środa, 17 marzec 2010 14:17

Demokracja - i co teraz?

Napisane przez

Żyjemy w najlepszym możliwym ustroju - często możemy usłyszeć takie stwierdzenie. Wypróbowaliśmy wszelkie możliwe konstrukty polityczne i jednego możemy być pewni: tylko demokracja liberalna sprawdzała się dobrze. Problem w tym, że teraz nasza demokracja nie działa tak sprawnie, jak w teorii powinna. Nie chodzi tu tylko o Polskę - zbyt długo tkwiliśmy w komunizmie, by mieć odpowiednie porównanie. Chodzi przede wszystkim o Europę Zachodnią, kolebkę państwa dobrobytu, której klasa polityczna boryka się ze spadającą frekwencją wyborczą i niknącą chęcią partycypacji w społeczeństwie obywatelskim.

 

Dobitnym symptomem kryzysu naszego ustroju jest postępująca medializacja polityki. Spójrzmy na to w ten sposób: jeszcze w połowie XX wieku nikt nawet nie pomyślałby, że polityka może dostarczać rozrywki. Traktowano ją jak świętą ziemię, gdzie kreślony jest konsensus społeczny i decyduje się podział dóbr. Polityka była poważna i poważana. Media masowe znajdowały się na jej usługach, pełniąc funkcję zaskakująco skutecznej tuby propagandowej.
 
Dzisiaj nie ma już mężów stanu, są za to krzykacze. W walce politycznej coraz bardziej chodzi o to, by przyciągnąć uwagę mediów. Te natomiast zamieniają wszystko w rozrywkę ? muszą przecież zadowolić odbiorcę, uzbrojonego w pilot, którym w każdej chwili może wyłączyć nudny program. W takich warunkach debata polityczna nieuchronnie zmierza ku trywialności. Zagadnienia zbyt złożone, by dobrze wypaść w mediach, nie pojawiają się w nich albo zostają uproszczone do tego stopnia, że dyskusja na wysokim poziomie i tak jest niemożliwa. Eksponuje się przede wszystkim medialną dramaturgię ? burzliwe konflikty, afery, pikantne szczegóły życia prywatnego. Rotacja tematów również jest znaczna, nie da się zbyt długo mówić o tym samym, nawet jeśli omawiany problem pozostaje nierozwiązany.
 
Nie można zaprzeczyć, że silna pozycja wolnych mediów przynosi demokracji przedstawicielskiej korzyści ? choćby dzięki pełnionej przez media funkcji kontrolnej. ?Czwarta władza? jest częścią systemu demokratycznego, ma mediować między rządem a obywatelami, dbać, by obie strony były świadome swoich działań. Zwłaszcza w Polsce możemy to powiedzieć: im bardziej wolne media, tym większa transparentność władzy. Kusi, by iść dalej i stwierdzić, że więcej wolności w mediach oznacza lepszą demokrację. Kłopot w tym, że demokratyczne podejmowanie decyzji polega na publicznej debacie. Im więcej podmiotów w niej uczestniczy, im szersze spektrum poglądów dopuszczonych do głosu, tym większa szansa na wypracowanie ogólnego konsensusu. Medializacja sfery politycznej dąży jednak do tego, by odebrać głos ?nudziarzom?. Ten, kto nie jest atrakcyjny medialnie, nie będzie miał okazji przedstawienia swojej pozycji. Szansę zaistnienia mogą mieć tylko proste, chwytliwe slogany i wyraziste konflikty.
 
Aktywni na ekranie ? aktywni w polityce
Dobrym przykładem aktywności politycznej, dyktowanej tylko i wyłącznie chęcią zaistnienia w mediach, mogą być parady równości oraz kontrmarsze normalności. Parę lat temu, gdy byliśmy świadkami walki między tracącą władzę lewicą a prawicą, która dopiero szykowała się do władzy, przez kraj przetoczyła się fala demonstracji, inicjowanych przez dwie skrajne opcje ? organizacje gejowskie i Młodzież Wszechpolską. Dyskurs medialny szybko został zdominowany przez radykalizmy, pozwalając obu stronom uszczknąć nieco popularności. W rzeczywistości jednak ta dyskusja nie miała nic wspólnego z procesem demokratycznym ani z demokratycznie wyrażoną wolą większości. Wbrew sugestiom uczestników całego zamieszania, kwestia równouprawnienia gejów niewiele Polaków obchodzi.
 
Współczesna debata polityczna jest toczona między krzykaczami, tzn. osobami zdolnymi do przyciągnięcia uwagi mediów na dłużej. Na polskim podwórku znakomitym przykładem krzykacza byłby Andrzej Lepper. Kiedy rozpoczynał karierę polityczną, dysponował wizerunkiem medialnym nierozgarniętego prowincjusza, w wytartym sweterku i gumiakach. Jego poglądy przedstawiano jako pocieszne, on sam traktowany był przez elity jak wiejski głupek. Lepper budował jednak popularność na swoim radykalizmie ? pewna część wyborców była skłonna poprzeć go mimo złej prasy. Samoobrona dostała się do Sejmu. Lepper kontynuował strategię ?zakłócacza?, dostarczając odbiorcom mediów specyficznej rozrywki. Niczego nie ryzykował ? z pewnością był świadom, że może liczyć tylko na poparcie akurat tego elektoratu, któremu spodobałyby się jego występy. Strategia okazała się skuteczna i po następnych wyborach Samoobrona została liczącą się siłą w parlamencie, a później koalicjantem PiS-u. Mniej więcej w tym momencie stało się jasne, że Lepper gra już w całkiem inną grę. Nie jest warchołem, stał się nagle mężem stanu, gotowym wziąć w opiekę wszystkich polskich rolników. Opalenizna, doskonale skrojone garnitury i zupełnie odmienna retoryka. Lepper w wydaniu ministerialnym bez wątpienia był już członkiem elity, znakomicie obeznanym z niuansami prowadzenia dyskusji medialnej. Od pucybuta do milionera, w swojskim wydaniu.
 
