wtorek, 07 grudzień 2010 16:35

Z nadzieją w Nowy Rok

Napisane przez

Na czoło wszystkich komentarzy politycznych w Polsce, w podsumowaniach dokonań i wydarzeń minionego roku, na pierwsze miejsce wysuwa się sprawa szczytu unijnego w Kopenhadze i historycznych negocjacji, które, jakoby, zapewniły wejście Polski do Unii Europejskiej i to na najlepszych z możliwych warunkach. Do znudzenia pokazywano nam w telewizji Leszka Millera, jak niezmordowanie, w znoju i trudzie, stawiał czoła zimnym negocjatorom europejskim i jak potem, triumfalnie wracał do Polski. Następnie były uściski, nawet buzi-buzi z Redaktorem Naczelnym "Gazety Wyborczej", chwała i oklaski.

Z przykrością i ze wstydem wyznać muszę, że tego niebywałego entuzjazmu nie podzielam. Po pierwsze, z powodów, o których długo by trzeba było mówić, nie budzą mojego zaufania jako negocjatorzy polskich interesów, ani sam premier Leszek Miller, ani jego poprzednik na stanowisku premiera, Józef Oleksy, ani minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz, ani główny negocjator prof. Jan Truszczyński, ani główny propagator prof. Sławomir Wiatr. Wszyscy oni, co do jednego, reprezentują bowiem stary, skompromitowany, komunistyczny układ polityczny, którego cechą dominującą było podporządkowanie Polski obcym interesom. Trzeba mieć niesłychanie dużo naiwnej wiary w zasadniczą przemianę dorosłych ludzi, politycznie powiązanych w najdziwniejsze układy, żeby wierzyć, że właśnie oni najlepiej nadają się do negocjowania polskich interesów. Niewątpliwie jest w Polsce spora grupa ludzi, którzy mają do nich zaufanie, ale ja do niej nie należę.
Po drugie, jestem zdania, że sprawa wejścia Polski do Unii Europejskiej, jest sprawą polityki globalnej i, jako taka, została już dawno rozstrzygnięta i to bez naszego udziału i poza naszymi plecami. Tak się bowiem składa, i ogromna w tym zasługa właśnie wymienionych wyżej negocjatorów, że Polska, jako państwo, nie odgrywa dzisiaj żadnej roli w polityce światowej i globalnej i z głosem polskiego rządu nikt się, poza Polską, nie liczy. Widzieliśmy w telewizorach, jak się serdecznie przyjaźnią Państwo Millerowie z pąństwem Schroederami, ale bez względu na serdeczność uścisków i pocałunków wymienianych w domu premierostwa, wspólna, rodzinna kolacja może ewentualnie mieć znaczenie dla tego, jaką posadę obejmie w UE dzisiejszy premier, dla Polski ma to podobne znaczenie jak wspólne polowania Goeringa z Mościckim.
W czasie "szczytu" słuchałem wywiadu z innym byłym polskim premierem, też wybitnym negocjatorem europejskim, Tadeuszem Mazowieckim, który apelował, aby te negocjacje przebiegły tak, "żeby Polacy nie mieli poczucia upokorzenia warunkami, na jakich się ich przyjmuje". To oddaje istotę rzeczy: polscy negocjatorzy pojechali do Kopenhagi jako zasłona dymna i parasol przed opinią publiczną w Polsce, której mieli udowodnić, że jest akurat odwrotnie, że z Polską wszyscy się jak najbardziej liczą i strasznie serio negocjują. Pod tym względem najbardziej wymowne było zachowanie się wicepremiera Kalinowskiego. Pan Kalinowski odgrywał specjalną rolę takiego niesłychanego twardziela, który pojechał do Kopenhagi tylko po to, żeby tam po męsku postawić, w imieniu polskich rolników, "twarde warunki". Przed wyjazdem z góry zapowiedział, że jeśli Kopenhaga tych warunków nie zaakceptuje, to on nie zgodzi się na nasze wejście do UE i dołączy do grona eurosceptyków lub wręcz przeciwników wejścia Polski do UE. Tym conditio sine qua non, warunkiem bez którego nasz mężczyzna nie wszedłby do Unii, było zaakceptowanie przez UE produkcji mleka w Polsce na wysokości 7,5 mln ton rocznie. Unia, jak wiadomo, ma mleka tyle, że mogłaby wybudować wielkie mleczne morze, i dlatego domagała się ograniczenia tej produkcji do 6 mln ton. Kalinowskiemu tak dalece się te negocjacje udały, że w kłamstwach nie potrafił zachować żadnego umiaru i przekonywał nas w telewizji, iż w ten sposób polscy rolnicy zyskali 4,5 miliarda dodatkowych złotych. Te 4,5 miliarda to wynik z pomnożenia 1,5 miliarda litrów mleka przez 3 złote, bo tyle, zdaniem polskiego ministra rolnictwa i wicepremiera, polski chłop dostaje za litr mleka! Ilustruje to tylko dodatkowo, z kim mamy tutaj do czynienia i jakimi ignorantami są ludzie, którzy pojechali nas reprezentować do Kopenhagi. Każdy, kto kupuje mleko w Polsce, wie, ze jego cena w sklepie waha się w okolicach 1-2 złote, ale rolnik – producent mleka może za litr mleka najwyższej jakości dostać najwyżej 60-70 groszy*.
Warto przyjrzeć się nieco uważniej temu głównemu postulatowi ministra rolnictwa. Kiedy rozpoczynaliśmy dynamiczny rozwój gospodarczy i transformację systemową, a więc w roku 1989, Polska produkowała 16 milionów ton mleka, czyli 16 miliardów litrów. Najnowszy Rocznik Statystyczny, informuje nas, że w roku 2000 ta liczba, w wyniku swoistego rozwoju polskiego mleczarstwa, spadła do 11,5 miliarda litrów, a więc o 28%, Jak teraz widzimy, Unia Europejska zażądała od nas ograniczenia produkcji mleka do 6 miliardów litrów, a więc prawie dwa razy mniej niż polskie krowy dawały dwa lata temu. Nasz męski Kalinowski dokonał cudu negocjacyjnego i doprowadził do tego, że unijni dobroczyńcy zgodzili się, aby polscy rolnicy produkowali zaledwie o 35% , a więc nieco więcej niż o jedną trzecią mniej niż w roku 2000, to jest przeszło dwa razy mniej niż w roku 1989.
Ponieważ tak się składa, że ogół polskich inteligentów jest przekonany, że mleko pochodzi z mleczarni, a mięso ze sklepu z wędlinami (teraz to wszystko zostało zastąpione przez supermarkety, więc może już i to rozróżnienie zanikło?), więc musze tu dodać parę uwag dla rozjaśnienia obrazu.
Spadek produkcji mleka o ponad jedną trzecią oznacza wybicie stada krów mniej więcej o tę samą ilość. I tak, kiedy w roku 1989 mieliśmy ok. 11 milionów sztuk bydła, to w roku 2000 już tylko 6 milionów. Teraz, dzięki "twardym negocjacjom", polscy rolnicy mają prawo hodować najwyżej 4 miliony. Innymi słowy: w roku 1989 jedna krowa żywiła 3-4 Polaków, teraz, za rządów Kalinowskiego-Millera, wypadnie jej żywić dziesięciu. Będą to więc prawdziwe krowy-żywicielki! To znaczy, one będą żywiły w ten sposób nas, szarych Polaków, bo niektórzy z nas pamiętają słynną, historyczną wypowiedź Jerzego Urbana z czasów, kiedy jeszcze był rzecznikiem rządu Jaruzelskiego: "rząd się sam wyżywi" i krowy nie są mu do tego specjalnie potrzebne.
Jak wykazują roczniki statystyczne, w ciągu ostatnich dwóch lat ilość produkowanego mleka w Polsce spadła z 11,5 do 7,5 miliarda litrów, czyli o pełne 4 miliardy litrów. Przyjmijmy, nie jak tego chce Kalinowski, który bredzi o 3 złotych za litr, ale że 1 litr mleka to dochód 1 złotego. Przyjmijmy w przybliżeniu, ze średnia płaca w Polsce to 20 tysięcy złotych (płaca minimalna została ustalona ostatnio na 800 złotych miesięcznie, co daje 9.600 złotych rocznie). Podzielmy 4 miliardy złotych przez 20 tysięcy i wyjdzie nam 200 tysięcy. Zatem spadek produkcji mleka o 4 miliardy litrów oznacza wysłanie na bezrobocie 200 tysięcy ludzi. W istocie znacznie więcej, bo polski rolnik roześmieje się nam w twarz, kiedy mu powiemy, że zarabia 20 tysięcy złotych rocznie.
Ten rachunek moglibyśmy kontynuować. Jak wiemy z tych samych danych, statystyczny polski deficyt w handlu zagranicznym sięga kwoty 20 miliardów dolarów USA rocznie. Jeśli przyjąć, ze przeciętny Europejczyk w UE zarabia rocznie 20 tysięcy USD, to z podzielenia 20 miliardów USD przez 20 tysięcy otrzymamy cały milion miejsc pracy na Zachodzie, jakie biedna Polska utrzymuje w swoim marszu do UE. Oczywiście, milion miejsc pracy na Zachodzie, to co najmniej 3-4 miliony miejsc pracy mniej w Polsce. Z powyższych powodów nie jestem w stanie przyłączyć się do chóru klakierów i entuzjastów i nie potrafię rozbudzać nadziei na dobrobyt, który ma wyniknąć z tego, że będziemy używali euro zamiast złotych.

