coś mówi, to to musi być złoto, stal, prawda taka, której podważyć nikt nie jest w stanie. Dlatego, kiedy odpowiada na najprostsze nawet pytanie, w szczególności pytanie o miejsce, datę, osobę, to z jego ust nigdy nie padnie żadna data, miejsce, osoba, fakt, nigdy odpowiedź nie będzie "tak" albo "nie": za każdym razem odpowiedź musi być mniejszym lub większym traktatem moralizatorsko-filozoficznym. Dlatego to "przesłuchanie", czy może benefis jednego aktora, trwało na razie tylko 12 godzin, a ile jeszcze przed nami, może nawet sam Michnik nie wie.
W odniesieniu do prawdy materialnej, do ustalenia faktów, do ujawnienia jakichś nowych tropów w śledztwie, 12 godzin publicznego przesłuchania nie wniosło do sprawy niczego, czego byśmy już wcześniej nie wiedzieli. A co wiedzieliśmy? Wiedzieliśmy, że 15 lipca ubiegłego roku przyszedł do Wandy Rapaczyńskiej, formalnej właścicielki "Agory", Lew Rywin i, powołując się na premiera, zażądał 17,5 miliona dolarów plus parę dodatkowych koncesji ze strony "Gazety Wyborczej" w zamian za załatwienie odpowiedniego zapisu w pichconej właśnie w Sejmie nowej ustawie o radiofonii i telewizji. Zapisu, który pozwalałby "Agorze" na zakup telewizji "Polsat". Taką notatkę sporządziła Rapaczyńska dla Michnika. Adam Michnik natychmiast poszedł z nią do szefa rządu, który, a jakże! ? wszystkiemu zaprzeczył, ale to samo, kilka dni później, Rywin potwierdził w bezpośredniej rozmowie z Michnikiem, którą ten ostatni nagrał na taśmie. Michnik też zapewnił nas, że o sprawie wiedziało ok. 300 osób z najwyższych sfer rządowych i politycznych, którym wszystko osobiście opowiedział i pokazywał notatkę Rapaczyńskiej.
Tych aktorskich i oratorskich popisów redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" z zachwytem na twarzy wysłuchiwał przewodniczący Sejmowej Komisji Śledczej, wicemarszałek Sejmu, Tomasz Nałęcz. Jednakże dla mnie, który nabożnego stosunku do naszego "lidera etosu" nie podzielam, całe to michnikowe jajeczko jest jednym wielkim zbukiem, który cuchnie tak, że wątpliwe aby dało się znaleźć skuteczny dezodorant. Adam Michnik opowiada, że nie poszedł z tymi dowodami ani do prokuratury, ani do UOP-u, ponieważ nie ma zaufania do żadnej z tych państwowych instytucji. Żyjemy w demokratycznym państwie prawa, którego sam Michnik jest jednym z głównych twórców, ale żeby zaraz mieć zaufanie do organów tego państwa? Co to, to nie. Ten kompletny brak zaufania wcale jednak mu nie przeszkadza przyjaźnić się i publicznie afiszować z intymną, osobistą przyjaźnią z szefami tych instytucji, jakimi niewątpliwie są premier Leszek Miller i prezydent Aleksander Kwaśniewski. Im to Michnik wszystko opowiada tak, jakby nie ujawniał horrendalnego skandalu korupcyjnego, w który zamieszane są najwyższe osoby w państwie, tylko jak się opowiada dykteryjki u cioci na imieninach. Jeśli mamy wierzyć Michnikowi ? a któż by się ośmielił nie wierzyć? ? zarówno szef rządu, jak szef państwa, jak prokurator generalny, poklepują go po ramieniu i zamiast uruchomić podległe im służby, czekają na wynik "śledztwa dziennikarskiego". Które akurat niczego do dzisiaj nie wyśledziło.
Jednakże opowieści Michnika rzucają ciekawe światło na tę elitę, na "towarzystwo", w którym szef "Gazety Wyborczej" na co dzień się obraca. Jeśli jest prawdą, że pokazywał notatkę Rapaczyńskiej ok. 200 czy 300 osobom, to jest sprawą wręcz niesamowitą, że afera nie wypłynęła na powierzchnię, zanim Michnik jej w gazecie nie opisał! Toż to prawdziwa "omerta", jak w najlepszej mafii! Gdzie, w jakim kraju, znaleźć można prasę tak dalece "lojalną", żeby dziennikarze z innej gazety czy radia sprawy natychmiast nie podchwycili i nie wywlekli jako sensacji? Już wiemy, że Janina Paradowska próbowała coś przemycić w "Polityce", przeprowadzając wywiad z premierem, ale na interwencję samego Michnika, redaktor naczelny "Polityki" polecił usunąć z tekstu wywiadu fragmenty dotyczące tej sprawy. Jak nam to sam wyjaśnia w oświadczeniu opublikowanym w tym piśmie ("Polityka" z 15 lutego), uczynił tak przez "lojalność" wobec Adama Michnika, żeby przypadkiem nie odebrać mu zasługi pierwszeństwa! No, o dziennikarskiej "lojalności" tego rodzaju jeszcze nie słyszeliśmy w krajach, w których działają wolne media! Jeśli zatem prawdą jest, co opowiada Michnik, to media w Rzeczypospolitej są tak samo wolne i niezależne, jak świeże jest jajeczko w anegdocie Chestertona.

(?)
Jerzy Przystawa
Wyświetlony 6523 razy
Więcej w tej kategorii: « Od redakcji Filozofia zapaści »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.