czwartek, 11 marzec 2010 16:49

Szyfranci z plemienia Nawaho

Napisała

 Po wojnie z Nawahami amerykański rząd uznał, że dzieci tego plemienia należą do niego. Rozpoczęła się ostra polityka asymilacyjna i tworzenie szkół, w których rozmowy w ich własnym języku były surowo karane. Na szczęście dzięki nieposłuszeństwu uczniów, którzy po nawajsku nadal mówili, i tych rodziców, którzy w ogóle dzieci do szkoły nie posłali, język ten przetrwał. Podczas drugiej wojny światowej Amerykanie zrobili z niego użytek, korzystając z szyfrantów kodujących właśnie w niegdyś zakazanym języku.

 
Szkoły zakładane w rezerwatach Nawahów, którzy siebie nazywali Dinami (Dine lub Dineh), znajdujące się na terenach Utah, Arizony i Nowego Meksyku, miały funkcjonować według reguł określonych w traktacie z 1868 r. (artykuł VI). Według tej umowy rząd amerykański zobowiązał się pokryć koszty budowy szkół i zapewnić jednego amerykańskiego nauczyciela na trzydziestu uczniów. Z obietnic tych nie wywiązał się jednak ? nie po raz pierwszy zresztą. Szkoły były przeludnione, warunki żywieniowe były okropne, dzieci, często wyrwane z domów przez policję, były tam poddawane wojskowej dyscyplinie i okrutnym karom. I nie była to ocena wystawiona przez nawajskich rodziców, ale zawarta w rządowych raportach.
 
Kształcenie dzieci było mizerne, za to zapominały one własnego języka. Nie ma się co dziwić, że wielu rodziców nie posyłało dzieci do szkół, które znajdowały się często poza rezerwatem (internaty). Dzieci pomagały przy wypasie owiec, uprawie kukurydzy lub pracowały przy wyrobie wełny. Owszem, nie uczyły się angielskiego i nie miały okazji go ćwiczyć, ale nie traciły umiejętności posługiwania się własnym językiem, do czego bez wątpienia doszłoby na dużą skalę, gdyby masowo poszły do szkół. Te zaś dzieci, które do szkoły poszły, łamały zakaz mówienia po nawajsku, za co karane były płukaniem ust szarym mydłem albo ?kozą? w piwnicy szkoły o chlebie i wodzie przez długie dni.
 
Kiedy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor i indiańscy mężczyźni chcieli zaciągnąć się do wojska, wyszła na jaw ?katastrofa edukacyjna?, która jednak okazała się zbawienna w skutkach.
 
Indianie bronią Amerykanów
Amerykanie nie mogli oczekiwać, że Indianie zgłoszą się do obrony ojczyzny w czasie drugiej wojny światowej. W 1942 r. Navahowie w Arizonie i Nowym Meksyku nie mogli nawet głosować, choć w 1924 roku otrzymali obywatelstwo. Owszem, niektórzy chcieli się zaciągnąć, bo nie mieli pracy (w latach trzydziestych amerykański rząd kazał ograniczyć liczbę ich owiec o połowę, czym wywołał znaczną pauperyzację indiańskiej ludności) albo tylko dlatego, by nosić piękny mundur (D. Durrett, ?Unsung Heroes of WWII?). Wielu z nich jednak było świadomych, co robią Japończycy, inni wychowani byli w wojowniczej kulturze, dlatego zdecydowali się bronić własnej ziemi.
 
Cywil górą
W trakcie pierwszej fazy wojny na Pacyfiku obie strony konfliktu przechwytywały własne informacje wysyłane radiowo bez większych przeszkód. Amerykańscy wojskowi łamali sobie głowy, jak wymyślić kod, który nie dałby się tak łatwo złamać. Problem ten został rozwiązany przez? cywila. Inżynier Philip Johnston jako czterolatek mieszkał wraz z rodzicami-misjonarzami w nawajskim rezerwacie i tam właśnie nauczył się języka od jego mieszkańców. Jako dziewięciolatek pojechał nawet z wizytą do Roosevelta w roli tłumacza. Z racji swojego wieku nie mógł się zaciągnąć jako żołnierz, chciał mieć jednak udział także i w tej wojnie (był weteranem pierwszej wojny światowej). Na własną rękę nawiązał kontakt z przedstawicielem wojska, aby przedstawić swój pomysł wykorzystania języka nawajskiego do szyfrowania wiadomości.
 
Początkowo wojsko było sceptycznie nastawione do takiego pomysłu. W pierwszej wojnie użyto już języka Choktawów w operacjach we Francji. Po wojnie Niemcy przysyłali do Stanów ?studentów? i ?antropologów? do badania języków indiańskich. Wojsko słusznie zakładało, że Niemcy mają dość dobrą orientację w językach Indian. Johnston przekonywał, że nie jest tak w przypadku nawajskiego, gdyż jest to język niezwykle trudny i złożony (np. istnieje kilka możliwych tłumaczeń słowa ?upaść? w zależności od tego, jaka rzecz upadła), do tego toniczny (cztery tony) i praktycznie nie do nauczenia przez dorosłych. Ponadto nie miał formy pisanej, stąd nie sposób było znaleźć książek czy słowników pomagających w nauce. Johnston wiedział, że w całej populacji 50 tys. Nawahów znajdzie około tysiąca osób mówiących wystarczająco dobrze po angielsku, aby rozpocząć projekt. Wytłumaczył również, że nie chodzi mu o zwykłą komunikację po nawajsku, ale o utworzenie w tym języku szyfru. Po demonstracji, w której trzyliniowe wiadomości zostały zaszyfrowane i odszyfrowane w 20 sekund, wojsko dało się przekonać, ale nie na tyle, aby przyjąć warunki Johnstona. Wyszły też na jaw inne potencjalne trudności. Nawahowie nie znali przecież kultury spoza rezerwatu, nie używali telefonów, więc wojskowi eksperci sądzili, że nie poradzą sobie z dyscypliną i urządzeniami wojskowymi. W sumie z całego projektu Johnstona, który przewidywał 300 ochotników, wojsko zgodziło się na 30, aby w razie klapy nie było dużych strat finansowych. Wojskowi w Waszyngtonie byli bardzo oporni.
 
(?)
Wyświetlony 4207 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.