Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 05 kwiecień 2010 21:39

Iuro-kracja - czyli państwo bezprawia (cz. II)

Napisane przez

Hasłem Elity stało się "państwo prawa". Słowo "prawo" jest tu domyślnie synonimem cywilizacji -dawniej pisano "zachodniej", dziś "europejskiej". Nie wolno było jednak zadać pytania, jak nowe państwo realizować będzie potrzebę sprawiedliwości - co jest inną wersją pytania, na ile rzeczywiście będzie ono nowe.

 

 

Za fundament tego państwa posłużyła zasada prawa rzymskiego, że prawo nie działa wstecz.
 
Konieczna jest tu fundamentalna refleksja ? której, oczywiście, żaden profesor prawa nie podejmie. Dlaczego właściwie prawo rzymskie ma być absolutem?
 
Rzym republikański miał swoje zalety, ale nie potrafił obronić się przed zamianą w Imperium Romanum ? które Simone Weil słusznie nazwała antycznym protoplastą III Rzeszy. Prawo rzymskie było okrutne dla niewolników i chłopów, i deifikowało władców. Trudno pojąć, co współczesność może znaleźć w nim godnego podziwu i kultywacji.
 
Co właściwie jest oczywistego w zasadzie, że prawo nie działa wstecz? Otóż jest ona oczywista tylko wtedy, gdy ?lex?, prawodawstwo, oddzielimy od ?ius?: sprawiedliwości. Wtedy musimy się pogodzić z tym, że przestępcy mogą wykorzystywać brak prawa i że najstraszliwsze zbrodnie muszą pozostać bezkarne tylko dlatego, że poprzednie pokolenia nie wzięły ich pod uwagę. Była to realna przeszkoda, którą trzeba było pokonać wobec zbrodniarzy nazistowskich: świetnie to prezentuje film ?Wyrok w Norymberdze?. I pozostaje jak najbardziej aktualna wobec zbrodniarzy komunistycznych.
 
W 2002 r. Kalifornia przyjęła prawo, które tymczasowo wyjmuje spod reguły przedawnienia sprawy molestowania seksualnego: przy czym znacznie rozszerzono jego definicję. Zdecydowano więc, że prawo to działa wstecz 1).
 
Outsiderzy medialni pisali już w 1991 r.: Komuna, terroryzując nas przez 45 lat, trzymając nas po więzieniach i pozbawiając pracy, wykorzystała ten okres na pierwotną akumulację kapitału ? za pomocą ?prawa?. Teraz tymi właśnie ?prawami? bezczelnie świecą nam w oczy, szantażując terminem ?państwa prawnego?. (...) Nikomu w Niemczech nie przyszłoby do głowy bronić po 1945 r. ustaw norymberskich tylko dlatego, że zostały one formalnie uchwalone (St. Michalkiewicz).
 
Dla komunistów prawodawstwo było tylko pochodną bieżącej polityki. Legalizm był ich zdecydowanie najmniejszą troską. Rezultatem był chaos, jaki odziedziczył pierwszy demokratyczny rząd w 1991 r. Znamy jego skutki: do dziś niezałatwione sprawy własności gruntów, reprywatyzacji i zobowiązań Skarbu Państwa wobec obywateli.
 
W 2000 r. wyszło na jaw, że system PESEL został wprowadzony rozporządzeniem ministra spraw wewnętrznych ? i nie ma tym samym właściwej podstawy prawnej.
 
Prawnicy i politycy przyznali się otwarcie do konfuzji. Główny Inspektor Danych Osobowych prof. Ewa Kulesza ? która niczym Hekate rzucała gromy, gdy jakiś historyk upublicznił nazwiska katów UB ? orzekła, że jest to łamanie konstytucji i ustawy o ochronie danych osobowych.
 
Po czym zaległa cisza...
 
To, że wbrew iluzjom prof. Adama Strzembosza, nie będzie żadnej samoweryfikacji wśród sędziów, nie było trudno przewidzieć. Korpus sędziowski nie składał się przecież z Westalek i Katonów, ale z ludzi przesianych przez peerelowskie sito ? a dziś już także z ich wychowanków. Bardzo podobna sytuacja zaistniała w RFN po wojnie. Funkcjonariusze NSDAP i lojalni urzędnicy III Rzeszy nie zamierzali się kajać; przeciwnie: po tym, gdy Amerykanie w obliczu ofensywy Stalina zaniechali szerokiej denazyfikacji, niektórzy z nich nie tylko otwarcie usprawiedliwiali swoją przeszłość, ale atakowali tych nielicznych Niemców, którzy w tej czy innej formie dali wyraz swojej opozycji wobec Hitlera. Gdy ci wnosili do sądu skargi na spotwarzanie ? np. w sprawie nacjonalistycznego polityka Hedlera ? sądy, odziedziczone po czasach nazizmu, oddalały oskarżenia. Relacjonuje to historyk Norbert Frei w książce ?Polityka wobec przeszłości? (Wyd. Trio, 1996):
 
Czy Iustitia nadal była ślepa na prawe oko? Czy popierający płk. Stauffenberga i emigranci muszą się godzić na to, by niepoprawni naziści spotwarzali ich w imię wolności wygłaszania opinii?
 
