wtorek, 21 grudzień 2010 13:49

Ignorancja w demokracji

Napisane przez
1
O ile w przypadku spadających ciężarków wynik jest niezależny od wiedzy czy niewiedzy eksperymentatora, o tyle w innych naukach - np. w ekonomii - konsekwencje niewiedzy mogą być dotkliwe. Zły plan biznesowy, błąd w obliczeniach wysokości popytu czy błędna decyzja w sprawie finansowania z kasy publicznej takiego, czy innego przedsięwzięcia - może się skończyć stratą, bankructwem czy nawet nieszczęściem wielu tysięcy ludzi.
W systemie demokratycznym rządzi arytmetyczna większość, ta sama, która błędnie uważa, że szybkość spadania ciężarka zależy od jego wagi. Gdyby poddano to głosowaniu, mądrzy, lecz znajdujący się w mniejszości fizycy przegraliby z ignoranckimi masami. Pamiętajmy jednak, że fizyka nie jest jedyną dziedziną wiedzy, co do której większość się myli...
Skoro ignorancja kwitnie w dziedzinach wiedzy tak łatwo weryfikowalnych, jak fizyka, gdy w grę wchodzą jedynie cztery zmienne: droga, przyspieszenie, masa i czas, można sobie wyobrazić co dzieje się w przedmiotach trudniej weryfikowalnych, bardziej intuicyjnych - mam na myśli filozofię, politykę, a zwłaszcza ekonomię - gdzie zmiennych są miliardy. O ile jednak fizyka, chemia czy biologia rządzą otaczającym nas światem, niezależnie od woli większości, o tyle wpływ człowieka na przebieg zjawisk społecznych, ekonomicznych czy psychologicznych może być ogromny. Fizyka, chemia czy biologia ze względu na hermetyczność zapisu i języka, jakim się posługują, z reguły ignorantów odstrasza - stąd możliwość popsucia czegoś jest stosunkowo niewielka. Gorzej jest w ekonomii czy polityce, które posługują się językiem z pozoru zrozumiałym i prostym, co dla co bardziej energicznych ignorantów jest wręcz wyzwaniem do działania.
Tym bardziej że odkrycie tej ich ignorancji wymaga nie tylko dużej wiedzy, ale i czasu. Weryfikowanie tez w naukach społecznych czy w ekonomii trwa niekiedy latami. Dlatego łatwiej jest wyłuskać i wyeliminować ignoranta spośród fizyków czy biologów niż spośród ekonomistów i polityków. Z tego powodu w świecie zjawisk fizycznych, chemicznych, biologicznych ignorantów jest niewielu, ingerują rzadziej, łatwiej także można się ich pozbyć. W sferę nauk społecznych wtargnąć mogą niemal wszyscy, nawet kompletni głupcy, ludzie źli bądź chorzy, gdyż weryfikacja ich umiejętności jest niekiedy bardzo trudna i żmudna. Zwłaszcza że dość często to właśnie ci energiczni ignoranci osiągają status umożliwiający im formułowanie ocen w sposób dla nich wygodny.
Fizyk, który utrzymuje, że elektron ma ładunek dodatni, co więcej, jeśli posłuży się tym założeniem w swojej pracy, nie ma szans powodzenia. Co najwyżej może zrobić krzywdę sobie i stracić pracę. Polityczni czy ekonomiczni ignoranci, którzy uważają, że w czasie recesji należy zwiększać wydatki państwa, a zatem podnieść podatki - bywali nawet nagradzani Noblem. Pod wpływem fałszywego założenia fizyka, prąd elektryczny nie zmieni swojego kierunku. Pod wpływem absurdalnych przesłanek ekonomisty czy polityka - życie ludzi może się zmienić, i to rzadko kiedy na lepsze!
Najgorsze jest jednak to, że w systemie demokratycznym, o przebiegu zjawisk ekonomicznych (czy politycznych) decyduje większość, czyli siłą rzeczy - ignoranci. Swym brakiem wiedzy czy subiektywnością ocen mogą nie tylko sprawić krzywdę sobie, mogą zrujnować życie tysiącom czy milionom swoich braci i sióstr.
