środa, 17 marzec 2010 16:42

O nostalgii post-PRL-owskiej

Napisane przez

Kto pamięta przestrogi Heydla?

Niedawno prezes Agencji Rynku Rolnego Bogdan Twarowski uzyskał zapewnienie, że Polska nadal będzie dopłacać do eksportu wieprzowiny na Ukrainę1. Cokolwiek by o tym myśleć, jest to swoiste curiosum.
Najżyźniejszy kraj na świecie importuje żywność! I jeszcze eksporter musi mu to ułatwiać ? my wszyscy w Polsce, jako podatnicy, musimy składać się na to, aby zapłacić część ceny, bowiem ukraińskiego klienta nie stać na płacenie ceny pełnej. Gdzie te czasy, kiedy to eksport żywności z Polski w kierunku wschodnim był traktowany jako coś, co było podwójnie szkodliwe: 1) uszczuplał ilość żywności dostępną w polskich sklepach dla klientów (to doskwierało ogółowi mieszkańców naszego kraju), 2) był nieopłacalny, gdyż sowiecki nabywca płacił tyle, ile chciał, czyli niewiele (to doskwierało chyba jednak głównie polskim rolnikom indywidualnym i nie tylko), no, pytam: gdzie te czasy?!
 
Osoba obecnego prezesa ARR budzi jednak także zupełnie inne emocje. Pewna część podległych mu urzędników poskarżyła się na niego do min. Julii Pitery. Od pewnego czasu jest ona politykiem Platformy Obywatelskiej, Bogdan Twarowski zaś zajmuje swoją posadę z rekomendacji Polskiego Stronnictwa Ludowego, tak więc rozstrzyganie sporu może wystawić na próbę koalicję rządową, co akurat nie jest w Polsce lat ostatnich niczym oryginalnym, zwłaszcza, gdy chodzi o koalicję z udziałem PSL. Tym zresztą niech się martwią koalicjanci, bez mojego udziału. Zarzuty pod adresem prezesa ARR dotyczą wykorzystywania stanowiska dla własnych korzyści i gnębienia pracowników, podobno odwołał większość dyrektorów oddziałów terenowych Agencji, podobno również jako urzędnik narusza prawo, bo zasiada w radach nadzorczych trzech spółek i jeszcze bierze za to niemałe pieniądze2. Jeśli to prawda, to jest to naganne, w każdym razie brać pieniądze (zwłaszcza spore) za samo zasiadanie? no, nieładnie. Chodzi o spółkę państwową Elewarr, która należy do ARR, i jej dwie spółki-córki. Już sama nazwa ?spółka państwowa? to coś takiego jak ?bezdzietna matka? albo ?sucha woda?. Im więcej jest takich spółek, tym jest więcej posad do obdzielenia swoim kolesiom po każdych wyborach! Mimo tak długotrwałego i donośnego lamentu z powodu prywatyzacji (= ?wyprzedaży majątku narodowego?) posad w takich radach nadzorczych nadal jest sporo, a śmiem podejrzewać, że może nawet ich przybywa, skoro bowiem ARR jest nową instytucją, to zapewne spółka Elewarr nie jest przemianowaną firmą z czasów PRL, lecz stanowi również nowo-twór czasu transformacji.
 
Czymże jednak zajmuje się legalnie prezes Twarowski? Kieruje instytucją, która? nie powinna istnieć! ARR zatrudnia ok. 1300 osób i zajmuje się rozdzielaniem limitów mleka między producentów, reguluje rynki rolne pod okiem Brukseli3 . Sama idea limitów jest już obrazą dla zdrowego rozsądku. Gdyby jeszcze chodziło o limity połowowe na pewnym poziomie rzeczywiście można by mówić o tym, czy zbyt obfite połowy nie spowodują wyginięcia danego gatunku ryb. Ale jeśli ktoś nie zajmuje się łowiectwem ani zbieractwem czegoś gotowego, lecz produkuje ? obojętnie, czy to jest mleko, czy kapusta, czy zeszyty w kratkę, czy na przykład benzyna ? byłby idiotą, gdyby produkował znacznie więcej, niż spodziewa się sprzedać. Tak było od tysięcy lat (powiedzmy szczerze: z kapustą, bo z benzyną znacznie krócej), a ustanowienie urzędników od wymyślania i egzekwowania limitów to nic innego niż tzw. radosna twórczość.
 
