czwartek, 11 marzec 2010 17:41

Kokon (I): Nieformat

Napisane przez

 Tuż za zjazdem z autostrady ulica spadała lekko w dół, wylewając się na rozległy plac przed halami handlowymi. Zdjąłem nogę z gazu i wyprostowałem się w siedzeniu. Poszukiwanie wolnego miejsca pod supermarketem w piątkowe popołudnie to prawdziwe wyzwanie. To próba połączenia cierpliwości kierowcy walca ze zwinnością konika polnego. Podczas gdy żołądek rozpaczliwie walczy z truciznami całego świata, ty musisz z niezmąconym spokojem grać swoje, aby w odpowiednim momencie jednym ruchem nakryć łapą wyłuskaną przestrzeń i zagarnąć ją pod siebie. Wolno prowadziłem samochód, uważnie zamiatając wzrokiem zapełnione szczelnie alejki.

 
Skręciłem ponownie w lewo. No i nic ? zatkane. Piątkowa zaraza obsiadła wszystko. Zmrużyłem oczy. Te setki samochodów stojących w bezmyślnych szeregach, one nie tworzą jakichkolwiek kompozycji czy nawet sensownej symetrii. Może dlatego jest tu tak brzydko.
 
? Będzie wyjeżdżał ? jęknęła żona, kiwając się na siedzeniu. Pomagała siłą woli jakimś ludziom sprawniej pakować się do auta. Popatrzyłem na nią. Rysy jej twarzy próbowały przebić się przez gruby makijaż.
 
? Poczekamy ? wyjąkałem niepewnie i zatrzymałem samochód.
 
Spojrzałem w boczną szybę. To miejsce nie ma swojego charakteru. Tu stoją obok siebie, przypadkowo poustawiane, luksusowe audi i rozlatujący się ze starości truck nieczytelnej marki. Inaczej niż na osiedlach, gdzie samochody mogą niejedno powiedzieć, i to nie tylko o swych właścicielach, ale w ogóle o świecie. Na osiedlach logika zaparkowania jest wysmakowana. Przykładowo: nowiutka renówka blisko pod oknem, oktawia centralnie pod latarnią, a polonez nonszalancko jednym kołem na chodniku. Stary ford, tyłem prawie opierając się o mur, albo inny niegdysiejszy metalik, pogardliwie wystawiając na jezdnię skorodowany tyłek. Wszystko to tworzy namiastkę krajobrazu. Parkingi przy supermarketach są prostackie, tu nie dba się o szczegóły. Pod rządami pragmatyzmu charakter miejsca staje się zbędny. Wtoczyłem się na stanowisko. Zaparkowałem. Nareszcie. Wysiadłem z auta i rozprostowując kości spojrzałem w górę.
 
? Mówię ci, że tutaj nie ma nieba ? burknąłem do żony, wskazując ręką przestrzeń ponad supermarketem.
 
? Już to kiedyś mówiłeś.
 
Cztery słowa. Już, to, kiedyś, mówiłeś. Odwróciłem się w jej kierunku.
 
? Dlaczego to cię w ogóle nie obchodzi! ? warknąłem ostrzegawczo.
 
Nie zwracała na mnie uwagi. Zaczerpnąłem głęboko powietrza i ryknąłem
? Do diabła!!! Przecież to oburzające! Oni zrezygnowali z nieba, żeby obciąć koszty. Gnoje, utargowali niebo z Panem Bogiem ? ściszyłem głos. ? Nienawidzę ich.
 
Przyglądałem się, jak szuka w torebce dwuzłotowej monety. Wiedziałem, że nie robię na niej żadnego wrażenia.
 
? Kiedyś z tobą nie pójdę ? mruknąłem.
 
Spojrzała na mnie i z impetem wyszarpnęła łańcuch mocujący wózek.
 
? Nawet jeśli nie dziś ? dodałem informującym tonem.
 
A może ja też jestem Typolem? Pewno, że jestem ? pokiwałem twierdząco głową. Takim samym jak ona. No, może, może bardziej skomplikowanym, ale najważniejsze, że kursuję zgodnie z rozkładem.
 
Typole, tak o nas mówią w mediach. Typole, Boże, co za nazwa... Ale dlaczego ona nas nie obraża? Skąd się bierze głębokie zrozumienie dla jej zasadności? Poczułem, jak toczący się w moim kierunku wózek uderzył mnie w nogę. Żona szybkim krokiem zmierzała do drzwi hali sklepowej. Patrzyłem za nią gorzko. Dwie rozsuwane szklane tafle kłapały miarowo szczękami, konwulsyjnie połykając kolejne porcje klientów. Ta zwykła żarłoczność wyglądała jak jakiś niemy krzyk. Położyłem dłoń na uchwycie wózka. Ręka sama wiedziała, co robić. Palce machinalnie zacisnęły się wokół metalowej rurki. Drgnąłem. Od tej chwili stanowiliśmy całość. Zostałem podczepiony do składu. Wózek szarpnął do przodu i pociągnął mnie za sobą w kierunku wejścia. Po chwili wtoczyłem się w oślepiająco białą gardziel. Po co oni tyle tu świecą? Zwolniłem nieco i odszukałem wzrokiem żonę.
? Startuj, startuj, leć! Ty balonie na rozgrzaną pazerność ? wycedziłem z niechęcią.
 