2
Znakomity ekonomista francuski, Frederic Bastiat (1801-1850), wypowiedział kiedyś banalną, zdawałoby się, zasadę, o której niestety zapomina coraz więcej współczesnych ekonomistów. Brzmi ona mniej więcej tak: w sferze ekonomii - działania, instytucje, prawo czy obyczaje - wywołują nie jeden, lecz całą serię skutków. Spośród tych skutków jedne są widoczne od razu, to jest "gołym okiem", inne zaś ujawniają się stopniowo, z upływem czasu. Mamy dużo szczęścia, jeśli w ogóle potrafimy je dostrzec lub przewidzieć. Pomiędzy dobrym i złym ekonomistą różnica jest jedna: "pierwszy ogranicza swój osąd do tego ÂŤco widaćÂť, drugi bierze pod uwagę wszystkie skutki; zarówno ÂŤwidoczneÂť, jak i ÂŤniewidoczneÂť, czyli te, które należy przewidzieć". Jeśli większość ekonomistów nie widzi tego "co niewidoczne", to czyż trudno się dziwić masom? Masy to przecież ignoranci. No, tak, ale ci ignoranci - poprzez system wyborczy - decydują o kształcie polityki, a więc i ekonomii państwa czy regionu, o dobrobycie bądź nędzy żyjących w nim ludzi!
Znakomity dziennikarz amerykański Walter Lippmann w latach 1920. a w latach 1960. amerykański socjolog Philip Converse prowadzili nad zjawiskiem ignorancji opinii publicznej szczegółowe badania, których wyniki opublikowane zostały w 1964 roku w pracy tego ostatniego, zatytułowanej "The Nature of Belief System in Mass Publics" (Istota systemu przekonań w opinii publicznej). Wynika z nich, że aż 86 proc. Amerykanów (liczby te są zbieżne z rezultatami podobnych badań przeprowadzonych m.in. we Francji, w Niemczech oraz Argentynie. Nie sądzę, aby Polska była tu jakimś szczególnym wyjątkiem) swoje decyzje polityczne opiera na kryteriach całkowicie lub w dużym stopniu irracjonalnych, takich jak:
  • ślepa lojalność wobec partii czy ugrupowania;
  • zasługi charakteru poszczególnych kandydatów (czy są uczciwi, czy są wykształceni, czy wykazują troskę o zwykłych ludzi);
  • subiektywne odczucia odnośnie ogólnej sytuacji - jeśli jest rozwój i panuje pokój, to głosują za status quo; jeśli nie - wybierają opozycję;
  • kryteria narodowe ("Polska dla Polaków"), etniczne ("bij Żyda"), religijne ("Polak-katolik") czy klasowe ("cała władza w ręce ludzi pracy").
Drugą grupę, obejmującą ok. 11 proc. populacji, stanowią ludzie, którzy uważają, że mają jasno określony, klarowny profil ideologiczny. Należą do nich m.in. narodowcy, chadecja, socjaliści, komuniści, liberałowie itp. Gdy się tym ludziom przyjrzeć dokładniej, okaże się, że i oni mają w przeważającej większości blade pojęcie na temat ideologii, którą rzekomo wyznają. Pozostaje więc 2,5 do 3,5 proc. społecznej "elity", która w swoich poglądach politycznych jest w stanie kierować się (i robi. to) obiektywną miarą, racjonalizmem, a przede wszystkim wiedzą. Przy czym do grupy tej należą obie strony sceny politycznej, zarówno socliberałowie, czyli lewica, jak i konserwatyści, czyli prawica.
Z badań Converse’a wynika, że znakomita większość społeczeństwa amerykańskiego nie ma nawet elementarnej wiedzy nt. aktualnych wydarzeń politycznych. Więcej niż połowa obywateli nie zna nazwiska swoich senatorów czy kongresmenów, nie mówiąc o ich afiliacjach politycznych. Ponad 40 proc. ma problemy z podaniem prawidłowo nazwiska wiceprezydenta. W szczytowym okresie zimnej wojny, w czasie osławionego kryzysu kubańskiego, prawie 2/3 Amerykanów było przekonanych, że Związek Sowiecki jest częścią NATO. W miesiąc po historycznym zwycięstwie republikanów w 1994 roku, po rewolucyjnej wręcz debacie w Kongresie nt. programu reform, znanego pn. "Kontrakt dla Ameryki", ponad 57 proc Amerykanów nie było w stanie wymienić nazwiska (Newton Gingrich) człowieka, który był tej rewolucji inicjatorem i przywódcą. Równie blade było ich pojęcie co do treści czy istoty przemian. A trzeba pamiętać, że w okresie poprzedzającym zwycięstwo republikanów Gingrich nie schodził z ekranów TV, a media były zdominowane przez problematykę "Kontraktu". Wniosek z tego jeden: to nie autor, ideologia czy program przekonały Amerykanów do głosowania na "Kontrakt" i republikanów. Większość głosujących albo o reformach nie słyszała, albo nie wiedziała, o co w nich chodzi Podobną ignorancję dostrzec można u innych społeczeństw; Polska nie jest tu wyjątkiem. Przypomnijmy tu "masowe poparcie obywateli dla nowej konstytucji RP". Jestem przekonany, że projektu (a później samej Konstytucji) nie przeczytało ponad 90 proc. Polaków, w tym więcej niż połowa głosujących na nią posłów i senatorów. Zaledwie ułamek procenta obywateli rozumie, na czym polega różnica pomiędzy "lewicą" a "prawicą". Nie wiedzą tego nawet sami politycy. W tym wypadku Amerykanie mieli więcej szczęścia; ich ignoranci, głosując przypadkowo na "Kontrakt", wybrali lepsze rozwiązanie niż Polacy decydując się na Konstytucję, która jest rozwlekła, a co gorsze - zawiera sprzeczności i niedorzeczności.