ARR reguluje rynki! Nie jakiś jeden rynek, ale rynki! W liczbie mnogiej (ciekawe, czy ktoś je policzył i wie, ile ich jest?). Dopóki za banknot, który trzymam w dłoni, mogę kupić nie tylko telefon komórkowy, ale także jabłka, nie tylko podręczniki dla dziecka, ale także obligacje państwowe, dopóty to wszystko jest JEDNYM rynkiem, jak system naczyń połączonych jest naprawdę JEDNYM naczyniem, o kształcie może dość dziwnym... Gdyby przywrócić jakieś bony, talony albo inaczej nazywające się środki płatnicze do specjalnych celów, np. na zakup samochodów (tak już było, pamiętam osobiście te czasy), to owszem, zgoda, istniałby jakiś odrębny ?rynek samochodowy?, jakiś odrębny rynek w PEWEX-ach (gdzie płaciliśmy dolarami, a nie ówczesnymi złotówkami). Skoro ktoś używa słowa ?rynek? w liczbie mnogiej, od razu widać, że mu socjalizm z butów wychodzi. Niekoniecznie ten siermiężny, PRL-owski, może być jak najbardziej salonowy, ?en vogue? i ?au courant?, przywieziony prościutko z Brukseli. Ale nawet regulowanie JEDYNEGO rynku jest podejrzane o tenże socjalizm: właśnie owe ?limity?, ?kwoty?, dotacje do eksportu, tzw. dotacje bezpośrednie (to te unijne pieniądze, które rolnicy otrzymują w zależności od ilości uprawianych hektarów), dotacje do kolejnictwa?
 
Rolnika, rzecz jasna boli, gdy państwo dotuje PKP. Uważa, że to marnowanie społecznego pieniądza. Kolejarza boli, gdy państwo dotuje rolnika (teraz to wychodzi drożej, niż PRL-owskie dotacje, mające obniżać ceny żywności, pieniądz bowiem wędruje najpierw do Brukseli, jako składka członkowska z powodu przynależności polski do UE, a dopiero potem wraca, m.in. jako owa ?dotacja bezpośrednia?. Ale im dłuższa droga, tym jednak więcej ta wędrówka pieniędzy sama kosztuje!
 
Rolnika boli dopłacanie do kolei także z tego powodu, że rolnik coraz rzadziej podróżuje pociągiem (zresztą m.in. dlatego, że sieć czynnych linii kolejowych rozrzedza się z roku na rok, a niekiedy częściej), a coraz częściej swoim samochodem. I niekoniecznie krajowej produkcji (to, że dzisiejszy wicepremier Pawlak, będąc w przeszłości premierem, apelował, aby podległe mu urzędy jako swoje samochody służbowe posiadały ?polonezy?, a nie samochody zagranicznych marek, wydaje się nie robić wrażenia na rolnikach, nawet na tych, którzy sympatyzują z Pawlakiem i jego partią). Jednak młyny w Polsce mają kupować zboże od polskich rolników, a nie importowane. Jeśli jest inaczej, to rolnictwu dzieje się krzywda.
 
Nie byłbym zdziwiony, gdyby robotnicy zatrudnieni w polskich fabrykach wytwarzających samochody albo ciągniki i maszyny rolnicze dokładnie tak samo (z zamianą ról) myśleli o gospodarce: mianowicie, że gdy rolnik kupuje kombajn z Białorusi albo samochód z Niemiec, to czyni polskiemu przemysłowi (czyli im) krzywdę. Gdyby zaś Polska dopłacała do eksportu np. ?polonezów?, to oczywiście nie byłoby w tym nic złego...
 
Jeszcze bardziej niebezpieczny jest pomysł, ażeby przeznaczać pieniądze z budżetu państwa polskiego na dopłacanie do eksportu (aby cena polskiego towaru była sztucznie obniżona gwoli większej konkurencyjności) albo na tzw. gwarancje eksportowe, na wypadek, gdyby zagraniczny nabywca polskich towarów okazał się niewypłacalny. Jest to krótkowzroczna, wręcz samobójcza strategia dla krajowej gospodarki, która na dłuższą metę nie zniosłaby tego obciążenia! Ktoś nie zarobi, by zarobić mógł ktoś. Pieniądze na dopłaty trzeba bowiem ściągnąć z podatników, inaczej to przecież nie jest możliwe. W latach międzywojennych (gdy chodziło o eksport cukru do Wielkiej Brytanii) przestrzegał przed takim dumpingiem ze strony Polski prof. Adam Heydel, wybitny ekonomista (a także prawnik). Wtedy, za sanacji, socjalizmu w Polsce było nie tak wiele, Heydel nazywał go łagodnym epitetem ?etatyzm?, to wszak nie to, co powojenna PRL. Jednak w oczach ludzi, których myślenie zostało ukształtowane w Polsce Ludowej (albo, co jeszcze gorzej: w Moskwie ? jak w wypadku min. Lesława Podkańskiego, absolwenta tamtejszego Instytutu Przemysłu Naftowego i Gazowego), dotacja z budżetu do jakiejkolwiek dziedziny gospodarki stanowi ?normalkę?. Ale kto by dzisiaj słuchał rad Adama Heydla? Dla jednych jest trefny jako wolnorynkowiec, dla innych jako narodowiec, być może są też tacy, dla których prof. Heydel jest trefny z obu tych powodów na raz? Na pewno takimi byli narodowi socjaliści (ci niemieccy, hitlerowscy), którzy uwięzili Heydla w obozach koncentracyjnych w Sachsenhausen, a potem ponownie w Auschwitz ? w tym drugim profesor, ku chwale narodowego socjalizmu, zakończył swoje 42-letnie życie.
 
