niedziela, 19 grudzień 2010 17:03

Kapitał społeczny?

Napisane przez

Wyrażenie "kapitał społeczny" zrobiło się ostatnio popularne wśród socjologów dzięki licznym pracom i artykułom opublikowanym na ten temat w USA. Wyjaśnia się go najkrócej wyrażeniem bliskoznacznym: "kapitał zaufania". Ale to, co mogliśmy usłyszeć i przeczytać z okazji wizyty w Polsce Williama Brattona, każe raczej mówić o "kapitale bezpieczeństwa".

Opłacany przez nie wiadomo (czy raczej wiadomo) kogo nowy Jakub Szela inspiruje i zdalnie kieruje napaścią na policjantów i publicznie żałuje, że tylko trzech pobito do nieprzytomności. W państwie zdrowego prawa mógłby coś takiego wygłaszać tylko w trakcie własnego procesu. Szaleńcze wprost przepisy nakłaniają prokuratorów do zwalniania przestępców, których policja ujęła ? niekiedy z narażeniem życia ? na gorącym uczynku. Taki bandzior, jak mi opowiadano, potrafi na ulicy naubliżać i pogrozić policjantowi, który go złapał. Oto dzieło ?najwyższych autorytetów prawniczych?. Odpowiadają oni, że sędziów nikt nie zmusza do łagodnych wyroków. Nie wiadomo jednak, jak z tym jest. Znając rzeczywistość, można domniemywać, że korpus sędziowski nie jest odporny ani na groźby, ani na propozycje ?nagrody?. Nie składa się przecież z Westalek i Katonów, ale z ludzi przesianych przez peerelowskie sito. O tym wielcy juryści winni byli pamiętać. Ale może taki postulat świadczy tylko o naiwności ? skoro jeden z nich jeszcze w 1977 r. wychwalał w druku system prawny ZSRR.

