wtorek, 21 grudzień 2010 10:43

Dziadek

Napisane przez

Zaczęło się niewinnie, od oglądania filmu: był czarno-biały i ponury, niemal jak nasz telewizor.

Dokument pokazywał sprawy proste i smutne zarazem: śmierć kobiety i jej dwójki małych dzieci, zabitych przez męża i ojca. Ofiar nie pokazano, może i dobrze. On zaś, sprawca rzeczy, nie wyglądał na demona. Szczupły, przystojny szatyn z niewielkimi pozostałościami czasu młodości na twarzy, na pytanie, dlaczego to uczynił, odpowiedział spokojnym i aksamitnym głosem, że nadszedł czas bestii, wystąpi naród przeciw narodowi i człowiek przeciw drugiemu człowiekowi... że on...

Nie dosłyszałem jednak, czyim jest apostołem - Boga czy diabła, dziadek bowiem, który przez ostatnie lata nie wykrztusił z siebie ani jednego słowa, poderwał się nagle z fotela, podszedł do telewizora i wyciszył fonię. Po czym przykładając palec do ust zasyczał.
- Pssst...
Zrobiło się jakoś tak... Niewyraźnie się zrobiło. Nikt też nie miał pojęcia, co uczynić. Pierwszy nie wytrzymał stryj Jakub.
- Włącz to pudło, stary - mruknął groźnie.
- Ciii - wydawał się nie słyszeć dziadek - ciii... To ja ich zabiłem.
- Ty?... głupku - warknął stryj, tyle że bez przekonania warknął.
Matkę, kobietę nadzwyczaj spokojną, cofnęło w jednej chwili pod ścianę, tak gwałtownie, jakby wiedziała, przed czym się cofa. Ojcu zaś twarz pobladła niczym płótno na słońcu. Miałem ochotę roześmiać się i byłbym to zrobił, gdyby nie tubalny głos stryja Jakuba.
- Siadaj, stary pryku... do francy jednej, siadaj!
Dziadkowi jednak nie było ku temu. Drżące dłonie wzniósł nad głowę i wzruszony, łamiącym się głosem rzekł:
- Jeszcze krew nie obeschła...
- Do diabła - tracił cierpliwość stryj.
Mnie również odchodziła ochota do śmiechu. Patrzyłem i czekałem na dalszy bieg wypadków. Dziadek opuścił ręce w dół, podszedł szybkim krokiem do krzesła i siadł potulnie, jakby nic się nie stało. Zaległa cisza, która trwała chwilę, aż ojciec, wyraźnie zdenerwowany, wstał i wychodząc mruknął do siebie, by to wszystko szlag trafił albo coś w tym rodzaju. Zresztą nieważne - cokolwiek powiedział, miało to uzasadnić zejście do piwnicy, bo tylko tam mógł upijać się do woli i tak jak lubił najbardziej, w samotności. Musiał wiedzieć, co robi, bo wszystkie kłopoty zaczęły się zaraz potem. Mianowicie stryj z matką wzięli dziadka pod ręce, chcąc wyprowadzić go do drugiego pokoju, ale on, jakby tknięty siłą jakowąś, szarpnął się gwałtownie, przerzucił jedno ramię przez głowę matki i patrząc na mnie niczym ptak z przetrąconym skrzydłem, zapiszczał przeraźliwie:
- A tego, co uciekł przez okno, zostawcie... toż jeszcze dziecko.
Stryj pchnął dziadka przez próg do pokoju, skąd doleciały mnie jego słowa:
- ...ale krew zmyjcie dokładnie.
Pogotowie ratunkowe przyjechało o trzeciej nad ranem, gdy ojciec był już zupełnie pijany, a dziadek miał już za sobą drugą próbę wyskoczenia przez okno. Ponieważ nie dało mu się wytłumaczyć, że to nie jest parter, a trzecie piętro, pojechał do szpitala.
