czwartek, 11 marzec 2010 18:27

Skutki rewolucji listopadowej dla sprawy polskiej

Napisane przez

Wiele się mówi o naszych zrywach narodowych w kontekście patriotyzmu, ofiarności i bezgranicznego oddania sprawie niepodległości Polski. Powstania nasze według ich apologetów były tymi nielicznymi chwilami przebłysku świadomości i godności narodowej dowodziły niezbicie, że Polacy kochają ojczyznę nad życie. Pomijano tak  drobne kwestie, jak ambicje osobiste przywódców spisków ich rzeczywiste, a nie stworzone na potrzeby mitologii narodowej, motywy działań.

 

Wszelkie działanie spiskowe jest nieprawne, bo nigdy pewna liczba ludzi ukrytych, przez siebie jedynie umocowanych, nie ma prawa samowolnie rozrządzać wolą i losem drugich, nie pytanych, nieświadomych, nie zezwalających (...) o ile ma sprawę polską na celu jest głupie, bo tej sprawie nigdy korzyści, a same tylko klęski przynosi.
Stanisław Tarnowski
 
Historycy ? gros historyków polskich ? przyklaskiwali i nadal przyklaskują (poza nielicznymi wyjątkami) wytworzonej przez naszą literaturę romantyczną mitologii narodowej. Czynią tak, jak im się zdaje, w imię racji wyższych ? imponderabiliów. Gdzie więc miejsce dla prawdy? Prawdy historycznej, bez której trudno mówić o historii jako o nauczycielce życia. Nie chodzi tu wcale o obiektywizm, którego próżno by szukać wśród historyków (jak i niehistoryków ? u każdego z nas), ale o fakty ? fakty historyczne. Bez faktów historycznych nie ma przecież historii, może być mitologia, piękne nawet mity, ale historii na pewno nie będzie.
 
Faktem jest, że mitologia polska (m.in. powstańcza) odgrywa ważną rolę w kształtowaniu naszej postawy życiowej. Jeszcze ok. 20 lat temu opozycja solidarnościowa na potrzeby bieżącej walki politycznej nawiązywała do tradycji konfederatów barskich i polskich (antyrosyjskich) powstań narodowych. Dziś już, na szczęście, czasy się nieco zmieniły ? i nie ma potrzeby ?iść na Moskala?.
 
Przekłamaniem jednak byłoby twierdzenie, że do tradycji walk narodowowyzwoleńczych nawiązywali tylko działacze opozycji anty-PRL-owskiej. Nawiązywała do nich również (i to często) ?strona partyjno-rządowa?, ale operowała ona nieco innymi mitami (na pewno nie ?klerykalnej? Konfederacji barskiej i ?antyradzieckiego? powstania warszawskiego), które można było pogodzić nie tylko z ?postępowymi? wartościami ?marksizmu-leninizmu?, ale i ?tradycyjną przyjaźnią polsko-radziecką?. Zarówno jednak komuniści (z PZPR-u), jak i ?niepodległościowcy? (z ?Solidarności?) mieli własne ulubione mity, choć nawiązywali do tej samej tradycji narodowowyzwoleńczej. Jak widać, nie byli sobie aż tak bardzo obcy ? przynajmniej w ocenie naszych zrywów. Natomiast każdy krytyk polskich mitów powstańczych skazywał się ? w najlepszym razie ? na ostracyzm i zmowę milczenia, jeśli wcześniej nie został ?zdemaskowany? jako ?wróg klasowy? i ?reakcjonista? ? z jednej, czy ?agent bezpieki? i ?kryptokomunista? ? z drugiej strony.
 