W 1984 r. ?Aneks? opublikował w 44 numerze wywiad-rzekę z Jerzym Giedroycem. Ostatnie pytanie dotyczyło najważniejszej sprawy do naprawy w wolnej Polsce. Odpowiedź brzmiała: przywrócenie zaufania społecznego do wymiaru sprawiedliwości.
Jest zastanawiające, że w każdej dyskusji na temat penalizacji pada zdania: ?jak dobrze wiadomo, zaostrzenie represji nie powoduje zmniejszenia częstości przestępstw?. Wysłuchałem tego zdania chyba 20 razy ? i nigdy nie doczekałem się egzemplifikacji. Stopniowo zacząłem więc podejrzewać, że mówcy powtarzają je po prostu jeden za drugim.
Na początku XX w. biedny kraj, jakim była Szwecja, był niemal przysłowiowym dzikim ostępem, gdzie lepiej było nie wjeżdżać bez broni. Rząd wprowadził wtedy prawa słusznie uważane za drakońskie. Leopold Tyrmand, który był tam w czasie wojny, nie mógł się nachwalić ich skutków ? zresztą pozostałych do dziś.
W Nowym Jorku za rządów liberałów strach było wyjść po zmroku na ulice. Osiem lat rządów ?nieludzkiego? burmistrza Rudolfa Giulianiego sprawiło, że jest to obecnie jedno z najbezpieczniejszych miast Ameryki. Wbrew liberalnej prasie i protestom demokratów w latach 1988-1998 zbudowano w stanie Nowy Jork 18 nowych więzień i podwojono liczbę więźniów. Liczba przestępstw zmniejszyła się rocznie o 81 tysięcy. Podobną prawidłowość obserwujemy w innych kręgach kulturowych1.
Chodzi jednak nie tylko o surowość i konsekwencję w karaniu. Sławna ?teoria wybitej szyby? (niegdyś ostro zwalczana) jest przecież symulacją praktyki stricte społecznej. Ojciec nowojorskiego sukcesu William Bratton był najpierw szefem policji w Bostonie, gdzie zainicjował działalność wręcz społecznikowską. Policjanci prowadzą tam kluby młodzieżowe, przyprowadzają do szkoły wagarowiczów, opiekują się świetlicami dla osób starszych, a nawet kierują drużynami sportowymi. Szybko pojawiły się owoce tej wszechstronnej polityki: o ile jeszcze w 1990 r. w tym (dość spokojnym) mieście zastrzelono 10 osób, o tyle pięć lat później zanotowano tylko dwa takie przypadki. Przeniesiony do ?stolicy zbrodni?, Bratton wcielił w życie swoją doktrynę ?zero tolerancji? ? i od czasu jej spektakularnego powodzenia stał się bodaj najczęściej cytowaną osobą w kryminologii. Surowość prawa skojarzona z bezwzględnym egzekwowaniem obowiązków przez policję: wystarczy powiedzieć, że w ciągu roku zwolniono połowę komendantów posterunków za brak postępu w zwalczaniu przestępczości.
Niestety, w polskiej rzeczywistości jest to bardziej film science fiction niż realne rozwiązanie. W stolicy niemal wszystkie komendy nadają się do generalnego remontu, policjantom każe się w miarę możności jeździć środkami MZK, nie wszyscy są nawet wyposażeni w komputery, nie mówiąc już o telefonach komórkowych (telefony na miasto są zapisywane w zeszycie). W ostatnim roku przestano płacić biegłym, bo już w sierpniu policja wyczerpała budżet przyznany jej przez mazowieckiego wojewodę. W rezultacie odbitki ksero robi się z reguły na ?lewo? w zaprzyjaźnionym punkcie ? a papier często dostarczają firmy, które miały jakiś ?dług wdzięczności?.
Jednak nie ten fatalny stan rzeczy jest najważniejszą przyczyną tego, że ludzie czują się zagrożeni. Najważniejszy jest ujawniony dopiero teraz, w sytuacji ogólnego ? zarówno gospodarczego, jak moralnego ? kryzysu społeczeństwa. Wbrew nadziejom niektórych, elity peerelowskie nie zdołały odegrać roli przewodnika wielkiej przemiany ? która kraj zatomizowanych grup, trzymających się razem na zasadach towarzysko-konformistycznych miała zmienić w nowoczesne państwo kapitalistyczne, oparte na inicjatywie jednostek i promujące korzystne innowacje tak w gospodarce, jak i w innych dziedzinach. Dramatyczny artykuł prof. Łukasza Turskiego w tygodniku ?Wprost? z 17 marca 2002 r. ujawnia, że młodzież, dokładnie tak samo jak w PRL, dzieli się na dwie części: albo ? jeśli jest bardziej bierna ? widzi swoją szansę w kraju pod warunkiem włączenia się w quasi-feudalne układy (prof. Podgórecki nazwał je niegdyś ?brudnymi wspólnotami?), albo ? jeśli jest energiczna i odważna ? za wszelką ceną stara się wyjechać za granicę; możliwie na długo.
Żeby nie teoretyzować, posłużę się przykładem z własnego otoczenia. Para moich znajomych wolnych zawodów weszła po latach oszczędzania w posiadanie mikromieszkanka. Nie powiadomiono ich jednak, że ta miła z wyglądu kamienica w połowie zasiedlona była w 1951 roku przez personel pomocniczy Urzędu Bezpieczeństwa. Ci starsi ludzie dorobili się już wnuków ? a nie wszyscy z nich nadają się (po wychowaniu, jakie otrzymali) do wymogów normalnego społeczeństwa. I oto objawił się sąsiad o cechach nie tylko uciążliwych, ale wręcz psychopatycznych; ustanowił się samozwańczym władyką kamienicy ? a ponieważ moi znajomi nieopatrznie ujawnili się kiedyś jako ?solidarnościowcy?, stali się dlań zwierzyną łowną. Jednego z sąsiadów ciężko pobił przy świadkach ? o dziwo jednak, prokurator nie wystąpił o prewencyjny areszt. Policja spisywała kolejne zeznania, prokuratorzy kierowali sprawy do sądu (okazało się, że był karany za pobicie) ? ale jedyną reakcją owego kandydata na mafioso była wywrzeszczana kiedyś w nocy zapowiedź, że do żadnej sprawy nie dojdzie. Znajomi wynajęli firmę ochroniarską, kupili psa obronnego i zaproponowali zarządowi wspólnoty mieszkańców wynajęcie strażników, którzy będą całą dobę czuwali nad bezpieczeństwem terenu.
I oto okazało się... że ów bandziorek ma większość za sobą! Po prostu: pamiętali ze wspólnej pracy jego babcię... Znajomi mimo to czekali na rozprawy. Ich sąsiad nie czekał. Którejś nocy podlał im kwasem wyhodowany przez lata ogródek pod oknami.
Moi znajomi poddali się. Sprzedali mieszkanie i wyjechali do innego miasta. Więcej o tej sprawie, o państwie prawa, o duchu lokalnych społeczności i o ciężkiej, lecz odpowiedzialnej pracy prokuratorów ? nie chcą słyszeć. A swoją córkę namawiają do wyjazdu z Polski.
Przez cały PRL powtarzano, że przecież nie wszyscy mogą wyjechać. Ale nawet nie ma takiej potrzeby: wystarczy, że wyjadą ludzie przedsiębiorczy i utalentowani. Bierna, zastraszona przez lokalnych bandziorów masa, będzie już wtedy tylko kategorią statystyczną, podobną w najlepszym razie do Sycylii. I jeszcze jednym przykładem w książkach socjologów amerykańskich, co dzieje się z krajami, w których nie wytworzono ?sieci moralnej?.
 
Krzysztof Raszyński
 
1 Por. wspomnienia Rafała Gan-Ganowicza: ?W Arabii Saudyjskiej prawo Koranu jest prawem państwowym. Odbija się to nie tylko na surowym zakazie spożywania alkoholu. Za kradzież grozi obcięcie ręki. Brzmi to okrutnie, ale skutki są nadzwyczajne. Na wielkim targowisku w Dżiddzie w nieprawdopodobnym ścisku i zgiełku zupełnie nie ma złodziei. Gdy Marco Tosso zgubił tam dobrze wypchany portfel, to pobiegło za nim kilku Arabów i sprowadziło go na miejsce, gdzie zguba leżała. Otaczała go w przyzwoitej odległości grupa gapiów. Nikt nie ośmielił się podejść do portfela, by przypadkiem go nie posądzono...
W kilka miesięcy później jadąc do Europy odwiedziłem z kolegami to targowisko, by kupić kilka pamiątek po śmiesznie niskich cenach: biżuterię, zegarki, ozdobne kindżały. Mali arabscy chłopcy pomagali nam, za grosze odnosząc nasze zakupy do samochodu. Tam po prostu wypróżniali koszyki na siedzenia. Samochód stał otwarty w cichej uliczce. Nic nie zginęło!
Wyświetlony 6364 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.