3
Ignorancja opinii publicznej, albo może lepiej, mas, nie ogranicza się do polityki. Jeszcze gorzej zorientowani są obywatele w kwestiach ekonomicznych. W Stanach Zjednoczonych aż 69 proc. ankietowanych obywateli uważa, że ceny ustalane są przez kapitalistów, i to tak, aby pomnożyć dochody tych krwiopijców (w Polsce używa się częściej określenia "złodzieje"). Tylko trzecia część Amerykanów wie, na czym polega rola banku centralnego czy jaki jest cel istnienia indeksów giełdowych. Czy trudno się potem dziwić, że oceniają polityka raczej po tym, co mówi, z czym się kojarzy, niż wedle jego (rzeczywistego) programu czy zapatrywań?
Clinton - po aferze z Lewinsky i zeznaniu nieprawdy pod przysięgą - nie został usunięty z urzędu, ponieważ akurat panowała prosperity, a to że jego polityka (wysokie podatki, nadmierny interwencjonizm, korupcja etc.) prowadziła, aż w końcu doprowadziła do największego od czasu wojny kryzysu gospodarczego - tego masy nie brały pod uwagę, tego nawet nie dostrzegły. Ze świeczką należy szukać ludzi, którzy wiedzą i rozumieją, że wprowadzenie ustawowej gwarancji "płacy minimum" przyczynia się do wzrostu bezrobocia czy że jakakolwiek państwowa kontrola cen powoduje jedynie zmniejszenie podaży tych towarów czy usług, które jej podlegają. Społeczeństwo, masy uważają przeważnie odwrotnie, co tłumaczy popularność demagogów domagających się "ochrony robotników przez wyzyskiem ze strony pracodawców" czy "powstrzymania spirali cen".
Większość praw ekonomii przeczy potocznej intuicji, stąd brak wiedzy, właśnie ignorancja, służy złej sprawie, obracając się przeciwko interesowi ludzi, których ma rzekomo chronić. Służy natomiast interesom poszczególnych grup nacisku. Oto rolnicy domagają się subsydiów, a zatem w imię rzekomego bezpieczeństwa kraju wprowadza się cła, dotacje i inne formy pomocy, na których zyskują właściciele ziemscy, a płaci cały naród. Oto "Netscape" domaga się, aby powstrzymać szkodliwe (dla Netscape) praktyki "Microsoftu", więc rząd wytacza temu ostatniemu postępowanie antymonopolowe, skutkiem czego cena software’u rośnie. Jedna czy druga firma ubezpieczeniowa odmówiła zapłaty za czyjeś leczenie, bez wchodzenia w zasadność odmowy wprowadza się "Kartę Praw Pacjenta", ustawę podnoszącą koszty opieki medycznej o kilka czy kilkanaście procent. Głośne protesty grupki hutników "Baildona" czy górników powodują, że kosztem kilkunastu milionów podatników utrzymuje się deficytowe huty czy kopalnie. Jedna czy dwie firmy wykorzystały dane nt. swoich klientów dla jakichś nieuczciwych praktyk - rząd wprowadza Biuro Ochrony Danych Osobistych, za którego kosztowne i bezsensowne działanie płaci cały naród.
Przykłady można mnożyć; licencje, promesy, zezwolenia, koncesje i inne "narzędzia" władzy nie tylko nie chronią społeczeństwa przed niczym, one wręcz narażają je na dodatkowe koszty i gorszy serwis.
Ignoranci widzą tylko to, "co widać", nie dostrzegają jednak, jakie są dalsze i głębsze konsekwencje decyzji opartych na niewiedzy czy nieuczciwości. Dlatego politycy opierający się na pozorach, na demagogii, na "tym co widać", chucpiarze, płyciarze - vide Clinton czy Kwaśniewski - odnoszą takie sukcesy.
Modne stały się ostatnio badania opinii publicznej, namnożyło się ośrodków, instytutów, których celem jest wysondowanie, co ludzie na dany temat myślą. Sprytni politycy wyniki ankiet wykorzystują do kokietowania "elektoratu". Lud chce przystąpić do Unii, to i prezydent czy senator tego chce. Lud sprzeciwia się ustawie X, to i prezydent czy premier jej się sprzeciwiają. Mistrzem takiej manipulacji był właśnie Bill Clinton, który potrafił zmieniać opinię na dany temat w mgnieniu oka, o 180 stopni, jeśli tylko tego chciał "lud". W ten sposób rządy ignorantów nie ograniczają się wyłącznie do wyborów, one trwają cały czas, bez względu na to, czy wybrany przez ignorantów polityk sam jest (lub nie jest) ignorantem, czy tylko człowiekiem nieuczciwym.
