środa, 17 marzec 2010 14:15

Anatomia potwora

Napisał

Kiedy Alan Bullock pisał swoje słynne ?żywoty równoległe? Stalina i Hitlera, próbował między innymi odpowiedzieć na pytanie, czy istnieje coś takiego jak specyficzna osobowość i droga życiowa tyrana. Kwestia ta nie znalazła jednoznacznego rozstrzygnięcia, być może także dlatego, że do wymienionych dwóch dwudziestowiecznych mistrzów zbrodni nie dołączono trzeciego, kto wie, czy nie przewyższającego ich obu w rozmiarach i pomysłowości wyrządzonego zła: Mao Zedonga.

 
Książkę Jun Chang i Jona Hallidaya Mao można potraktować jako uzupełnienie pracy Bullocka. Tę znakomicie napisaną, opartą na budzącym podziw materiale źródłowym biografię twórcy i przywódcy komunistycznych Chin czyta się niczym ponury thriller. ?Mao? to studium psychopaty o nieprzeciętnym talencie politycznym ? opartym raczej na instynkcie niż intelekcie ? oraz niespotykanej woli destrukcji. Wyłaniający się z kart książki człowiek, który lekką ręką doprowadził do śmierci ponad 100 milionów swoich rodaków, to zarazem kunktator i sadysta. Wrodzona tchórzliwość i strach przed otwartą konfrontacją były w jego wypadku gwarancją sukcesu: skrajnie przeczulony na punkcie swojej osoby i lękający się ryzyka Mao był doskonałym strategiem personalnej wojny podjazdowej. Nie był politycznym szulerem grającym va banque, chyba że za objaw szulerstwa uznamy szafowanie ludzkim życiem. Zawsze wiedział, kiedy się wycofać i podkulić ogon. Unikał bitew, będąc mistrzem intryg. Przekonawszy swoich oponentów o własnej bezsilności, chyłkiem powracał, mszcząc się okrutnie i czerpiąc z tego dziecięcą radość. Nic dziwnego, że nawet Chruszczow określił go mianem maniaka i szaleńca.
 
Pragnienia Mao były nieskomplikowane jak dziecięce marzenia. Chciał po prostu być panem świata ? królem czy cesarzem Ziemi. Aby zrealizować ten cel, gotów był poświęcić wszystko: ludzkie życie, zdrowie, dobrobyt, kulturę, przyrodę. Dążąc wprost do światowej wojny jądrowej, argumentował krótko: cóż, że połowa ludzkości zginie, skoro pozostała cześć żyć będzie w socjalizmie pod moim przywództwem. Mówiąc o ?wielkim skoku?, nonsensownym projekcie gospodarczym kosztującym życie dziesiątek milionów ludzi, stwierdzał z rozbrajającą szczerością: być może umrze połowa Chińczyków. I co z tego?
 
No właśnie ? dla Mao nic to nie znaczyło. Był typem fenomenalnie odpornym na wszelkie ludzkie cierpienia. Nie w tym sensie, że obce mu były ludzkie uczucia. Wręcz przeciwnie ? potrafił szlochać, rozczulony librettem opery, lubił użalać się nad sobą i skakać z radości, kiedy udało mu się dobić przeciwnika. Jednak absolutnie nie był zdolny pojąć, że otaczający go przedstawiciele gatunku homo sapiens mogą cokolwiek przeżywać czy odczuwać. Z jego zachowania można wnosić, że najprawdopodobniej uważał się za jedyną myślącą i czującą istotę na Ziemi, otoczoną przez człekopodobne dekoracje, które można było bez konsekwencji niszczyć bądź wykorzystywać na podobieństwo maszyn. Trudno w wypadku kogoś takiego o lepszą charakterystykę niż maniak i szaleniec.
 
