środa, 17 marzec 2010 14:25

Polskie tropy w Ameryce (XVIII) Pomost na dalsze dziesięciolecia

Napisane przez

O siemdziesiąt lat temu, na łamach nowojorskiego periodyku "Nowy Świat" pojawił się artykuł stawiający pytanie o przyszłość Polonii amerykańskiej, podpisany przez mało jeszcze znanego środowisku dr. Stefana Mierzwę.

 

Wyrażał on przekonanie, że niespokojny żywioł polskich przybyszy stanie się w końcu częścią narodu amerykańskiego, opuści getta polskie, uprości swoje nazwiska, zacznie mówić po angielsku i poczuje się dumny ze swego nowego obywatelstwa. Jak dotąd, autor stwierdzał tylko to, co widoczne było wokół gołym okiem. Intrygująca okazała się jednak dalsza prognoza: w miarę politycznej i społecznej asymilacji zacznie wzrastać duma Polonii z jej polskiego pochodzenia, zwłaszcza młode pokolenie ze zwrastajacym zainteresowaniem czytać będzie (po angielsku!) klasyczne utwory literatury polskiej i dzieła o polskiej kulturze i historii. A już najbardziej intrygująca stała się końcowa konkluzja: młode pokolenia amerykańskie pochodzenia polskiego będą miały więcej sympatii dla Polski i zrozumienia istotnych walorów kultury polskiej niż pierwsze pokolenia zrodzone z emigrantów polskich albo nawet i sami imigranci. Kim był ów Stefan Mierzwa i co motywowało go w zainwestowaniu całej osobistej energii na rzecz budowania trwałego pomostu pomiędzy Ameryką a Polską w niesprzyjajacej temu erze chaosu i ekonomicznego kryzysu?
 
Nie ma powodu kryć, że chodzi o inicjatora, a zarazem wieloletniego promotora nowojorskiej Fundacji Kosciuszkowskiej, jednej z najbardziej aktywnych instytucji w tym kraju dla prowadzenia żywego dialogu obu narodów, której zasługi przez niemal 85 ostatnich lat są wręcz nieocenione. Znamienny pozostaje zwłaszcza szczegół personalny: ów Stefan Mierzwa nie był, jak wielu podobnych założycieli własnych fundacji w Stanach, self made milionerem, czyniącym to z próżności i dumy, z myślą o utrwaleniu wlasnego imienia dla potomności. Był trzynastym z kolei dzieckiem biednego rolnika-tkacza spod Łańcuta, który z czterema zaledwie latami szkoły pod Lubaczowem, po osiągnięciu pełnoletniości wysłany został do Ameryki, aby popróbować tam szczęścia. Trafił istotnie na życzliwych mu i dalekowzrocznych opiekunów, którzy pomogli nie tylko w znalezieniu pracy, ale usilnie nalegali, aby kontynuował naukę. Okazał się zawzięty i zdolny, i dlatego wkroczył rychło na szlak zapierajacego dech sukcesu. Już w kilka lat po przybyciu do Stanów, w roku 1916, ukończył Amherst College, a w pięć lat później zdobył tytuł magistra ekonomii na legendarnym Harvardzie. Został asystentem profesora na prywatnej uczelni Drake University w Des Moines, w Iowa, zdobywając szybko tytuł doktorski i trafiając w Ameryce do środowiska naukowego. Kariera syna chłopskiego z głębokiej galicyjskiej prowincji, o której powinno się pisać książki!
 
