wtorek, 21 grudzień 2010 14:25

Do kogo należy Internet?

Napisane przez

Takie to proste, ale jakże ważne pytanie padło z ust jednego z uczestników prowadzonych przeze mnie szkoleń.

Był to człowiek trzeźwo myślący, rozumujący w kategoriach gospodarczych. Mówiąc wprost, chciał wiedzieć, kto na nim zarobi, jeśli z Internetu zacznie korzystać w swojej firmie.
Gdybyż odpowiedź była tak jasna, jak np. z telefonem. Patent i już. Czy właścicielami Internetu są ci, którzy go wymyślili. Ale kto to był i kiedy? Historia tej technologii nie sięga wprawdzie czasów I Rzeczpospolitej, ale już w 1945 roku, Vannevar Bush opisywał sieć niemal identyczną w konstrukcji z Internetem. Były to jednak tylko, nie wprowadzane w życie, fantazje.
Do sprawy powrócono w latach pięćdziesiątych. Inspiracją postępu technicznego jak zwykle stała się wojna, zimna zresztą. Osiągnięcia Związku Radzieckiego w zdobywaniu kosmosu i nie tylko, przestraszyły Amerykanów. W obawie przed napaścią postanowili stworzyć sieć komunikacyjną, zapewniającą możliwość dowodzenia i utrzymania łączności siłom militarnym kraju, w sytuacji ataku jądrowego. Tak więc może właścicielem Internetu powinien być amerykański rząd z generałem Eisenhowerem na czele? W 1957 roku (w tym samym, w którym Łajka podróżowała na orbicie okołoziemskiej) powołał do życia organizację ARPA - Agencję Zaawansowanych Projektów Badawczych. Przedmiotem prac Agencji miała być sieć, nie posiadająca żadnego centralnego punktu dowodzenia kontrolującego jej pracę. Wymagania takie spełniała jedynie koncepcja Paula Barana  - Polaka z pochodzenia. W jego modelu informacja była dzielona na małe porcje przesyłane niezależnie od siebie i składane w całość dopiero w punkcie przeznaczenia. Taka decentralizacja i równorzędne traktowanie wszystkich komputerów w sieci zabezpieczało przed sytuacją, kiedy zniszczenie jednostki centralnej uniemożliwiało by komunikację. Nawet gdyby wiele komputerów zostało uszkodzonych, wędrująca informacja mogłaby korzystać z alternatywnych połączeń. Z racji polskiego pochodzenia autora projektu może moglibyśmy rościć sobie jakieś prawa do posiadania choćby małej części tego genialnego wynalazku?
Raport pana Barana przeleżał w archiwach Pentagonu 10 lat. W końcu, na jego bazie, w 1969 powstał ARPANET - pierwsza sieć z wymianą pakietów, łącząca 4 komputery stojące w Los Angeles, Santa Barbara, Utah i Stanford. Amerykańskie struktury militarne nie utrzymały monopolu na Internet. Powoli technologię zaczęli przejmować naukowcy. Zaś od 1973 już nie tylko amerykańscy, bo właśnie wtedy uruchomiono pierwsze międzynarodowe połączenie z Anglią i Norwegią.
W 1974 po raz pierwszy została użyta nazwa Internet - w projekcie Vintona Cerfa i Boba Kahna. Ale i oni nie mają do niej wyłącznych praw. Internet ma wielu rodziców prawdziwych i samozwańczych. Spotkałam informatyków, którzy uważali, że Internet należy do nich. W efekcie twierdzili na przykład, że elektroniczne przesyłanie ofert handlowych na konta e-mailowe (czasem do wielu użytkowników jednocześnie) to "spam", czyli w wolnym tłumaczeniu chłam, niegodny użytkownika Internetu. Ba, wymyślili nawet netykietę - czyli etykietę sieciową, w której ZABRANIAJÂĄ (zabraniają tam też pisania dużymi literami) wysyłania owego spamu. Owa netykieta zwiera zresztą jeszcze kilka jedynie słusznych złotych zasad.   
Faktycznie Internet nie ma właściciela. Jest globalną siecią transmisji danych bez centralnego zarządzania. Ma za to kilku opiekunów. W końcu lat osiemdziesiątych rozwojem sieci zajęła się NSF (National Science Foundation). Kwestie techniczne, konieczne dla prawidłowego funkcjonowania sieci, są określane przez IETF (Internet Engineering Task Force) oraz IANA (Internet Assigned Number Authority). 