Mao zbudował ustrój, który nie tylko przerósł wyobrażenia teoretyków społecznych i utopistów, ale z trudem mieści się w standardach wyznaczonych przez twórców literatury fantastyczno-naukowej. Czytając opisy ?wielkiego skoku?, rewolucji kulturalnej, masowej likwidacji wróbli i much czy wznoszenia sztucznych gór, czytelnik ma wrażenie obcowania z koszmarną groteską. Niekończąca się erupcja pomysłów Mao jako skutek ideologii permanentnej rewolucji, absurdalne uzasadnienia konieczności ich realizacji, szaleńcze cele i niewyobrażalne koszty nabierają jeszcze bardziej ponurego wydźwięku, kiedy uświadomimy sobie, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Wówczas możemy zapytać: jak coś takiego było możliwe? Odpowiedź jest prosta: Mao, jego tyrania i paranoiczne projekty są logiczną konsekwencją socjalizmu. Żaden inny ustrój nie daje tak rozległych możliwości kontroli jednostek, w wyniku której Mao mógł realizować swoje plany, ale też w żadnym innym ustroju ktoś taki jak Mao nie miałby szansy utrzymać władzy. Zauważmy zresztą, że wszyscy trzej najwięksi tyrani XX wieku ? Stalin, Hitler i Mao ? byli właśnie socjalistami. Co prawda różnili się w doktrynalnych szczegółach i nawzajem za sobą nie przepadali, ale kiedy było trzeba, umieli zawierać strategiczne sojusze. Nie będzie więc przesadą twierdzenie, że o ile ? zgodnie z starym powiedzeniem ? w kapitalizmie każdy ma szansę zostać królem, o tyle w socjalizmie królami zostają maniacy i szaleńcy.
 
Biorąc pod uwagę osobowość i dokonania Mao, należy też zadać pytanie o zachodnich promotorów maoizmu. Autorzy zajmują się tym jedynie marginalnie, wspominając np. o wypowiedziach Sartre?a na temat moralnych zalet maoizmu, jednak sprawa jest poważna i dotyczy nie tylko nabożnego stosunku do Mao, ale również do innych tyranów w rodzaju Lenina, wciąż stanowiących obiekt dziwacznej afektacji intelektualistów z ?lewego brzegu?. Można wytłumaczyć to, sięgając po rozróżnienie na pożytecznych idiotów i cwaniaków, przy czym ci pierwsi byliby politycznie niedorozwiniętymi, naiwnymi entuzjastami, ci drudzy zaś osobnikami korzystającymi z sowitych dotacji, za pomocą których komunistyczne specsłużby przez lata zjednywały sobie zwolenników. Być może jednak przydałyby się bardziej wnikliwe wyjaśnienia i obok profilu tyrana dobrze należałoby przygotować w przyszłości profil tych, którzy mu służyli.
 
Na koniec warto wspomnieć o tym, o czym wielokrotnie piszą autorzy. Obecne Chiny, choć w dużej mierze odrzuciły nie tylko maoizm, ale również komunizm jako taki, nie wyrzekły się całkowicie dziedzictwa Mao. A od tego, którą część tego dziedzictwa zechcą kontynuować, zależą ? i nie ma w tym żadnej przesady ? losy świata. Jeśli chodzić będzie jedynie o pozostawienie w chińskiej historii Mao Zedonga jako symbolu epoki, do której część ludzi wciąż wzdycha z sentymentem, nie będzie to specjalnie groźne. Gorzej, jeśli zwycięży maoistowska wizja polityki. Warto pamiętać, że celem Mao był militarny podbój świata bez względu na koszty. Projekt ów zakończył się fiaskiem, gdyż Mao oparł się na socjalistycznej gospodarce, która, jak zawsze, nawet mimo zaangażowania setek milionów niewolników, okazała się kompletnie niewydolna i w rezultacie zbrakło funduszy na zbrojenia. Teraz jednak Chin nie krępuje już ortodoksyjny marksizm, do którego odwołują się one co najwyżej w sferze symboli, dawno nie przejmując się nim w dziedzinie ekonomii. Dziś Chiny są krajem kapitalistycznym i dzięki temu stały się wreszcie światową potęgą. O ile Mao po prostu nie stać było na globalną wojnę, o tyle dzisiaj chińscy przywódcy mają na nią środki. Czy ich plany sięgają tak daleko, jak rojenia ich antenata? Do końca nie wiemy. Niektórzy twierdzą, że wraz z zastąpieniem marksistowskiej ideologii regułami wolnego rynku podbój świata po prostu przestał się opłacać. Ludzie chcą się bogacić, a nie walczyć. Jednak, kiedy już się wzbogacą, czy nie zapragną jakiejś nowej, ekstremalnej rozrywki? Przychodzi zazwyczaj taki moment, w którym miarą sukcesu nie jest ilość posiadanych dóbr, lecz zakres sprawowanej władzy. Tak więc pozostaje jedynie mieć nadzieję, że Chinami nie będą już rządzić maniacy i szaleńcy.
 
Jun Chang, Jon Halliday, Mao, tłum. P. Amsterdamski, Warszawa 2007.
Wyświetlony 2525 razy
Więcej w tej kategorii: « Wata Lot trzmiela »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.