Nie, właściwie to ona przecież nie jest wcale gruba. Próbowałem wycofać się z krzywdzącej złośliwości. Po prostu artysta zapomniał wystrugać kształtów w tym klocku.
 
? Tylko nie zawadź o coś gondolą! ? syknąłem, wodząc oczami za dyndającą u jej boku nienaturalnie wielką torebką. Oczywiście, że byłem wściekły, zapowiadała się przecież niezła przerwa w życiorysie, w osiemdziesiąt dni dookoła sklepu. Ona idzie zawsze pierwsza. Gdy chce gdzieś skręcić, chwyta za przód wózka i manewrując nim energicznie, omija regały obładowane setkami puszek, butelek i Bóg wie, czym jeszcze. Żaden system nawigacji satelitarnej, w porównaniu z tą doskonałością, nie ma szans.
 
? Do nogi!!!
 
Co to? Czy ja się przesłyszałem? Przecież zegary jeszcze wiosłują. Czas kuśtyka. Żona stoi przy bramce, popycha biodrem metalowy kołowrotek. Już nie czeka. Idę! Stawiam kroki. Drżący uchwyt wózka podejrzanie lekko ustępuje pod naciskiem dłoni. Zmierzam! Jak pracownik lunaparku. Jak facet, który od lat, codziennie obsługuje, tę samą kolejkę górską. Domykam koła obowiązku. Zblazowany, lekceważący. Przede mną zbudowany z kartonów i szmat, gigantyczny rollercoster. Słyszę, jak szumi. Jak oddycha milionem świateł, świecidełek. Wszechświateł, wszechcidełek.
 
Wjeżdżamy na halę. Spóźniam o krok. Po co ja tu jestem? Po co. Po co. Po co. Sekundy już zwalniają. Bo jeśli mam być tylko widzem...
 
? Proszę! ? spojrzałem na żonę.
 
? Nie żebraj!
 
Boże, jestem kulą u wózka. Co tam wózka, jestem kulą u całej sieci sklepów wielkometrażowych.
 
? Witamy w naszym hipermarkecie! Informujemy, że na stoisku... ? słychać ożywiony głos młodej wampirzycy, dochodzący z głośników ukrytych gdzieś wysoko. Wyobrażam sobie, że jest to mała, brzydka jędza i że jak tylko powie swoje, to wskakuje z powrotem do trumny, zamykając za sobą tandetnie wytłaczane wieko.
 
? Wrr! ? zachrobotało. ? Przypominamy, że trwają Dni Miłości Do Mediów. Plakat z uśmiechem Niewidzialnego, który otrzymali państwo przy wejściu, zawiera błękitny kupon o wartości dwóch Entuzjazmów.
 
Słucham tych słodkich słów i myślę, że gdyby nie istnienie tej karykatury szczęścia, nie miałbym w swoim życiu celu.
 
? Kiedyś cię zabiję, ty tekturowa klamko do raju! ? wrzasnąłem bez żadnego skrępowania.
 
? Za krótki jesteś ? padła uprzejma odpowiedź z głośników. Zaraz potem rozbrzmiewa stamtąd szczęśliwa muzyczka.
 
Przyspieszyłem, koncentrując się teraz na obserwowaniu posadzki. Patrzyłem, jak dziesiątki kwadratów mkną pod metalowym szkieletem kosza. To takie kino akcji. Dwanaście mydełek i dwie butelki wódki, podskakując i drżąc z trwogi, pędzą jak szalone po kafelkowym torowisku. Nie, ta biegnąca pode mną kratownica to raczej gigantyczna stalowa sieć, na której zawieszone jest tutaj wszystko. A więc i ja. Zacząłem stąpać po liniach wyznaczających tę sieć, ważąc każdy krok. Pod nią rozpościera się już tylko bezgraniczna, ślepa otchłań. Wierzyłem, że w hipermarkecie jest wielu takich jak ja. Kurczowo trzymają się uchwytów swoich wózków, jakby z obawy, że gdyby nagle skończyła się grawitacja, wówczas te piramidy towarów uwolnione od więzów siły ciężkości, ruszą w górę i zaczną wirować w chaotycznym, nieważkim tańcu. Wówczas oni, ale także ja, staniemy się jedynie cząstką tego bezładu. Przemieszani z towarową magmą, po wielokroć zagubieni, pozbawieni kodów paskowych. Na posadzce pozostaną tylko one, nasze żony, z wysiłkiem skaczące w górę, by uchwycić żeglujące ponad nimi butelki z odżywką do włosów. Jaka siła przyciąga je z powrotem na ziemię, podczas gdy cały świat frunie? Tego nie wie nikt.
 
 (...)
Wyświetlony 5040 razy
Więcej w tej kategorii: « Nasza Rosja kochana
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.