czwartek, 11 marzec 2010 18:54

Przyszłość jest w naszych rękach

Napisał

Warto uświadomić sobie, jak krótki czas dzieli nas od owego pamiętnego 1918 roku. Mówi się o epoce, a przecież wciąż są wśród nas ludzie starsi od niepodległej Polski. Podniosła się ona z nicości właśnie za ich życia. Zatem cała historia, ogrom zdarzeń – radosnych, ale i tragicznych, niejako wpisane są  w ramy ich biografii. A jednak – to epoka! Inne jest obecnie wszystko: i warunki życia, i uwarunkowania społeczne, i technika, ale także ?co może najważniejsze ? diametralnie inny stan umysłów, ludzkie aspiracje i priorytety.

 

Konstatacja zmienności świata to, oczywiście, banał, tyle że gdy owa gwałtowna zmienność staje się jedynym pewnym elementem naszej egzystencji, usuwając zeń trwałe przez wieki wyznaczniki, stajemy się właściwie bezbronni i zagubieni. I wszyscy, którzy chcemy nasz świat kształtować, musimy zabiegać o przywrócenie starych drogowskazów ? względnie wystawienie nowych, ale z tamtymi niesprzecznych. Niepostrzeżenie w miejsce tamtych, odlanych w spiżu i wyrytych kamieniu, podsuwane są nam obecnie idee i wartości malowane patykiem na dykcie. Jakieś niewydarzone ?ogólnoludzkie? pojęcia humanizmu, równości, tolerancji, ekologii i inne (a pod każde z nich podkładane są zupełnie dziwaczne treści).
 
Chcąc ukazać demoniczne zniewolenie przez totalitarny system, często sięga się po Orwella i jego Rok 1984. Tym jednak, na co zwraca się zazwyczaj uwagę, jest powszechna, wszechogarniająca inwigilacja. A przecież jest to zaledwie część całego systemu, tylko narzędzie służące realizacji zasadniczego celu: władzy o cechach totalnych. Drogą, która do niej wiedzie, jest dezintegracja społeczna, zatomizowanie wszelkich środowisk ? od rodziny po naród. Dopiero bowiem amorficzny tłum, zatomizowany zbiór jednostek stawia władców w komfortowej sytuacji: nie ma już niczego, co rządzeni mogliby im przeciwstawić ? lojalności, braterstwa, solidarności, nie mówiąc o bardziej zinstytucjonalizowanych formach współdziałania, nie ma religii.
 
Jest to, niestety, coraz bardziej model naszego świata. A z poczuciem triumfu wkupujemy się weń i świadomie naszą wolność przehandlowujemy za dobrobyt ? mając złudzenie, że jest to wymiana korzystna. A przecież z doświadczenia wiemy, jak trudno zyskać pierwsze i jak łatwo stracić drugie. To właściwy moment na taką refleksję. Tym, co zyskaliśmy przed niepełnym stuleciem ? i co dziś świętujemy ? była w istocie właśnie pewność, że we wszystkich sprawach, które nas dotyczą, podejmujemy decyzję my sami; że możemy brać pod uwagę opinię innych, ale nikt obcy nie będzie urządzał nam domu. Dziś jakoś lekko wyzbyliśmy się sporej części owej zdobyczy, choć ? może z rozpędu, z przyzwyczajenia ? jesteśmy gotowi świętować kolejne narodowe rocznice. A przy tym zbytnio nie narzekamy, gdy oddać mamy jeszcze więcej.
 
W coraz większym stopniu o nawet drobnych naszych sprawach decydują anonimowi obcy urzędnicy. Kto w Polsce potrafi o nich cokolwiek powiedzieć? Skąd pewność, że ich decyzje służą rzeczywiście naszym interesom? A jeśli nawet obecnie tak jest, to jakie mamy gwarancje, że będzie tak zawsze? Czy w sytuacji konfliktu interesów z silniejszymi partnerami zwycięży sprawiedliwość, czy też po prostu potencjał gospodarczy, polityczny albo finansowy? Obecny kryzys ujawnił niezbicie, że mimo głośnego odżegnywania się od ?nacjonalizmów? każde z państw Unii, naszych partnerów, kieruje się własnym egoizmem.
 
Oczywiście, zawarte zostały układy mające zabezpieczyć naszą przyszłość, ale przecież Unia, do której wstąpiliśmy, zmierza właśnie w kierunku owego orwellowskiego świata zdezintegrowanego. I niewiele nas chroni przed płynącymi zeń prądami i ideami. Stanowiąc jej część, przyjmujemy właściwie wszystko ? i jej pieniądze, które mają unowocześnić nasz kraj, i idee, które mają go dostosować do modelu wykoncypowanego przez nieznanych mędrców, a bezdyskusyjnie powszechnie pojmowane jako nowoczesne, postępowe i właściwe. Nową, powszechnie wyznawaną świętością (stare obalono i wydrwiono) jest demokracja. To o tyle dziwne, że niepostrzeżenie jej miejsce zajmuje obecnie mediokracja(demokracja zaś to coraz bardziej pusta wydmuszka, pozbawiona treści, bogata za to w rytuały). To w istocie właściciele stacji telewizyjnych (w dużo mniejszym stopniu innych mediów) narzucają ideowe preferencje swoim widzom. Zakres ich władzy rośnie, gdy robią to sprawnie i nienachalnie. Idee popierane przez media automatycznie znajdują licznych przekonanych wyznawców, w wyborach zaś też wygrywają ci, których widać ?w telewizorze?.
 
Patriotyzm jest już właściwie niemile widziany, chyba że dotyczy sportu. Ta dziedzina życia traci bowiem sens, gdy pozbawiona jest konkurujących stron i ich publiczności (a więc ludzi utożsamiających się z sukcesem ?swojej? drużyny). Utożsamianie się z własnym klubem piłkarskim jest w porządku, to samo jednak w odniesieniu do kraju, ojczyzny, państwa ? przeciwnie. Na czym polega wyższość patriotyzmu ?sportowego? nad tym zwykłym? Otóż właśnie na tym, że skupienie się na rzeczywistych interesach własnej wspólnoty przeszkadza we wdrażaniu określonych projektów ideologicznych. Gdy zbyt wielu ludzi ma jasno sformułowane priorytety, wtedy stwarzają problemy projektantom lepszego jutra.
 
Warto przeto stawiać pytania o kształt patriotyzmu, jaki potrzebny jest dziś Polsce, o jego praktyczny wyraz w obecnych warunkach kurczącej się wolności. I o to, jak owego patriotyzmu uczyć.
 
(?)
Wyświetlony 4001 razy
Więcej w tej kategorii: « Od redakcji Odpowiedź »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.