Obecny rząd również ma dobrą prasę, ponieważ bardzo zabiega o to, by właśnie taką mieć. Można wręcz odnieść wrażenie, że premier więcej czasu spędza przed kamerami, niż we własnym gabinecie. Jego koledzy partyjni także nie ustają w wysiłkach, by skupić na sobie uwagę opinii publicznej. Przoduje w tym najnowsza gwiazda medialna, Janusz Palikot, którego występy z lubością są relacjonowane przez dziennikarzy.
 
Rozpoznanie potrzeb mediów i dostosowanie się do nich są kluczowymi umiejętnościami polityka we współczesnej demokracji. Potrzeby wyborców schodzą na dalszy plan. O zwycięstwie decyduje nie program wyborczy, ale to, jak dobrze skleci się spoty reklamowe. Politycy oceniani są ? zwłaszcza przez same media ? nie na podstawie kompetencji w zarządzaniu państwem, ale w oparciu o ich prezencję medialną. Powiedzmy sobie otwarcie: taki system jest demokracją wadliwą. Zamiast rzetelnej dyskusji i autentycznej wymiany poglądów, mamy szopkę, której aktorzy obrzucają się błotem ku uciesze gawiedzi.
 
Rząd na etacie
Ze złym stanem współczesnej demokracji związana jest też inna kwestia, a mianowicie kryzys etatyzmu. Może wydawać się, że te dwie rzeczy nie mają nic wspólnego, ale rzeczywistość wygląda inaczej. Demokracja przedstawicielska jest gwarantem praw i swobód obywatelskich tylko w połączeniu z silnym państwem. Tylko dzięki wysoce zorganizowanym strukturom można wyegzekwować wolę większości, nawet w wypadku aktywnego sprzeciwu mniejszości. Demokratyczny ład można utrzymać tylko odwołując się do siły.
 
Sama idea wybierania reprezentantów narodu opiera się na etatyzmie. Wybieramy ich przecież, by pełnili określone funkcje w aparacie państwowym. Bez państwa ? czy raczej bez jego licznych instytucji ? nie byłoby potrzeby wyboru. Demokracja powstała po to, by zapobiec dyktaturze i nieuniknionym w takiej sytuacji nadużyciom władzy, ale nigdy jej bezpośrednim celem nie było zmniejszanie zakresu władzy samej w sobie. Po prostu ? decyzję o tym, jak się rządzić, oddano w ręce większości obywateli. Ci byli zdolni zadecydować, czy chcą więcej swobód, czy może raczej odgórnej ochrony. Doskonałym przykładem demokracji z rozrośniętym aparatem władzy jest osławione państwo dobrobytu, którego przebrzmiała idea pielęgnowana jest jeszcze choćby w Skandynawii. Państwo rządzone demokratycznie z założenia nie może być wrogiem obywatela, w związku z czym nie ma powodu, by ograniczać jego zasięg. Jakkolwiek by patrzeć, im więcej stanowisk do obsadzenia, tym większa konieczność wyborów i tym większy zakres samej demokracji.
 
W sytuacji gdy etatyzm skompromitował się do szczętu jako idea, nie można oczekiwać, że pozostanie to bez wpływu na stan zbudowanych w oparciu o niego struktur społecznych. Od bez mała trzydziestu lat obserwujemy wycofywanie się państwa z rynku, coraz szerzej zakrojoną prywatyzację i deregulację wielu obszarów gospodarki. Ten proces, oczywiście, w różnych krajach przebiega w odmienny sposób, w swoim tempie. Nie da się go jednak ignorować, a z pewnością nie można go odwrócić. Po gospodarce i sferze bezpieczeństwa socjalnego z pewnością przyjdzie również pora na kulturę oraz edukację (w obu tych dziedzinach mamy w Polsce wpływowe grupy, zorganizowane wedle standardów rodem z demokracji ludowej). Konsekwencją tego typu działań musi być drastyczne zmniejszenie roli państwa w życiu obywateli.
 
Małe, skromne państwo nie jest marzeniem klasy politycznej. Ograniczenie wpływów rządu równe jest pewnej marginalizacji samych polityków. Wiąże się z tym zasadniczy problem: skoro władza polityków będzie niewielka, obywatele mogą dojść do wniosku, że nie warto na nich głosować. Wbrew pozorom, ten dylemat jest uzasadniony. Doświadczenie wszystkich światowych demokracji wskazuje, że wybory do organów dysponujących większą władzą zawsze cieszą się wysoką frekwencją wyborczą. Im mniejsza władza związana ze stanowiskiem, na które się kandyduje, tym mniejsze zainteresowanie wyborców. Polska nie odbiega pod tym względem od normy ? frekwencja podczas wyborów do instytucji lokalnych jest stale wyraźnie niższa od frekwencji podczas wyborów do parlamentu (nie mówiąc o wyborach prezydenckich).
Władza polityków ograniczana jest jednak nie tylko wymogami sytuacji ekonomiczniej. Z jednej strony powstają struktury ponadnarodowe, przejmujące coraz więcej kompetencji państw narodowych (nie łudźmy się, ten proces będzie postępował). Z drugiej zaś ? sami obywatele uczą się niezależności od władzy ograniczonej terytorialnie. Ani pierwszy, ani drugi trend nie sprzyja demokracji.
 
(?)
Wyświetlony 2371 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.