Takie pytania, naturalnie, wisiały w powietrzu i podsycały rozdrażnienie, z jakim Bundestag 24 godziny po uniewinniającym wyroku dyskutował nad oświadczeniem frakcji SPD. Oświadczenie to głosiło, że sędziowie w Neumunsterze, ?którzy przeszli tę samą co Hedler szkołę partyjno-polityczną?, utożsamili się merytorycznie i politycznie z oskarżonym. Oznacza to ?ponowne działanie na wielką szkodę i hańbę narodu niemieckiego? ? dlatego też SPD domaga się ukarania sędziów winnych naginania prawa.
 
(...) Poseł Centrum przyznał, że ?wymiar sprawiedliwości może okazać się w demokracji koniem trojańskim totalizmu?.
 
(...) Szósta Izba Karna Trybunału Federalnego 3 grudnia 1954 r. w końcu położyła jurystyczną grubą kreskę: sędziowie oddalili wszczęcie postępowania sądowego przeciw Naumannowi i Bornemannowi z Niemieckiej Partii Rzeszy i zarządzili odstąpienie od ścigania wobec całej grupy.
 
31 stycznia 1993 r. ukazał się apel najwybitniejszych postaci emigracji wojennej pt. ?O prawdę i sprawiedliwość?. Było to ? bardzo spóźnione ? świadectwo, że w gronie tym wreszcie dojrzała świadomość, iż tzw. III RP to gorzka parodia ich marzeń. Kropkę nad ?i? postawił zaś parę dni później bohater walki z Niemcami i więzień stalinowski w latach 1948-1956, Kazimierz Leski (?Życie Warszawy?, 9 II 1993):
 
Nasi władcy z lat 40. i 50., którzy mnie i moich kolegów tak szczodrze skazywali na śmierć lub wieloletnie więzienie jako bandytów, wrogów Polski, szpiegów, współpracowników Gestapo itp., którzy odbierali nam wszelkie mienie i wszelkie prawa ? żyją sobie w Polsce znakomicie .
 
W odpowiedzi Stefan Bratkowski już całkiem otwarcie napisał w ?Gazecie Wyborczej?, że przy Okrągłym Stole zagwarantowano komunistom utrzymanie ich pozycji społecznej.
 
I że to jest gwarancja pokoju społecznego i rozwoju Polski.
 
Podjęto pewne pozorne działania: powstała Główna Komisja do Badania Zbrodni Przeciw Narodowi Polskiemu. Ale Ministerstwo Sprawiedliwości oznajmiło w 1993 r., że nie jest ona organem centralnym ? i w związku z tym jej pracownicy nie otrzymają dodatków funkcyjnych i służbowych. Czyli tym, którzy pracowali w Prokuraturze Generalnej, zostaną odebrane.
 
Prokuratorzy nie mieli prawa kierować spraw do sądu, a jedynie przekazywać je prokuraturze powszechnej. Nie mieli nawet prawa umarzać śledztw!... Prok. Henryk Sowiński, który w niej nadzorował, wraz z drugim prokuratorem, 16 komisji okręgowych, stwierdził w 1994 r.: W Głównej Komisji jest tylko kilku prokuratorów ? nie ma żadnego planu, jest zupełny bałagan i improwizacja.
 
Z prywatnego oskarżenia Stefana Niesiołowskiego wytoczono proces arcyoprawcy Humerowi. Nie wiedzieć czemu dodano mu jednak 16 współoskarżonych ? z których każdy w odpowiednim momencie przedstawiał zaświadczenie o fatalnym stanie zdrowia. Przedstawiono im zarzuty z kodeksu z 1932 r. o ?występkach?, gdyż prokuratura uznała, że nie ma dowodów na to, że byli mordercami ? prokuratura powszechna nie chciała zaś uznać tortur za element zbrodni stalinowskiej. Mogli więc dostać maximum 5 lat.
 
Dwa miesiące po apelu b. przywódców politycznej emigracji ?Życie Warszawy? doniosło, że nieumyślni zabójcy sierżanta Karosa (luty 1982 r.) ? przez wiele tygodni bici w śledztwie ? nie zostali uniewinnieni podczas apelacji w Sądzie Najwyższym. Jak głosił tytuł: Sprawa wciąż nie zakończona. Sąd Najwyższy nie wierzy, że zabójcy Karosa działali z pobudek patriotycznych.
 