Ale gdyby tak ? przysłuchując się przekomarzaniom między polskimi rolnikami i polskimi robotnikami ? jakiś anglista lub matematyk wpadł na pomysł, żeby domagać się, aby państwo ustanowiło taryfikator minimalnych stawek gwarantowanych za godzinę korepetycji (z uwzględnieniem tego, czy usługa byłaby udzielana w domu korepetenta, korepetytora czy w jeszcze innym, oraz na jakim poziomie byłaby świadczona: podstawowym, gimnazjalnym, licealnym czy akademickim, może także z uwzględnieniem różnic miedzy łatwymi i trudnymi dziedzinami wiedzy), co wtedy? Przecież bez takiego taryfikatora, bez zapewnienia, że nawet jeśli korepetenta ani jego rodziny nie stać na 50, a tylko na 20 zł/godz., to państwo te brakujące 30 zł dopłaci (potrącając sobie zaraz potem 10 zł jako podatek), otóż bez tej interwencji państwa na rynku korepetycji krzywda dzieje się polskiej oświacie.
 
Na jamalskiej smyczy
Kilka miesięcy temu (w połowie grudnia 2007 r.) stacja telewizyjna TVN dostarczyła informacje o wypowiedziach dwóch kolejnych ministrów gospodarki w sprawie importu gazu ziemnego do Polski. Chodzi, oczywiście, o niedawnego ministra Piotra Woźniaka oraz o aktualnego ministra Waldemara Pawlaka. Powierzchowne wrażenie jest takie, że owe wypowiedzi kontrastują ze sobą nawzajem. Nie byłoby w tym nic bardzo zaskakującego ? jesteśmy wszak przyzwyczajeni do tego, że gdy władzę przejęła konkurencyjna formacja, to aktualni ministrowie krytykują poprzednich i odwrotnie. Rozbieżność opinii między ex-min. Woźniakiem a min. Pawlakiem polega na tym, że zdaniem pierwszego, w imię dywersyfikacji, bardzo celowe byłoby importowanie gazu nie tylko z Rosji, lecz także z Norwegii, podczas gdy drugi przestrzega przed tym, że gaz z Norwegii okaże się droższy. Zdziwienie następuje dopiero, gdy dowiadujemy się, że ? zdaniem obydwu polityków ? zasadne byłoby powrócić do pomysłu gazociągu zwanego Amber (po angielsku: bursztyn), który miałby dostarczać na Zachód rosyjski gaz ziemny przez terytoria Estonii, Łotwy, Litwy i Polski. Pawlak powiedział, co wiedział, wiedząc jednocześnie, że usłyszy ?niet? i ?nein?4.
 
Co jeszcze dziwniejsze, zdaniem ex-min. Woźniaka nie jest słuszny pomysł Adama Sztejnfelda, polityka PO, aby rokować z Rosją na temat budowy II nitki gazociągu jamalskiego. Jakaż jest bowiem istotna różnica między ową druga nitką a gazociągiem Amber ? zwłaszcza z punktu widzenia polityka (mowa o Piotrze Woźniaku), który uznaje zasadność dywersyfikacji zaopatrzenia Polski w gaz? Z kolei wicepremier Pawlak dostrzegł również zaletę w takim rozwiązaniu, aby umówić się z Rosją i Niemcami na zbudowanie odnogi od przyszłego gazociągu bałtyckiego ku Polsce. Natomiast jego opinia o zasadności importu gazu ziemnego z Norwegii jest trudna do oceny: czy należy podziwiać bardziej samą jej treść, czy wytrwałość pana Waldemara Pawlaka w opowiadaniu się za nią.
 
W dniu 18 lutego 1995 r., Waldemar Pawlak, będąc wtedy premierem Polski, zawarł z premierem Rosji Czernomyrdinem (który przed objęciem tej państwowej funkcji był prezesem rosyjskiego Gazpromu) porozumienie w sprawie gazociągu jamalskiego. Pierwsze porozumienie polsko-rosyjskie w tej sprawie zawarto 25 sierpnia 1993 r. Dokładnie w pół roku później, 18 sierpnia 1995 r., drugie porozumienie (to podpisane przez premiera Pawlaka) zostało zatwierdzone przez kolejnego premiera Józefa Oleksego, jego następca zaś, premier Włodzimierz Cimoszewicz, zawarł z Rosjanami w dniu 25 września 1996 r. już tę ostateczną umowę.
 
(?)

Przypisy:              

 1 Dopłaty do eksportu wieprzowiny na Ukrainę obowiązują!, 18 kwietnia 2008 r.; www.ppr.pl/artykul.php?id=146558
 
 
 3 Tamże.
 
 4 Por.: Wiesława Mazur, Gazoport na aut, ?Nasza Polska? nr 50, 11 grudnia 2007 s. 8.
Wyświetlony 5658 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.