Dla marksistów krytycy ruchów narodowowyzwoleńczych to bez wątpienia ?mistyfikatorzy? (w sensie historycznym) i ?reakcjoniści? (w sensie politycznym). Jak pisał jeden z nich, Zbigniew Załuski, w książce ?7 polskich grzechów głównych? (Warszawa 1968, wyd. IV, s. 27): Do godności szkoły historycznej i politycznej teorii podnieśli pogląd o bezsensowności i szkodliwości powstań dopiero konserwatywni ?stańczycy? krakowscy i wielkomagnaccy ?lojaliści?, widzący własną i narodową przeszłość jedynie w utrzymaniu swej pozycji społecznej dzięki oparciu o zaborcze trony. Cóż jednak powiedzieć o tych, którzy nie mają dziś potrzeby opierać się o jakiekolwiek ?zaborcze trony? ? nie są magnatami (tym bardziej wielkimi), a mimo to potwierdzają racje owych ?wielkich magnatów? ? krakowskich ?stańczyków?? Towarzysz (w odniesieniu do proletariusza ?pan? byłoby nietaktem) Załuski kategorycznie stwierdza, że dawno i w sposób uzasadniony potwierdzony został pozytywny wpływ powstań, mimo ich klęsk, na rozwój naszego narodu... (sic!).
 
W nowej dobie (tzw. transformacji ustrojowo-gospodarczej), ale w podobnym zupełnie duchu wypowiada się profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Ryszard Bender, który w jednej z audycji radiowych (z 24.01.98 r. w Radiu ?Maryja?), powiedział, że nam się teraz postponuje nasze zrywy powstańcze, które pozwoliły nam zachować tożsamość, nasz język...
 
W tym ujęciu każdy krytyk powstań polskich przeciwko Rosji to albo zdrajca, albo głupiec, który nie docenia roli naszych zrywów w ?zachowaniu tożsamości narodowej, kultury i języka?. Opinia ta zrobiła tak zawrotną karierę, że wielu przyjmuje ją jako pewnik ? aksjomat. Dzięki naszym zrywom jesteśmy więc narodem ?wyrazistym? ? nie jakimiś tam Czechami czy Finami, którzy szli do niepodległości mniej romantyczną i heroiczną ? niż my ? drogą. Tak chyba sądzi gros współczesnych Polaków.
 
Na 29 listopada przypada kolejna rocznica powstania listopadowego, które było przede wszystkim ? warto to przypomnieć ? dywersją o charakterze rewolucyjnym w obronie REWOLUCJI NA ZACHODZIE, a dopiero później naszym ? polskim zrywem narodowym przeciwko Rosji. Sprawcami tej dywersji była garstka spiskowców, którzy z piersi swoich uczynili w noc listopadową ?Termopile dla wrogów?, ocalając w ten sposób od interwencji rosyjskiej zrewolucjonizowany Zachód (Francję i Belgię). Stąd też wziął się nasz mit narodowy (autorstwa Juliusza Słowackiego): Polski jako Winkelrieda narodów1.
 
O następstwach rewolucji listopadowej (nazywanej w naszej historiografii powstaniem listopadowym) uczą się licealiści. Nie jest to z pewnością jeszcze wiek (17 lat) najbardziej odpowiedni do roztrząsania tak zawiłych problemów, jakie wiążą się z naszymi powstaniami narodowymi; do oceny ważnych, aczkolwiek kontrowersyjnych postaci historycznych, jak np. ks. Ksawery Drucki-Lubecki ? z jednej, czy Maurycy Mochnacki ? z drugiej strony. Nie bardzo też w wieku ?nastu? lat interesują kogoś takie sprawy, jak powstania, zsyłki i cała nasza martyrologia, kiedy chciałoby się raczej cieszyć życiem i szybko przemijającą młodością. Efekt jest taki, że prawdziwą wiedzę o naszej historii zdobywa się (jeśli w ogóle ją się zdobędzie) dopiero w wieku dojrzałym. W szkole dominują romantyczne mity (w jakie obfituje zwłaszcza nasza literatura), które najlepiej się zapamiętuje, jak wszystko, co bardziej działa na serce raczej (i emocje), niż na rozum. W większym też stopniu działa na wyobraźnię młodzieży barwna kariera napoleońskiego kawalerzysty czy emisariusza i powstańca, niż przeciętnego urzędnika, nauczyciela, lekarza i działacza społecznego ? starającego się tylko, jak najlepiej (jako podstawowy nakaz patriotyczny) wykonywać swoje codzienne obowiązki. Tak było u nas kiedyś i tak jest dzisiaj. Stąd i opinia o nas, jako niepoprawnych romantykach, ciągnie się przez wieki.
 
