wtorek, 21 grudzień 2010 15:10

Grzyby

Napisane przez

W niedzielne południe, takie samo jak wszystkie inne do tej pory, a jednak nie to samo, pani Maria wstała, ogarnęła się i nie wiedząc dlaczego, na niewielkiej kartce papieru napisała jedno proste zdanie. Po; czym wyszła przed obejście i przypięła karteluszek do drzwi. Kiedy to zrobiła, wróciła do izby, położyła się do łóżka i przespała dwa dni i dwie noce.

Wstała trzeciego dnia. Wydawała się być nie przytomną. Chyba zresztą tak się czuła. Najpierw więc zaparzyła mocnej herbaty w mosiężnym czajniku, co to przywiozła go jeszcze z Syberii, l zioła z krwawnika też zaparzyła, ot tak dla równowagi; nie lubiła przesadzać, szczególnie gdy tyczyło to zdrowia. A kiedy przyszła już nieco do siebie, podeszła do okna i spojrzała w świat, znaczy się na widok drogi przed domem. Niezmordowanie tuptało tam stadko wsiowych kur, kaczek i indyków. Poza tym było pusto.
Byłoby pusto, gdyby nie stary lgnąc, który jak to miał w zwyczaju, od niemal dwudziestu lat, albo i dłużej, wpatrywał katatonicznym wzrokiem w obejścia, l nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że tym razem, spoglądał spode łba, jakby mu ktoś krzywdę zrobił, wrogo spoglądał.
Zasłoniła okna kotarą ze zmierzwionych prześcieradeł, wróciła do stołu i wziąwszy w dłonie kubek z herbatą, zaczęła rozmyślać nad tym nad tym co się właściwie stało?
Niezależnie od Marii, jakby w świecie rzeczy równoległych, kartka przybita do drzwi zrobiła swoje. Odczytana na wiele sposobów, wywoływała lęk. Tym bardziej mocny, zły, iż każdy zobaczył jakiś fragment własnego życia. Widział odpowiednie tylko dla siebie znaczenia. Poza tym nasuwało się nieuchronnie pytanie o to, co z dwojga złego jest gorsze: szaleństwo Marii, czy skutki jej bluźnierstwa?
Nie wyglądało to dobrze.
Nie odnajdując też ani słów ani odpowiedzi mieszkańcy skierowali swój wzrok nieco wyżej, na wzgórza plebani, gdzie jak dotąd potrafiono wytłumaczyć im rzeczy nie do wytłumaczenia - do ojca Jakuba.
Choćby ze względu na podeszły wiek, ojciec Jakub miał już dość ludzkich spraw. W gruncie rzeczy poświęcał się modlitwom i przyklasztornej trzodzie. Słyszał o sprawie Marii. Najpierw jednak dokończył strzyżenia owiec, wydoił dwie, równie liche jak on sam, kozy, nakarmił kury, indyki i za uszy powsadzał do klatek króliki, l dopiero wówczas gdy bydlątka boże znalazły swoje miejsce, a on sam odczytał wieczorną część brewiarza, ruszył w stronę domu Marii.
Jeżeli cenił sobie te wizyty, zwykle rzadkie i zwariowane, to tylko dlatego, że przez pięćdziesiąt lat, nie zgodzili się w żadnej sprawie.
"I zamiast Boga były grzyby..." - przeczytał zdanie na karteluszku. Uśmiechnął się i kiwnął głową z uznaniem. Zerwał papier z drzwi i włożył do kieszeni habitu. Wszedł do przedsionka.
W sieni nie pachniało ani śmiercią, ani chorobą.
Maria, istotnie, nie wyglądała na umierającą. Owinięta w szlafrok, siedziała w głębokim fotelu przy stole z kubkiem parującej herbaty w rękach. Ujrzawszy ojca Jakuba uniosła brwi jakby w zdziwieniu, ale i w poczuciu ukontentowania zarazem - jakieś takie pomieszanie buntu ze zwykłym pragnieniem bliskości. Jakoś tak.