Przez pierwsze kilka dni nie mogłem przestać myśleć o tym, jak to jest, że mieszkając z tym starym człowiekiem pod jednym dachem, wychowawszy się niemal na jego kolanach, jak i w kręgu niezwykłych wspomnień i opowieści, które choćby ze względu na patynę czasu pobudzały i tworzyły moją wyobraźnię, jak to możliwe, iż mimo to nie miałem pojęcia, kim jest naprawdę. Matka próbowała uspakajać mnie, że to nic takiego, po prostu starość, że każdego z nas to czeka. Czas jednak - myślałem o tym - niszczy umysł, lecz nie zmienia wyobraźni. Poruszałem się w sferze tych. i podobnych skojarzeń, ale skutek był taki, że im dłużej o tym myślałem, tym mniej miałem odpowiedzi. Rodzina nabrała wody w usta i zdałem sobie sprawę, że jestem sam na sam z dziadkiem i jego historią, jeżeli taka była. On zaś z dnia na dzień popadał w stan niemal całkowitego obłędu; składanie poszczególnych, obrazów w jedną całość coraz bardziej wydawało się zajęciem jałowym i bezcelowym. Dlatego też czym prędzej pojechałem go odwiedzić.
Kiedy wszedłem na salę, nie spojrzał nawet w moją stronę. Leżał, patrząc nieobecnym wzrokiem w sufit i wyglądał jak mijające czasy: był zniszczony i znacznie starszy niż w rzeczywistości. Nie wiedziałem, czy powinienem coś powiedzieć, czy zachować milczenie. Siadłem więc obok i delikatnie, jak to było tylko możliwe, chwyciłem jego dłoń. Przestraszył się.
- Dziadku - szepnąłem.
Nie drgnął nawet, zesztywniał jakby w oczekiwaniu.
- Poznajesz mnie?
Zamiast odpowiedzieć odwrócił się tylko w stronę okna.
- To ja - nie ustępowałem.
Milczał.
- Pamiętasz?... Witek.
Wydawało się, że nic nie rozumie z tego, co do niego mówię. Lecz w pewnej chwili, bodaj na dźwięk imienia, poruszył się i spojrzał na mnie nieco bardziej przytomnym wzrokiem. Potem uczynił gest, jakby chciał mnie przyciągnąć. Nachyliłem się.
- Towarzysz Witold? - zapytał.
Kiwnąłem machinalnie głową.
- Więc oni tu - szepnął - nie myją mnie...
- Nie myją?
- Właśnie - zaświszczał. - Dlatego śmierdzę trupem. To okropne, cały cuchnę...
- Trupem? Dziadku!
- Tak... i odchodami - mówiąc to, wskazał palcem na usta. - Więc gdyby towarzysz, powiedział coś tam... - podniósł się nieco wyżej.
- Gdzie?
- W centrali, towarzyszu. Czuję się, jakbym całe życie jadł gówno, więc gdyby... - spojrzał błagalnym wzrokiem.
Z ciężaru, odpowiedzi wybawił mnie pacjent. który leżał obok.
- A ty co? - krzyknął - wywinąć się chcesz, no?...
Dziadek uścisnął mocniej moją dłoń.
- Widzi towarzysz - szepnął. - Oni...
- Oni? - wrzasnął tamten. - Oni? To ty żresz teraz owoce ust swoich, nie oni... Gówno wyrzucałeś z siebie, to i łajnem cuchniesz, chi, chi...
Dziadek opadł na łóżko... cały drżał.
- Niech go towarzysz uciszy - zaświszczał, bardziej zaświszczał, niż powiedział. - Toć tak jak on... uderzył palcem wskazującym w skroń - to my... - nie dokończył, opadając na łóżko wył jak zwierzę i nie wiedziałem, co dokładnie było przyczyną jego reakcji: poczucie bólu egzystencjalnego czy zwykła ludzka niemoc. W zawirowaniu tym, mieszaninie przekleństw, złości i uspakajających zastrzyków, klucząc po krętych i mrocznych korytarzach, odnalazłem w końcu drogę do ordynatora.
Był mężczyzną w średnim wieku. Szpakowaty, nieco przysadzisty, o przyjaznym, wzbudzającym zaufanie, ciepłym wyrazie oczu. Chwilę badał mnie wzrokiem, po czym gestem dłoni zaprosił, bym siadł.
Nie wiem od czego mam rozpocząć - zagaiłem, by ukryć zakłopotanie. - Naprawdę...
- Nie szkodzi.
- Tak, panie doktorze, ale...
- Myśli pan o dziadku?
- On niczego nie rozpoznaje... Owszem, jakichś towarzyszy, komitety, centrale. Nic z tego nie rozumiem.
- A chciałby pan?
Kiwnąłem głową.
- Zrozumieć?
- Tak.