Czy warto więc powtarzać treści, jakie znaleźć można w podręcznikach historii, na temat zrywu listopadowego? Wydaje się, że tak. Warto przypominać następstwa błędu i głupoty. Także i w czasach ?spokojnych?, jak nasze, kiedy nie trzeba się ?wybijać na niepodległość?, ale korzystać tylko z ?owoców wolności?. Łatwo bowiem w takich momentach o uśpienie umysłów, a sny potrafią być wiekowe, jak pokazuje to z całą wyrazistością i nasza historia. Warto przypominać i tym, którzy dawno już zapomnieli, czego uczyli się na lekcjach historii.
 
Dodajmy, by uniknąć nieporozumień ? są oczywiście i takie sytuacje, kiedy można, a nawet trzeba się bić ? w obliczu pewnej zagłady, ale taka przecież nie groziła Królestwu Polskiemu w roku 1830. Finanse dzięki ministrowi K. Druckiemu-Lubeckiemu były uporządkowane (nadwyżki w budżecie ? powyżej 30 mln zł!) ? niezawisłość Polski zapewniona. I jak na ironię w takim momencie dziejowym, kiedy można było już śmielej patrzeć w przyszłość, wybuchła rewolucja.
 
Przejdźmy jednak do meritum, tj. do skutków owej tragicznej nocy listopadowej:
 
* Następstwem szczególnie złowrogim dla sprawy polskiej było zacieśnienie przyjaźni pomiędzy naszymi zaborcami. W sierpniu 1833 r. nastąpiło porozumienie między cesarzem austriackim Franciszkiem I i królem pruskim Wilhelmem III w Teplitz (Cieplice) w Czechach. Na początku września 1833 r. car Mikołaj I spotkał się w Schwedt nad Odrą z królem pruskim, wracającym z Teplitz. Omówiono wówczas kwestię niebezpieczeństwa rewolucyjnego, zgodzono się co do solidarnego współdziałania w celu przeciwstawienia się mu. Parę dni później car Mikołaj I znalazł się na terytorium austriackim (Münchengraetz w Czechach). Uzgodniono tam wzajemną pomoc w tłumieniu ?buntów polskich? ? łącznie z czuwaniem nad ?podejrzanymi indywiduami?, zgodzono się także co do możliwości zajęcia wolnego miasta Krakowa. Wspólna konwencja berlińska (z 15 X 1833 r.) zwieńczyć miała całe dzieło.
 
Zgodzić się niewątpliwie należy z ks. prof. M. Żywczyńskim, który stwierdził, że upadek powstania listopadowego pociągnął za sobą fatalne następstwa polityczne dla wszystkich trzech zaborów. O ile wcześniej, przed listopadem 1830 roku rządy pruski i austriacki w obawie, by polscy poddani nie ciążyli ku Królestwu, szły na pewne ustępstwa, nie szczędziły też obietnic poprawy losu Polaków w ich zaborach, to ten stan rzeczy uległ całkowitej przemianie po klęsce powstania w r. 1831, doprowadzając do prześladowania żywiołu polskiego i prób włączenia ziem polskich do Prus i Austrii.
 
Przypisy:
 
1 Ów legendarny szwajcarski bohater, Arnold Wienkelried, miał podczas bitwy pod Sempach (9 VII 1386 r.) z wojskami księcia Leopolda III austriackiego skierować nieprzyjacielskie kopie w swą pierś, tworząc w ten sposób wyłom w szeregach wroga, co przyczyniło się do zwycięstwa Szwajcarów.
 
(?)
Wyświetlony 3562 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.