Kiwnięciem głowy wskazała ojcu miejsce na drugim fotelu. Siadł bez słowa. Dłuższą chwilę trwali w milczeniu jak to starzy ludzie, którzy niekoniecznie mają sobie wiele do powiedzenia. Ciszę przerywało tylko bzyczenie much i komarów. Pierwsza nie wytrzymała jednak Maria, odezwała się tonem nieco ironicznym i zadziornym:
- No i co tam słychać w wielkim świecie?
Ojciec Jakub nie odpowiedział. Przeciągnął się tylko, splótł dłonie na kolanach i nie spuszczał badawczego spojrzenia.
- To co - nie ustępowała - poumierali?...
- Ludzie, jak to ludzie - szepnął - ot, żyją tak, jak potrafią...
- Mówisz? - rzekła zadziornie - Ludzie?... A wiesz, co stary Jegor, ten, co na Syberii kartofle nam przynosił, pamiętasz, mówiłam ci...
Potrząsnął głową.
- ...co on miał do powiedzenia na temat ludzi?
- Nie.
- Więc on mówił, że woda tutaj czysta, tajga zielona, tylko ludzie jacyś...
- Niewydarzeni?...
- Chujowi, Jakub, chujowi... Dlatego nie truj mi, gdy zaczynasz o ludziach, dobrze?...
- Nie gorączkuj się, Maria...
- Ja się nie gorączkuję... Wyjrzyj na dwór. Siedzi tam Ignac i patrzy w moje okna, jakbym mu wnuki pozarzynała... i czemu on tak patrzy?...
- Po co ci Ignac?
- Po to...
- Co ci strzeliło do głowy, Maria?
- Od razu strzeliło! Nie umiesz inaczej?...
Nie chciała jednak zadzierać z ojcem Jakubem, szczególnie że ten sapnął ciężko i z rezygnacją osunął się w głąb fotela. Może jeszcze z innych powodów nie chciała. Może sama czuła się zmęczona. Tak czy inaczej odstawiła kubek z herbatą, wstała i bez słowa podeszła do przeszklonej szafki. Wyciągnęła karafkę i nalała do kieliszka nalewkę własnego wyrobu.
- Napijesz się?
Kiwnął głową.
-.Cieszę się.
- Dlaczego?
- Bo ty lubisz moją nalewkę z orzecha i ja także...
- To polej.
Postawiła kieliszek na stole. Sama pozostała przy herbacie. Lubiła patrzeć, jak ze znawstwem i delikatnością dziecięcia bożego smakuje wytwory jej spirytusowo-owocowej wyobraźni. Szczególnie gdy sobie podchmielił. Rozmawiali wówczas o Hiobie, grzechach niezawinionych i innych sprawach. Ale to zdarzało się niezwykle rzadko.
Jakub cmoknął z uznaniem,
Maria wydawała się być w siódmym niebie.
- Przyznasz jednak - odezwał się - że w nalewce nie ma Boga.
Spojrzała zdziwiona.
- A co nalewka ma...
- W jagodach jest tchnienie Pańskie - wtrącił Jakub - w krzewach malin również, i we wróblu nieopierzonym da się zauważyć Jego ślad, nawet w wężu jadowitym i w kupie gnoju, a w nalewce nie...
- Ładnie to powiedziałeś, Jakub.
- Miło mi.
- Wróbel nieopierzony i maliny?... No, no, kto by to pomyślał. Sięgnął do bocznej kieszeni habitu, wyciągnął zmięty karteluszek.
- "l zamiast Boga były grzyby" - czytał, cedząc powoli każde słowo. Po czym przesunął papier w stronę Marii.
- Zabawne to - rzekł po chwili. - Nie uważasz?
- Ale to było, Jakub...dawno temu...
Ojciec Jakub roześmiał się serdecznie, klepnął dłonią po kolanach i nad wyraz żwawo krzyknął niemal, ale niegroźnie: - Gdzie to zamiast Boga są grzyby?...
- Nie żartuję, Maria.
- Tam..., szepnęła ledwo słyszalnym głosem - To było naprawdę dawno temu. ...Teraz mi odbiło... Rozumiesz?...