- Bądźmy zatem szczerzy. Ze względu na podeszły wiek nasz pacjent nie rokuje specjalnych nadziei na wyleczenie.
- Ale...
- Jest za stary - powtórzył lekarz - by tym razem...
- Tym razem?
Spojrzał na mnie nieco zdziwiony.
- Pan wie, że on leczył się u nas?
- Dziadek?
- Zgadza się
- Kiedy? - zapytałem zbity z tropu.
- W pięćdziesiątym trzecim był u nas po raz pierwszy.
Nic nie rozumiałem, ani tego co dziadek robił w pięćdziesiątym trzecim roku w szpitalu psychiatrycznym, ani dlaczego nikt mi o tym nie powiedział. Kiedy próbowałem się nad tym zastanowić, odczuwałem tylko coraz większy chaos.
- Co pana tak zaskoczyło? - usłyszałem pytanie.
- Wszystko. Od tygodnia nie wiem nawet...
- Przed atakiem choroby - przerwał mi - pański dziadek był funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa.
Poczułem się dokładnie tak, jakby ktoś uderzył mnie młotkiem w głowę.
- Choroba psychiczna - ciągnął lekarz - jej wyraz jest często odbiciem życia człowieka, niczym innym.
- Nie rozumiem - wydusiłem z siebie.
- To proste. Biorąc pod uwagę zapiski z przebiegu choroby pańskiego dziadka, jemu wydawało się, że zamordował pewną rodzinę. Były to pierwsze jego obrazy. Mówił o tym bez przerwy. Tam była prawdziwa jatka: strzelanina, krew, wiele mówił o dziecku, które wyskoczyło przez okno. Sądzę zatem, że dziadek, że on... mógł nie wytrzymać ciężaru własnej pracy...
- Dziecko?
- Często o nim wspominał - potwierdził lekarz. - Interesujące skądinąd, że po tylu latach te same obrazy wróciły niemal w każdym detalu.
- Jakie obrazy?
- Te same, co przed trzydziestoma pięcioma laty: tamta rodzina, krew, dziecko, okno, smród odchodów w ustach.
- I pan w to wierzy?
- W co?
- Że koszmar może być odbiciem rzeczywistości.
- Jej zapisem - uzupełnił lekarz.
- Niewiarygodne.
- Tylko pozornie. Nie tak dawno miałem pacjenta, który od chwili przyjęcia powtarzał, że zabił brata. Dałem mu środki psychotropowe. Stwierdziłem urojenia, na które cierpiał wcześniej, poczucie winy itd. Tyle tylko, że po dwóch miesiącach przyjechała policja, bo w wersalce znaleziono zwłoki jego brata w stanie rozkładu.
- Zabił go?
- Tak. Sam więc pan widzi. Są różne teorie na temat choroby psychicznej, ja uważam, że urojona jest tylko forma wyrazu, bowiem treść tego, co mówią pacjenci, jest głęboko osadzona w rzeczywistości, czasem bardziej, niż jesteśmy w stanie to przyjąć. Co naprawdę przydarzyło się pańskiemu dziadkowi, pozostanie chyba w sferze tajemnicy. Istnieje wiele możliwości i racjonalnych wytłumaczeń. Które z nich należą do prawdy, to już niech pan sam oceni.
Spojrzał nagle na zegarek.
- Za chwilę ma pan chyba ostatni autobus do miasta.
Kiwnąłem głową.
- Więc niech pan czasem odwiedza chorego, to dobrze wpływa, ale nie sądzę, jak już mówiłem, by on z tego wyszedł. Nie dlatego, że nie może - on po prostu nie chce, już nie chce. Wszak walka jest przywilejem młodości.
Autobus do miasta nie przyjechał, co według miejscowych ludzi było normalne. W ciepłą noc siedziałem na ławce i do świtu, paląc papierosa za papierosem, walczyłem z widokiem chłopca, który wyskakuje przez okno... I z wszystkich rzeczy, spraw, które stanowiły dotąd moje życie, ocalała jedynie nadzieja, że tam, wtedy,... że to był jednak parter.
 
Krzysztof Gulbinowicz
Wyświetlony 7515 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.