(?)
Jerzy Przystawa

* Liczbę 7,5 mln ton mleka, tak jak i cenę 3 złote za litr wziąłem z telewizyjnej wypowiedzi premiera Kalinowskiego po kopenhaskim szczycie. Jak tam naprawdę było, trudno z całą wiarygodnością ustalić, bo różne pisma podają różne liczby (np. dzisiaj wyczytałem, że chodziło o 8,9 mln ton) i mamy do czynienia z kompletnym szumem informacyjnym, a prounijna propaganda robi wszystko, żebyśmy o tym, co nas czeka, wiedzieli jak najmniej. Jeśli minister rolnictwa nie wie, ile kosztuje litr mleka, to pewnie i inne liczby wpadają mu do głowy przypadkowo. Również dziennikarze wykazują notorycznie pełną niefrasobliwość w odniesieniu do podawanych danych liczbowych i mylenie milionów z miliardami jest regułą raczej niż wyjątkiem. Wyjaśniam więc, że liczby: 16 mln ton mleka w roku 1989 i 11,5 mln ton w roku 2000, podobnie jak ilość bydła, 11 mln sztuk w roku 1989 i 6 mln w roku 2000 cytuję za Rocznikiem Statystycznym 1991 i 2001. Również i mnie łatwiej byłoby przyjąć do wiadomości spadek produkcji mleka w ciągu dwóch lat o 1,6 mln ton niż o 4 mln ton: 4 mln ton to katastrofa, a 1,6 to tylko pół.

 
Wyświetlony 7151 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.