Skinął głową. Sięgnął ręką po kieliszek, zamoczył usta i sycąc podniebienie orzechówką, patrzył spokojnym wzrokiem.
- A jednak mieszać Boga z marynatami? - śmiał się mimochodem.
- Oddaj kartkę - przerwała Maria.
- Dobrze - przesunął papier po stole. - Ale powiedz mi, jak chcesz zachować rozum, wsypując Boga do jednego worka z grzybami?
- Nic mi się nie pomieszało, Jakub - odparła. - Ani poplątało.
Ojciec Jakub odstawił kieliszek, splótł dłonie wokół twarzy.
- Na Syberii nie było Boga - nie ustępowała Maria. - Grzyby tak, ale Boga nie...
Podniósł głowę i spojrzał uważnie. - Co się właściwie stało? - spytał szeptem.
Maria gwałtownie poderwała się z fotela, poprawiła szlafrok i nerwowym krokiem zaczęła przemierzać izbę od ściany do ściany, jakby szukając miejsca na dosadne przekleństwo. Nagle jednak siadła w fotelu i założywszy dłonie na kolana, jak gdyby nigdy nic, spokojnym tonem rzekła:
- Człowiek nie powinien spoglądać wstecz... Znasz historię żony Lota?...
Skinął głową.
- Mnie dopadły demony przeszłości, Jakub, bo obejrzałam się wstecz. Nie powinnam tego robić, nie w tym wieku, a jednak to zrobiłam...
- l co zobaczyłaś?
- Własne dzieci, nie uwierzysz, lecz w niedzielę po południu zobaczyłam Witka i Olę...Po tylu latach... Spadły na mnie jak stado nietoperzy w środku nocy, koszmar...
- Masz do nich żal?
- Nie. Wykształciłam je, wychowałam... sama! Poszły w świat. Nie pamiętam już nawet, jak wyglądają... Do diabła zresztą, niech sobie idą i nie wracają...
- A jednak wróciły.
- Po co? - odparowała Maria. - By mnie gnębić?...
Ojciec Jakub wyglądał w tej chwili na człowieka, który niewiele rozumie, i nie starał się udawać, że jest inaczej. Patrzał na Marię oczami wielkimi jak dwa kurze jaja i nie wiedział co powiedzieć. Wcisnął się więc głębiej w fotel, jak osoba, która w trudnej chwili szuka schronienia.
- To są sprawy proste, Jakub: Syberia, głód, pluskwy, dzieci i mąż, który idzie na front, by nam ulżyć - jak mówił - a tak naprawdę ucieka, bo nie chce widzieć, jak jego dzieci umierają... Ech tam... Syberia jest rajem dla ludzi prostych, albo prymitywnych - tylko oni chcą żyć za wszelką cenę. Pluskwy też zresztą chcą. We mnie tego nie było...
Wtedy naprawdę poznałam smak piekła. Nie było tam Kosmatego ani strachu, ani śmierci, po prostu nie było nic...
- Nie byłaś jednak sama - poruszył się w fotelu ojciec Jakub.
- Popatrz, popatrz - pokpiwała z lekka - jak go to ruszyło!
- Nie kpij sobie, Maria, bo wyjdzie na to, że zjadasz już owoce ust swoich...
- Bo dotyczy to dzieci?
- Właśnie...
- l diabła?...
- Tak.
- Wiedz zatem, Jakub, bo kocham ciebie, że ludzie ubzdurali sobie, szczególnie wobec kobiet, iż ze wszystkiego dzieci są najświętsze. Tak się przyjęło. Lecz każdy z nich przeżył chwilę, bo tak już jest, że przeżył, gdy nie odnajdywał w sobie żadnej świętości. Nie odnajdywał niczego...Gdzie wtedy były ich dzieci? Powiedz. Tylko nie kłam...
Nie odpowiedział.
- Sam widzisz - ciągnęła Maria - że to nie jest proste. W ostatecznym rachunku, zostajemy samotni - choćby w obliczu śmierci.