Ale nawet nie będąc właścicielem Internetu można próbować na nim zarobić. Jak? Po pierwsze na domenach. Każdy komputer świadczący jakieś usługi w sieci, różni się od innych niepowtarzalną nazwą, która jednoznacznie go identyfikuje. Identyfikatory te, to adresy IP - ciąg cyfr poprzedzielanych w odpowiednich miejscach kropkami. Oczywiście żaden normalny człowiek nie zapamiętałby kilkudziesięciu adresów komputerów, z którymi musi utrzymywać kontakt, gdyby wyglądały tak: "149.156.24.21". Dlatego wymyślono, żeby przedstawiać je w postaci słów. Do tłumaczenia cyferek na słowa służą tzw. serwery DNS, a same adresy nazywamy domenami. Jak dotąd funkcjonują dwie kategorie domen: krajowe (jest ich niemal 250, na przykład polska: .pl, niemiecka: .de czy francuska: .fr)
i rodzajowe. Domen rodzajowych jest siedem. .com, .net i .org. mają charakter otwarty, czyli podmioty nie muszą spełniać żadnych kryteriów przy rejestracji adresów, natomiast .int, .edu, .gov, .mil przeznaczone są dla organizacji międzynarodowych, co najmniej czteroletnich szkół wyższych, instytucji rządowych i wojska. Jedynie domeny zarejestrowane w USA nie zawierają części oznaczającej kraj. Najpopularniejsze zakończenie .com wchodzi w skład ponad 20 mln nazw. Firm pragnących mieć własną domenę jest jednak znacznie więcej. Sytuację ma poprawić zwiększenie liczby domen. Wśród propozycji przeważają .biz, .travel, .union., .museum, .shop i .sex. Ktoś musi nad tym wszystkim czuwać, pilnować żeby adresy się nie powtarzały i tak dalej. Na początku oczywiście trzymali to w garści Amerykanie - w końcu u nich się wszystko zaczęło. Zarządzająca nazwami domenowymi Internet Assigned Number Authority była organizacją rządu USA. Ale ponieważ oni tam, w przeciwieństwie do nas nie przepadają za wyrzucaniem pieniędzy na biurokrację, prezydent Clinton sprywatyzował tę działalność. W 1998 r., powstała Internet Corporation for Assigned Names and Numbers (http://www.icann.org), nazywana również "Rządem Internetu". Członkiem korporacji zarządzanej przez 19 dyrektorów, może zostać każdy po zapisaniu się (przez Internet, rzecz jasna). Nie kosztuje to nic ani do niczego nie zobowiązuje. Dzięki temu na losy sieci mają wpływ użytkownicy z całego świata.
Każdy kraj ma instytucję sprawującą lokalną kontrolę nad domenami i bierze za to pieniądze. Polski NASK pobiera opłaty w wysokości: 150 PLN rocznie za domenę .com.pl (.org.pl, .net.pl), 200 PLN (ostatnio była obniżka) rocznie za domenę .pl, oraz 50 PLN za domenę regionalną (np. waw.pl). Z kolei domenę .com (.org, .net) można zarejestrować w InterNIC za 70$ na dwa lata.
Jak już się domenę ma, a nie używa do własnych celów, można ją komuś odsprzedać (słynne są procesy osób, które domagają się by "ich" domeny zostały im oddane bezpłatnie - np. Madonna czy lud Yanomami). Handel domenami odbywa się na aukcjach. Oto przykłady aktualnych cen (w złotówkach) na jednej z nich (www.domena.pl): demokracja.com - 5200, piesikot.pl - 100000, cafe.com.pl - 500, kupieauto.pl - 5000, banan.pl - 500, finanse.com - 19000. Jak widać, ceny nie są wstrząsająco wysokie i daleko nam jeszcze do amerykańskich, milionowych rekordów.
Potężny kawałek tortu przypadał jak dotąd tym, którzy Internetem handlowali na giełdzie. Do niedawna można było obserwować w Polsce zjawisko "wydmuszek". Nazywano tak firmy, które dotąd zajmowały się inną niż internetowa działalnością, a ich wartość była dość niska. Inwestorzy przejmowali te firmy i zmieniali lub tylko obiecywali, że zmienią profil ich działalności na związany z "nową technologią". Tak było z działającą w branży obuwniczej firmą Ariel. Potem zasłynął Chemiskór. Wartość akcji tych firm wzrastała o kilkadziesiąt procent w ciągu jednego dnia.