W sukurs tej tendencji idą media, którym łatwiej jest działać w środowisku ignorantów. One także - mam na myśli zwłaszcza główmy ich nurt - roją się od ignorantów W najlepszym wypadku utrzymują swoich czytelników, widzów czy słuchaczy w przekonaniu, że "i tak nikt tego naprawdę nie wie", albo że "z wiedzy tej nic korzystnego nie wynika". Czy trudno się potem dziwić, że na ignorancji opiera się nasze życie publiczne?
Większość wypowiedzi czy, co gorsza, czynów naszych polityków ma na celu wywołanie natych-miastowego, z reguły spektakularnego, efektu. Mówi się nawet, że polityka to sztuka skutecznego działania Oto jest powódź, padło zaopatrzenie, brakuje żywności, skutkiem czego cena chleba osiągnęła 10 zł. Co robi "wrażliwy na ludzkie nieszczęście" polityk? On domaga się natychmiastowego ukrócenia takich praktyk. Powodzianie się cieszą, ale od tego chleba nie przybywa. Przeciwnie, nieliczni dostawcy tracą zainteresowanie dostarczaniem go na zalane tereny. W oczy zagląda głód, będący przecież konsekwencją troski ze strony "wrażliwego" polityka.
We współczesnym ignoranckim świecie "rozum" zdominowany jest przez "symbol". Polityk jest wybierany wtedy, gdy o ludzi dba, a że koszty tej dbałości przewyższają wielokrotnie płynące z niej korzyści, o tym nikt nie wie albo wiedzieć nie chce. Ochrona "dzikich lokatorów" doprowadziła do zahamowania rozwoju budownictwa czynszowego; nadmierna ochrona pracowników przed pracodawcą - do rezygnacji tych ostatnich z prowadzenia interesów, czyli do bezrobocia.
Działalność zawodowa polityka, ustawodawcy skupia się dziś na kokietowaniu elektoratu, a nie czynieniu prawa czy wykonywaniu go. Prezydenci amerykańscy w XIX wieku pokazywali się wyborcom publicznie raz, może dwa razy w roku. Dzisiaj polityk, jeśli nie wystąpi przed kamerami 10 razy w tygodniu, ma niewielkie szansę na reelekcję. Politycy, zamiast rządzić, stają się dbającymi o wygląd, makijaż, gest primadonnami. Mniej liczy się, albo i nie liczy w ogóle, to że proponowany przez polityka program jest dla społeczeństwa korzystny czy szkodliwy, ważniejszy jest sposób jego prezentacji - forma, a nie treść.
Stąd mnożą się programy: walki z nędzą, z przestępczością, korupcją, ostatnio z terroryzmem, ochrony rodziny. Ich bezpośrednim rezultatem jest z reguły podwyżka podatków, dalsze zubożenie społeczeństwa, większa narkomania i terror - słowem pogłębianie się zjawisk, z którymi rzekomo programy te miały walczyć. Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa czy Komitet do Walki z Bezrobociem przestaną działać z chwilą wyprzedaży wszystkich gruntów czy likwidacji bezrobocia. Zatrudnieni w nich urzędnicy robią więc wszystko, aby swojej pracy nie stracili - w rezultacie ziemia nie jest sprzedana, a bezrobocie likwidowane Czy po to powołano te urzędy do życia, żeby dawały pracę urzędnikom?!
Lud jednak widzi, że rząd się stara, robi co w jego mocy, nie widzi natomiast, że to właśnie on, lud, za to wszystko płaci rachunek. Ignorancja rządzi i płaci, choć sama o tym nie wie! Skąd ma wiedzieć, przecież to ignorancja!
Im bardziej spektakularne działanie polityka, tym lepsza jego ocena, przy czym wraz z nią rośnie równocześnie cena płacona przez ignorantów. Pół biedy, gdyby tylko oni płacili - za tę głupotę płaci cały kraj, całe społeczeństwo, i to na kilka pokoleń do przodu. Zastanawiająca jest łatwość, z jaką ignoranci godzą się na swój podły los.
Przekonać obywateli, żeby zgodzili się na wprowadzenie ceł zaporowych na żywność, to dla polityka drobiazg. Poprawia się w ten sposób los chłopa, tego który żywi i broni, wieś nie wymrze, powstrzymuje się zachodnich kułaków przed zatruwaniem nas ich podłą żywnością etc. Tylko niewielu ludzi dostrzeże w tym utajoną podwyżkę cen, którą obciążone zostaje całe społeczeństwo, i to dwukrotnie. Raz, jako podatnicy, którzy te subsydia i cła sfinansują, dwa, jako konsumenci, którzy za żywność zapłacą teraz wyższą cenę.