Kiedy mąż poszedł na front, a ja widziałam w jego oczach, że on nie idzie, tylko ucieka, wtedy jedyną nicią łączącą mnie ze światem pozostało kilka kartofli, które przynosił nam sąsiad, stary Rosjanin Jegor. Ale kiedy i jemu skończył się ostatni ziemniak, wszelkie więzi ze światem zostały zerwane.
- Oszalałaś!
Nie usłyszał odpowiedzi.
Maria pochyliła się bardziej w dół, głowę wciskając między kolana. Patrzyła w podłogę, a ojciec Jakub nie miał pojęcia, czego tam szukała. Ona być może również.
Spoglądał w milczeniu na jej skulone, kruche ciało, pełen obaw, czy słowa mają tu jakiekolwiek znaczenie. Nawet modlitwa nie przychodziła mu do głowy. Nie czuł nic poza lękiem o los Marii i przeraźliwą pustką na myśl o tym, co powinien teraz zrobić.
Tymczasem Maria delikatnie i miarowo wprawiała ciało w stan lekkiego rozkołysania, jakby w miarowych rytmach, szukała utraconej gdzieś harmonii i ładu.
- l wtedy - odezwała się nagle, a głos jej, przytłumiony szlafrokiem brzmiał trochę jak z podziemi - kiedy stary Jegor nie przyszedł i nie przyniósł ziemniaków, bo sam umarł z głodu, powiedziałam sobie, że dość tego...
Uniosła głowę, odgarnęła włosy z czoła i spojrzała tak, jakby nie rozpoznawała świata wokół. Trwało to chwilę.
- Wtedy nawiedziła mnie ta właśnie myśl: że dzieci muszą umrzeć - ja również... Rozumiesz teraz?...
- Staram się - wyszeptał gardłowym tonem. - Ale chyba nie potrafię.
- Nie przejmuj się, Jakub. To nic.
...Poszłam do tajgi. Narwałam kosz pełen grzybów - muchomorów, taki szczególny rodzaj, o których mówili miejscowi, że konia z nóg powala. Narwałam i wróciłam do domu.
Dzieciaki nie miały już nawet sił, by cieszyć się na widok jedzenia. Wituś był tak opuchnięty z głodu, że od wielu dni nie wstawał i nie odzywał się. Z Olą nie było lepiej. Patrzyły na kosz i przez cały dzień nie odrywały odeń wzroku. Do dziś widzę te oczy, niemal jak u sowy przebudzonej w środku dnia - ślepe, tyle że z pożądania.
Więc szykowałam wywar z grzybów. Stojąc nad garnkiem z wielką łychą lipową w dłoni musiałam wyglądać jak czarownica.
- l co?
- Od wielu, naprawdę wielu dni, kładliśmy się spać syci. Dzieci wyglądały na szczęśliwe. We mnie coś umarło. Po raz pierwszy nie potrafiłam odmówić z dziećmi pacierza. Miałam tylko jedno marzenie: by rzecz cała odbyła się bez cierpienia i bólu...Tylko to... A teraz powiedz, jakeś taki mądry: gdzie był wtedy ten twój Bóg?... Tylko nie kłam, proszę...
- Wszystko jest w ręku Boga, Maria, moje i twoje gadanie również. Odchodzimy od Niego, kiedy wymyślamy coś własnego. Ty wymyśliłaś sobie że Boga niet i żyjesz z tym od bodaj pięćdziesięciu lat. A ja ci mówię, Maria, że to właśnie On nie odebrał wam jednak życia, tobie i dzieciom.
- Przeciwnie, Jakub, te grzyby uratowały nas od śmierci. To były muchomory, ale nie sromotnikowe. Dlatego...
- Jak zwał, tak zwał - wtrącił ojciec Jakub. - Dostąpiłaś wówczas łaski i powiedz teraz, czy to była twoja zasługa?
- Nie, chciałam umrzeć...
- Lecz żyjesz...
- Nie rozumiem...
- Być może nie musisz rozumieć. Wszak to On jest ekspertem pisania dziwacznych historii w prosty sposób, i nikt nie wie dlaczego tak się dzieje, a wielu się zastanawiało.
- Mimo wszystko, Jakub...