To samo działo się na giełdach światowych. Wszystko stanęło na głowie. Zaczęto mówić o "nowej gospodarce". Myślę, że nazwa ta powstała, ponieważ do internetowych firm nie można było zastosować starych reguł. Głównie przy dokonywaniu oceny wartości. Nikt nie wiedział, jak uzasadnić gwałtowny wzrost cen ich akcji. Żeby nie tłumaczyć tego jedynie kapryśnym apetytem nabywców, próbowano podkreślać zasoby internetowych firm, w postaci znakomitych fachowców i ich jeszcze lepszych pomysłów. Co bardziej racjonalni analitycy szacowali wartość na podstawie przewidywanych przychodów (np. z reklamy w przypadku portali).
Ale to co dobre, szybko się kończy. Ostatnio wszyscy zaczęli twierdzić, że nowej ekonomii nie ma. Jest tylko ta stara jak świat, że przedsiębiorstwo musi mieć dochody w postaci żywej gotówki. Dotcomy zwalniają pracowników. Najbardziej spektakularnym przykładem jest Amazon - chyba najstarszy z wielkich - sklep internetowy sprzedający prawie wszystko klientom indywidualnym (b2c). Jak dotąd nigdy jeszcze nie przyniósł zysków, pomimo że z jego usług korzystają rocznie dziesiątki milionów klientów. Na początku bardzo wysoko ceniony, ostatnio ogłosił, że zwolni 15% swoich pracowników. Chce w ten sposób przyciągnąć inwestorów, zwiększając swoją rentowność. Obiecuje nawet, że w czwartym kwartale 2001 roku, po raz pierwszy przyniesie zyski.
Takie obiecywanie jest zresztą charakterystyczne dla prognozowania sukcesu firm internetowych, ilości użytkowników Internetu lub przychodów wirtualnch sklepów. Ciągle czytam opracowania, w których roi się od informacji typu "obroty w handlu b2b w 2025 roku wyniosą 234529989227268647 bln dolarów i będzie to wzrost o 123131% w stosunku do bieżącego roku". Na czym ci wszyscy ludzie opierają swoje wnioski? Według PricewatherhausCoopers (badania 150 największych przedsiębiorstw IT w Europie), tyko 28% dużych spółek internetowych przynosiło zyski, na przełomie lipca i września 2000 r. Ponad 20 znajduje się w strefie zagrożenia - to znaczy ich fundusze uległy prawie całkowitemu wyczerpaniu. Pozostali wydają więcej niż mogą zarobić. Bankructwa są na porządku dziennym. Ostatnio portal Ahoj.pl, który już od dłuższego czasu boryka się z problemami finansowymi, zapowiedział pracownikom, że przychodzą do pracy na własne ryzyko - to znaczy mogą nie dostać pieniędzy za pracę.
Za to bardzo dobrze się mają te przedsiębiorstwa, które trzymają w garści połączenia z Internetem - firmy telekomunikacyjne. Niezależnie czy kontrolują łącza kablowe, satelitarne czy radiowe, rozwijają się cały czas. Między innymi dlatego, że obecne połączenia są jeszcze bardzo niedoskonałe i jest co poprawiać. Firm telekomunikacyjnych mamy coraz więcej. Powstają na tym tle nawet międzynarodowe konflikty - na przykład, jak ktoś był bardziej przewidujący i położył lepszy światłowód. Internauci zaś zacierają łapki, bo prędzej czy później doprowadzi to do obniżenia cen.
Całkiem smaczne kąski z internetowego stołu przypadają firmom świadczącym usługi hostingowe, polegające na utrzymywaniu kont i stron internetowych, jak również agencje interaktywne. Zakres usług tych ostatnich obejmuje rozwiązania najprostsze - tworzenie stron internetowych i bardziej złożone, zawansowane technologicznie, projekty. Zarabiają również niektórzy właściciele internetowych aukcji oraz wortale oferujące bardzo wyspecjalizowane informacje. Pozostali mają nadzieję na przyszłe zyski. Czas pokaże czy ich modły (do św. Izydora, który już niedługo zostanie prawdopodobnie patronem Internetu) zostaną wysłuchane. 
Są w końcu i tacy, którzy zgadzają się płacić innym za możliwość wykorzystywania Internetu, jako biznesowego narzędzia. Traktują go, jak nową metodę prowadzenia działalności gospodarczej, wspomagającą, uzupełniającą i dynamizującą dotychczasowe sposoby działania. Właściciele firm przestali inwestować w Internet dla szybkich zysków (choć na pewno bardzo by tego pragnęli). Raczej kieruje nimi lęk przed konkurencją, chęć lepszej obsługi klienta, konieczność dostosowania się do nowych realiów. 
Tak więc po zbadaniu i przemyśleniu sprawy w krótkich żołnierskich słowach odpowiadam. Kto jest właścicielem Internetu? - nikt. Kto na nim zarabia? - kto może.    
Katarzyna Wawer
Wyświetlony 10437 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.