4
Nawet człowiek aspirujący do "bycia dobrze poinformowanym" nie jest w stanie prześledzić wszystkich aktów prawnych, a co dopiero je zrozumieć. A zatem ignorancja dotyczy nie tylko tych, którym na wiedzy nie zależy lub tych, którzy nie są w stanie zrozumieć, ignorancja dotyczy także tych, którzy mają ambicje. Tych ostatnich informują przeważnie media, ale one także składają się z ignorantów. One także nie są w stanie przeanalizować wszystkich decyzji, ustaw czy dokumentów. Jeśli nawet są ambitne, siłą rzeczy ograniczają się do wycinka problemu. Media chcą się sprzedawać, a ignorantów jest przecież większość. Stąd większość z nich odwołuje się właśnie do tej grupy. Przykładowo, w debacie publicznej nad kształtem reformy systemu oświatowego - toczącej się zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce - publicyści przestawiają z reguły dwie możliwe opcje: edukacje powszechna wyłącznie państwowa oraz system voucherów ograniczony do alternatywy: szkolnictwo państwowe albo/oraz prywatne. A przecież równie dobrze można sobie wyobrazić edukację powszechną (finansowaną z pieniędzy podatnika) opartą wyłącznie na szkolnictwie prywatnym, a także edukację "rynkową", czyli taką, w którą państwo nie ingeruje w ogóle. Te dwie ostatnie opcje (zresztą najskuteczniejsze) przedstawiane są wyłącznie w hermetycznym kręgu zwolenników libertarianizmu. Szczytem manipulacji są tzw. ankiety badające opinię publiczną, w których liczba możliwych odpowiedzi ograniczona jest sposobem zadawania pytań: co wolisz jeść: a) drób, b) mięso, c) bez różnicy? A przecież można równie dobrze preferować: ryby, owoce morza, jarzyny bądź warzywa czy potrawy mączne. Nie twierdzę, że ankieter miał zamiar manipulować opinią publiczną, choć i to się zdarza. Spreparował ankietę, bo interesowała go wyłącznie relacja drobiu do mięsa. Mimo iż nic mądrego w ten sposób nie osiągnięto, złudzenie "dyskusji" czy "debaty" jest pełne. Publiczna dyskusja czy debata mobilizuje społeczeństwo, sprawia wrażenie jego aktywności - problem w tym, że nic (albo niewiele) z tej aktywności wynika. Ani dyskutanci, ani decydenci nie są w ten sposób mądrzejsi. Ignorancja trwa!
Z jednej strony media odwołują się do publicznej ignorancji, z drugiej zaś są jej źródłem, ludzie najchętniej czytają, oglądają czy słuchają to, co wydaje im się prawdziwe. Media zaś sprzedają najchętniej to, co ludzie lubią czytać, słuchać czy oglądać Przełamanie tego błędnego koła wymaga nie lada samozaparcia i wysiłku. Ignorancja jest o wiele łatwiejsza Najsmutniejsze jest to, że znakomita większość ludzi całą swoją wiedzę ekonomiczną czy polityczną czerpie właśnie z tego typu mediów. Nie zadają sobie nawet trudu zastanowienia, czy jest jakaś inna alternatywa.
5
Jedną z najczęstszych, najbardziej podatnych na manipulację, a zarazem najbardziej szkodliwych rodzajów ignorancji politycznej czy ekonomicznej jest opieranie swoich sądów na przesłankach nacjonalistycznych. Nacjonalizm jest tą doktryną, która "przemawia" do każdego. Wystarczy, że kandydat na urząd czy inny polityk to "nasz człowiek", wystarczy że odpowiednio często i głośno odwołuje się do "patriotyzmu" czy "racji stanu" - taki człowiek, bez względu na skutki głoszonej przezeń polityki będzie mile przez elektorat (czytaj: ignorantów) widziany.
Mniej więcej osiem lat temu przetoczyła się przez USA dyskusja na temat wstąpienia (ewentualnie nie wstąpienia) do układu znanego, jako NAFTA (Północnoamerykański Traktat o Wolnym Handlu). Biorące w niej udział strony założyły z góry, że jedynym kryterium korzyści (ewentualnie ich braku), wynikających z wstąpienia do NAFTA ma być bezpośredni interes Stanów Zjednoczonych, "amerykańskiego ludu". To że dzięki NAFTA wyciągnie się ze skrajnej nędzy kilka milionów Meksykanów, że poprawienie im bytu wpłynie (w przyszłości) korzystnie na wzajemną relację obu państw, co więcej, przyniesie Stanom Zjednoczonym wymierne korzyści - nie miało w dyskusji większego znaczenia.