To jednak nie koniec. Dr Mierzwa usiłował przez dalsze kilkadziesiąt lat tworzyć w Ameryce instytucję, która zasadniczo zmienić miała bieg spraw dla takich jak on przybyszy z Polski. Wynikało to z chęci odwdzięczenia się za własną karierę i pomoc, jakiej doświadczył w tym kraju.Oryginalne było to, że dr Mierzwa nie tyle chcial sprawić satysfakcję swoim sponsorom, co raczej przysłużyć się nieznanym mu przyszłym generacjom, tak młodych Amerykanów, jak i swoich rodaków, właśnie takich jak on, szukających pomocnej dłoni w zmaterializowaniu własnych kreatywnych pasji. Ludzi gotowych terminować w sferze nauki, kultury i sztuki dla pożytku swego kraju bądź środowiska. Mierzwa był głęboko przekonany o tym, że nadszedł czas, aby dać życiową szansę młodym Amerykanom (w tym także, choć nie tylko, tym polskiego pochodzenia), aby odkryli dla siebie Polskę, z jej rozległą historią, dorobkiem i kulturą. Podobnie jak Polakom, aby studiując w dalekich, ale wysoce zaawansowanych w wielu dziedzinach Stanach Zjednoczonych, zdołali, dzięki zdobytej wiedzy i doświadczeniu, zasadniczo wpłynąć na cywilizacyjne przyspieszenie swojego, wychodzacego dopiero z obciążeń niewoli i zacofania, narodu. O takim inwestowaniu w dawną ojczyznę nie myślało wówczas zbyt wielu w kręgach Polonii.
 
Od początku lat dwudziestych Stefan Mierzwa konsekwentnie ogłaszał apele w prasie polskiej i amerykańskiej, jeździł po kraju, rozmawial i przekonywał. Zamiast czczych frazesów powtarzanych odwiecznie przez obchodowych mówców i politykierów, zamiast paru lub nawet kilku kamiennych pomników, które mogą być wystawione tu i ówdzie, czy nie byłoby rzeczą piękną i chwalebną zbudować własnymi siłami, tutaj w Ameryce, żywy pomnik na cześć i pamiątkę Tadeusza Kościuszki, żywy pomnik pamiątkowy w postaci funduszu żelaznego, przypuśćmy 1 000 000 dolarów, z którego dochód byłby używany dla wspierania wymiany studentów i profesorów pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi ? uparcie argumentował Mierzwa. Mimo oczywistosci swoich dalekosiężnych i czystych intencji, projekt rzecznika polsko-amerykańskiej fundacji szedł jak po grudzie. Nie reagowały nań długo główne organizacje kościelne, jak i największe patriotyczne organizacje Polonii. Datki, jakie wpływały, okazywały się symboliczne, często, wzruszające, jednodolarowe. Mimo to, na przełomie 1924/25 zdołał on przyznać pierwszych dziewięć stypendiów (po 500 dolarow każde) na roczny pobyt w Stanach dla młodych Polaków, którzy rzeczywiście przyjechali tu studiować ekonomię, nauki humanistyczne czy techniczne. Pierwszy krok zostal zrobiony, ale do wymarzonego celu było wciąż bardzo daleko.
 
Charakterystyczne, że daleko większe zrozumienie i poparcie napotkał dr Mierzwa w środowiskach akademickich amerykańskich uczelni, wreszcie wśród grona amerykańskich biznesmenów i notabli. Dlatego, kiedy w jesieni 1925 r. zwołał pierwsze posiedzenie rady nadzorczej przyszłej Fundacji, w jej składzie znaleźli się wyłącznie Amerykanie: rektor elitarnego Vassar College, Henry N. MacCraken, który po wizycie w Polsce stał się entuzjastą tego kraju, Samuel M. Vaucklain, właściciel wielkiej fabryki lokomotyw z Filadelfii, profesor Robert H. Lord z Harvardu, który pisał o rozbiorach Polski, prof. Paul Monroe z Columbia University czy płk Cederic E. Fauntleroy, uczestnik I wojny światowej, popularny wśród Polonii.
 
Sam dr Mierzwa usunął się na plan dalszy, przez nastepne lata działał tylko jako sekretarz i dyrektor wykonawczy Fundacji, z właściwą sobie dyskrecją, bez budynku czy nawet biura, wynajmując jedynie kąt w życzliwej mu polskiej ambasadzie w Nowym Jorku (do wybuchu wojny w 1939 r.).
 
Szeroko propagowana zbiórka na ów ?żelazny fundusz? trwać miała przez następne dziesięciolecia! Jednak Stefana Mierzwy nic nie było w stanie zniechęcić. Wymarzony milion dolarów (tylko już nie tej co wtedy wartości) uzbierany został w końcu w r. 1969, kiedy dr Mierzwa został ostatecznie prezesem. Zresztą na krótko, bo zmarł w roku 1971, po 45 latach ?życia dla Fundacji Kościuszkowskiej?.
 
(?)
Wyświetlony 2766 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.