- On tam był...
- Gdzie, jeśliś taki łaskaw...
- Był.
- Gdzie?...
- W koszu...Wystarczy?
Nie od razu zrozumiała. W pierwszej chwili zatrzepotała rękami, żeby odegnać myśli niektóre. W drugiej nie wyglądało to lepiej...! gdy minął właściwy czas, taki czas gdy rzeczy pierwsze stają się ostatnimi, a ostatnie pierwszymi, wówczas, ani wcześniej, ani potem, wyprostowało Marię niczym na kiju od miotły i zesztywniało nieco, rzuciło plecami o oparcie fotela. Osłupiałym wzrokiem patrzyła na przyjaciela.
- To niedorzeczne - zasyczała metalicznie i nieprzyjemnie. - To nie jest możliwe... Nie to...
- Tak uważasz?
- To niedorzeczne - powtórzyła.
- A jednak...
- On tam był?...
- Tak.
- W...
- Uhm...
Nie miała już sił zaprzeczać. Nie miała już sił na nic. Resztką woli starała się jeszcze walczyć z nadchodzącą falą wzruszeń. Napięta, wyprostowana i dumna, nie potrafiła jednak pohamować łez, których najwyraźniej wstydziła się. Patrzyła na ojca Jakuba przeszklonym wzrokiem.
- Śmieszne to trochę - rzekła, ocierając dłonią oczy.
- Co jest śmieszne?
- Od czasu kiedy mąż zniknął, uważałam, że wszelka rzecz zależy od mojej woli. A teraz patrz, Nawet głupiego szlochu nie potrafię powstrzymać. Zabawne, nie?...
- Nie wstydź się.
- Nie wstydź?... Nie wstydzę się. Czuję się upokorzona. Ot co. Chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, że przed chwilą przekreśliłeś pięćdziesiąt lat mojego życia.
Jeżeli bowiem On tam był, to cały czas potem jest niczym innym jak nieporozumieniem. Nie mówiąc już o tym, co się stało ze mną... Może właśnie dlatego dzieci nie chcą mnie widzieć... byle dalej... byle dalej...
Ojciec Jakub wstał, bez słowa podszedł do Marii, ujął jej głowę w dłonie i przygarnął do siebie. Po jakimś czasie, trudno powiedzieć jakim, przeczesując jej siwe włosy, delikatnie, jak tylko potrafił, rzekł:
- Ludźmi ty się nie przejmuj, nawet gdyby chodziło o dzieci. Nie do nich należy łaska dawania nadziei. Chrystus zaś, bo o Nim mówimy; On nie przyszedł do zdrowych, Maria... Ale do takich jak ty, chorych, samotnych i zbuntowanych. Chorych na złość.
Słuchając tego, co mówił, wciskała głowę w habit niczym szczenię w pierś suki.
- Więc może jest tak, że byłaś bliżej Niego niż my, zadowoleni i szczęśliwi. Ciesz się zatem. Twoja samotność, Maria, jest tylko szlachetną ceną za bunt. l nie nadawaj jej zbyt wielkiego znaczenia.
Wyszedł godzinę potem, gdy zaczęło naprawdę zmierzchać. Przed domem zatrzymał się na chwilę, wyciągnął różaniec, lecz zanim rozpoczął przeplatanie paciorków, przez uchylone okno usłyszał jeszcze słowa Marii.
- To TY naprawdę tam byłeś?... Wtedy?...
l szloch jej cichy usłyszał.
Odprawiając zdrowaśki, nie mógł oprzeć się błogosławieństwom; błogosławił krzewom malin, płotom przydrożnym, Józiowi, co to zapił się nalewką na śmierć, wróblom nieopierzonym, jak i grzybom sromotnikowym, co to konia z nóg potrafią powalić i wiele jeszcze innego uczynić...
Błogosławił w nieskończoność, a wokół jego głowy w resztkach zachodzącego słońca zbierały się wieczorne ćmy, komary i inne cudowności, które w milczeniu swoim były niemym świadectwem istnienia Boga.
Krzysztof Gulbinowicz
Wyświetlony 7465 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.