Tak jak dla wielu demagogów czy nacjonalistów nie ma znaczenia to, że stawianie obcokrajowcom zakazu posiadania ziemi rolnej w Polsce spowoduje nie tylko spadek jej ceny czy mniejsze zainteresowanie posiadaniem, lecz także, a może przede wszystkim pauperyzację wsi i marnotrawstwo gruntów. Ziemia i tak znajdzie się w obcych rękach, zanim to jednak nastąpi, wielu drobnych posiadaczy straci okazję do poprawy swojego bytu. O ile w przypadku NAFTA rozsądek zwyciężył (Amerykanie mają jednak znacznie mniej ignorantów), o tyle w przypadku polskiej ziemi, krótkowzroczni nacjonaliści trzymają się dzielnie.
6
Ironia polega na tym, że nawet wśród ludzi nauki świadomość ignorancji społeczeństwa nie jest czymś powszechnym. A jeśli jest, to raczej unikają tego wstydliwego tematu. Niektórzy wręcz uważają, że w systemie demokratycznym poruszanie takiego zagadnienia jest niewygodne, a czasem wręcz szkodliwe. Podkreślanie na każdym kroku, że masy, których wola nadaje państwom kierunek, są głupie, może zostać odebrane jako działanie antydemokratyczne. Skoro jednak jest tak, czy byśmy tego chcieli, czy nie - dlaczego te masy ignorantów mają tyle władzy? Na to pytanie odpowiedź jest jedna: masy nie powinny mieć tej władzy. Tak jak nie mają one - wbrew swoim intencjom czy intuicjom - wpływu na czas spadania ciężarka, choćby nie wiem jak bardzo pragnęły, aby stało się tak, jak to one chcą.
Fizyka, powtarzam, jest w o wiele korzystniejszej sytuacji niż ekonomia, gdzie dominacja "intencji" nad obiektywnymi faktami jest nagminna, świadczą o tym chociażby: "regulacje cenowe", "kontrola wysokości czynszów", "sprawiedliwość społeczna" i inne absurdy, wymyślone przez ignorantów wbrew obiektywnej nauce.
Może zatem należałoby się zwrócić ku naukowcom? Co prawda nawet wybitni specjaliści nauk politycznych czy ekonomii nie orientują się w całości zagadnień, gdyż na poznanie ich brakuje im czasu, znają jednak dobrze wybraną z reguły wąską dziedzinę wiedzy. Nazywa się to specjalizacją. Może ona mogłaby być rozwiązaniem problemu ignorancji? Wyperswadowałoby się ignoranckim masom, żeby - dla własnego dobra - zrezygnowały z władzy na rzecz "dobrze poinformowanych elit", czyli owych 2,5-3,5 proc. społeczeństwa, które politykę i ekonomię rozumie, a przynajmniej zrozumieć chce i potrafi.
Ale nawet ta, zdawałoby się, obiektywna grupa nie gwarantuje poprawy sytuacji. Ludzie ci są bowiem obarczeni skłonnością do ideologizowania. O ile masy w wyciąganiu wniosków opierają się na pojęciach uproszczonych i związkach intencjonalnych, o tyle elita skażona jest groźnym schorzeniem, zwanym ideologią. Krępuje ona swobodę sądów politycznych, narzucając na nie wymóg "spójności i konsekwencji", nieraz kosztem odrzucenia pewnych - niewygodnych z punktu widzenia wyznawanej ideologii - faktów bądź empirii. Zideologizowana elita przykrawa sobie świat do swoich własnych poglądów. Robi tak, ponieważ chce sobie za wszelką cenę wyjaśnić skomplikowany, trudny do poznania świat polityki.
Z jednej strony "ideolog" jest w stanie przyswoić sobie większą (niż masy ignorantów) ilość informacji politycznych, ekonomicznych, ponieważ ma system (właśnie ową ideologię), który mu te informacje w jakiś sposób porządkuje. Z drugiej zaś - konsekwencją takiego stanu rzeczy jest odrzucanie tych faktów, które są mu niewygodne oraz traktowanie ich dostarczycieli (lub wyznawców), jako ludzi głupich bądź złych. Zamiast zastanowić się nad ewentualną racją (lub jej brakiem), ideolog niewygodne opinie czy fakty ignoruje, traktując świat, jako spolaryzowane dobro i zło, czarne i białe.
W ten sposób przedstawiciele lewicy, socliberałowie uważają np. że każdy człowiek sprzeciwiający się opiekuńczości państwa, bez względu na ewidentne konsekwencje tśâ€śÂˇ j polityki, to łobuz i drań. Podobnie, jak konserwatyści (czy libertarianie) uważają, że forsowanie jakichkolwiek programów opiekuńczych jest tak absurdalne, że ktokolwiek je popiera, czyni to z premedytacją, jedynie dla własnej, osobistej korzyści - albo z głupoty. W głowach im się nie może pomieścić, że ktoś może takie programy popierać z "dobrego serca". Analogicznie, socliberał sprzeciwiający się prywatyzacji szkolnictwa powszechnego jest na usługach związku zawodowego nauczycieli, ponieważ to właśnie nauczycielom zależy na utrzymywaniu chorego, nieskutecznego systemu edukacji
Taki sposób stawiania sprawy czyni nasz świat prosty i przejrzysty, po lewej stronie sceny politycznej stoją łobuzy, oszuści i ignoranci, po prawej zaś - ludzie zacni, mądrzy i szlachetni. Takie uproszczenie jest równie nieuzasadnione, co i niebezpieczne. Rządy ideologii mogą być, i są, groźniejsze niż rządy mimo wszystko jednak niezdecydowanych mas ignorantów. Masy wyrządzają z reguły mniej szkody, niż robią to zorientowani, pewni siebie, lecz za to dogmatyczni demagogowie.
W dzisiejszym świecie dominuje system będący hybrydą obu tych postaw: ignorancji i ideologii. Wiodącą rolę sprawują w nim media, których działanie sprowadza się do rozwadniania ideologicznej papki i podawania jej, podatnym na demagogię - właśnie z powodu omawianej ignorancji - masom. Tymczasem życie polityczne toczy się z dala obu tych grup, w gęstwinie rządowej biurokracji, która nie zadaje sobie nawet trudu konfrontowania swoich decyzji z wolą ludu - bez względu na to, czy stanowią ją masy ignorantów, czy wykształcona elita.
7
Jaka jest w takiej sytuacji alternatywa? Czyżby należało zrezygnować z samej demokracji? A jeśli tak, to kto ma przejąć formalny ster państwa? Nie masy, nie elity, nie ideologowie - no, więc kto?
Pewną szansę poprawy status quo, to jest szansę racjonalizacji życia politycznego, stwarza odpowiednie wykorzystanie i przygotowanie owej biurokracji. Zamiast zwracać się do woli ludu i pytać go o zdanie w sprawach, o których nie ma on większego pojęcia, odwołajmy się do wiedzy ekspertów. Powiedzieliśmy wcześniej, że nikt nie jest w stanie objąć swoim rozumem w sposób spójny i wystarczający całego spektrum zagadnień państwa, polityki, rządu, społeczeństwa. Można je jednak podzielić na wycinki, które specjalista-biurokrata będzie w stanie zrozumieć i opanować.
Mówiąc "biurokracja" nie mam na myśli specjalistów od planowania, lecz ekspertów, przy pomocy których rząd wykonuje swoje zadania. Sprowadza się to do rządów fachowców, przy czym cele tych rządów nadal formułowane byłyby przez lud. Przykładowo, masy chcą poprawić dolę rolnika, zwracają się ze swoją wolą do ekspertów, którzy im opracowują, a następnie wprowadzają w życie program "poprawy trudnej doli rolnika". Robią to w sposób odpowiedzialny, w oparciu o zdobycze nauki, doświadczenie etc. Najsłabszym ogniwem takiego ujęcia jest jednak uczciwość czy motywacja rządowego eksperta. Skąd mamy pewność, że człowiek ten rzeczywiście działa w interesie rolnika albo ogółu obywateli? A może znalazł okazję do wzbogacenia się kosztem rolników? Załóżmy jednak, że poprzez system kar oraz wysoki prestiż zawodowego biurokraty uda się nam partykularne pokusy wyeliminować, nie oznacza to wcale, że osiągnęliśmy ideał. Pojawi się bowiem znacznie bardziej podstawowy czy wręcz krytyczny problem, mianowicie, kto będzie:
- całość zadań - rządu dzielić na podzadania;
- dobierał ekspertów;
- nadzorował ich pracę;
- czy oceniał stopień wykonania zadań?
Wcześniej powiedzieliśmy, że opanowanie całości systemu jest niemożliwe, gdyż jest on zbyt skomplikowany. Tymczasem taki Nadzorca musiałby się orientować w całości, a to jest niemożliwe. Doszłoby do paradoksu; rolę czynnika nadzorującego pracę ekspertów pełniłby... ignorant, ktoś kto wie mniej od samych nadzorowanych. Jeśli nawet nie ignorant, to ideolog. Tak źle, i tak niedobrze.
Tego typu paradoksy pojawiają się już dzisiaj w niektórych, zdawałoby się "obiektywnych", dziedzinach życia, jak np. ochrona środowiska. Wiele decyzji podejmowanych przez ekspertów zatrudnionych w Environmental Protection Agency podejmuje się wyłącznie ze względu na ich ideologiczny charakter, to jest "poprawność polityczną". DDT to rzekomo straszna trucizna, dlatego zakazano jego stosowania. W rezultacie na malarię, do której zwalczania DDT stosowano, zmarło kilkadziesiąt milionów ludzi. Co więcej, ostatnio opublikowano obszerny raport naukowy, z którego wynika, że jeszcze nikt, nigdy nie przedstawił ani jednego dowodu szkodliwości DDT! Wszystko, co na temat szkodliwości preparatu wiadomo, zostało spreparowane przez nawiedzoną działaczkę ochrony środowiska, której tak się tylko wydawało. Kolejnym "odkryciem" ostatnich tygodni jest sprawa etanolu, jako pożądanego ze względu na walory środowiskowe, substytutu benzyny. Okazuje się, że etanol nie tylko jest kompletnie nieopłacalny ekonomicznie (jest blisko dwukrotnie droższy od benzyny), nie tylko nie ma możliwości produkowania go na wielką skalę, to na dodatek jego walory środowiskowe nie są wcale tak ewidentne.
Albo inny przykład: korzystanie z telefonów komórkowych w trakcie jazdy samochodem jest przyczyną wypadków drogowych, w Nowym Jorku (na początek) zakazano więc posługiwania się "komórkami". To, że "komórka" uratowała życie tysiącom ofiar wypadków drogowych, o tym - ze względów ideologicznych - wspominać nawet nie wypada...
8
A zatem, czy istnieje jakieś rozsądne wyjście z tego błędnego koła demokracja - ignorancja - demokracja?
Pewnej szansy można upatrywać w zmniejszeniu rządu (państwa) i to maksymalnie, do rozmiarów z XIX stulecia. Wystarczy więc: obrona granic, porządek wewnętrzny, sądownictwo, zakłady karne oraz ewentualnie polityka zagraniczna, choć ta ostatnia, w świetle wydarzeń z 11 września także stoi pod znakiem zapytania. Ograniczenie zakresu działania rządu spowoduje w każdym razie zmniejszenie się pola błędu, a tym samym zmniejszenia wpływu ignoranckiej publiczności na stan państwa. Mniejsze będzie zapotrzebowanie na decyzje podejmowane w oparciu o głos ludu. Mniejsze państwo nie gwarantuje jednak likwidacji ignorancji. Gdyby nawet rząd został okrojony do "obrony narodowej", zakres podatności tej sfery państwa na demagogię, nacjonalizmy czy ideologie jest tak wielki, że możliwość "popsucia" jest wciąż realna. Wystarczy sięgnąć po historię dziewiętnastowiecznej Europy, gdzie rola państwa sprowadzała się wyłącznie do sfery militarnej, żeby się o tym przekonać. Miniaturyzacja wpływów i zakresu władzy państwowej nie leży więc w racjonalizacji funkcji państwa, lecz raczej w racjonalizacji tych sfer życia publicznego, które nie będą już w jego zakres wchodzić, w tym, że większy będzie zakres domeny prywatnej.
Zatem nie miniaturyzacja, jak chcą konserwatyści, lecz prywatyzacja funkcji państwa - o czym mówią libertarianie - jest lekarstwem na bolączki życia społecznego, politycznego, gospodarczego. W biznesie prywatnym istnieje rachunek ekonomiczny: bilans zysków i strat, czego w przypadku państwa nie ma i być nie może. Dzięki temu biznes prywatny można racjonalizować, jest on poza tym konkurencyjny, a państwo, jak wiadomo, to stosujący przymus monopol. Ignorancja konsumenta nie ma większego wpływu na wyniki prywatnego biznesu, prosperującego (lub nie) bez względu na poglądy konsumenta.
Prywatyzacja funkcji państwa ma także to do siebie, że odpolitycznia życie publiczne. Trudno sobie wyobrazić, żeby General Motors zbombardował fabryki, konkurencyjnej Toyoty czy Forda, ale upolitycznione państwo, rząd ignorantów robi to bardzo chętnie. Podlegając sferze prywatnej i racjonalizmowi właściciela czy rynku, państwo może działać sprawnie bez odwoływania się do woli czy dezaprobaty polityka, społeczeństwa. Życie toczyć się będzie bez względu na to, co publiczność chce czy nie chce, ignorując "ignorancję" społeczeństwa. Tak jak niezależnie od naszej woli funkcjonują prawa fizyki, chemii, biologii, tak "prywatne" państwo działać będzie w sposób racjonalny i mniej narażony na głupotę i błędy. Dzisiaj koncepcja taka wydaje się utopią, ale kiedyś utopią była równość obywateli, prawa kobiet czy posiadanie łazienki z ciepłą wodą we własnym domu...
Jan M. Fijor
Wyświetlony 9795 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.