Dla rządzącej elity sprawa jednak była zakończona. Takie ?jątrzące? reminiscencje nie były potrzebne kleptokracji, która po wyborach 19 września ?93 już jawnie objęła pełnię władzy.
 
Z pewnym uproszczeniem można powiedzieć, że na jakość struktury państwa składa się prawo i to, jak jest wykonywane.
 
Jeżeli to kryterium zastosować do III RP, wniosek jest tylko jeden: państwo to, to proste przedłużenie PRL.
 
W 1991 r. Jerzy Giedroyć wysłał list do głównych gazet w Polsce, w którym pisał: Należy jak najszybciej rozpocząć na serio walkę z nadużyciami, a to wymaga reorganizacji NIK i rozszerzenia jej kompetencji (...). Należy dodać, że działalność NIK musi być zharmonizowana z sądownictwem, by zapewnić szybkie i bezwzględne tępienie nadużyć. Niestety, jest to choroba sięgająca tak głęboko, że nie należy wykluczyć wprowadzenia na określony czas sądów doraźnych. (...) Rzeczą niezmiernie ważną jest przywrócenie społeczeństwu poczucia praworządności. Należy to zrobić teraz i to nie, jak mogliby sądzić niektórzy, dla zaspokojenia ?potrzeby zemsty?, dla ?odwetu?, ale w ramach nieodzownego w zdrowej demokracji wychowania obywatelskiego.
 
Jest rzeczą absolutnie nieodzowną stopniowe pozbywanie się starej nomenklatury. Widać jak głęboko ten kolec tkwi za skórą Polaków. Nonsensem jest argument, że nie można na ich miejsce znaleźć i szybko podszkolić kilkudziesięciu tysięcy inteligentnych ludzi w blisko 40-milionowym narodzie. Nie ma też tutaj nic do rzeczy ?etyka chrześcijańska?, którą szermują niektórzy w obronie biednych, godnych miłosierdzia ?nomenklaturowców?.
 
Wszystkie największe polskie dzienniki odmówiły jego publikacji (Niestety, co jest już tematem na inny artykuł, Redaktor nie wyciągnął oczywistego wniosku z tego doświadczenia: bo nie był psychicznie w stanie przyznać, że jego wizja Polski prowadzonej przez Oświeconą, Liberalną, Antyklerykalną Elitę ? jest chimerą).
 
Aparat sprawiedliwości, który według Geremka et Co. miał stanowić panaceum, podlega dokładnie tej samej, przejętej po PRL, prawidłowości, co wszystkie inne segmenty naszego pseudokapitalizmu. Opisała ją prof. Anna Pawełczyńska w (starannie przemilczanej) książce ?Głowy hydry?, pisząc o PRL: Miejsce selekcji pozytywnej, stanowiącej zasadę awansu społecznego w normalnie rozwijającym się społeczeństwie, zajęła selekcja negatywna, polegająca na odwróceniu kryteriów awansu ? takich jak poziom kwalifikacji zawodowych, poziom moralny i poziom kultury.
 
Najdobitniej ukazało to pokrzyżowanie w 1998 r. przez Krajową Radę Sądowniczą realizacji ustawy o lustracji. Gdy do liczby 21 ochotniczych sędziów, jacy mieli sformować Sąd Lustracyjny, brakowało już tylko jednego, uchwaliła ona, że sędziom nie wolno do niego wstępować ? uzasadniając to tym, że sędziowie nie powinni rozwiązywać za polityków spraw politycznych.
 
Logiczny byłby więc wniosek, że rządzący politycy winni powołać taki trybunał spośród samych siebie.
 
2 X 2002 r. Sąd Najwyższy ? w składzie: Piotr Hofmański, Jacek Sobczak i Józef Szewczyk ? jawnie sprzeciwił się samej idei lustracji, czyniąc groteskę z wyroku w sprawie Mariana Jurczyka: uniewinniając go z argumentem, że choć był on konfidentem, to jego donosy nie miały wartości. Naturalnie, samo dociekanie czy przekazana informacja była wartościowa, czy nie, jest wymysłem sądu, który nie miał do tego rodzaju dociekań żadnych podstaw. Każdy, kto się nad tym zastanawiał, wie, że dysponując nawet banalnymi z pozoru informacjami na temat jakiejś osoby, oficer SB mógł je wykorzystać, chociażby ukazując przed tą osobą Służbę Bezpieczeństwa jako instytucję wszechwiedzącą. Np. nieznacząca pozornie informacja, że ktoś przesiaduje z kolegami, a rzadziej z koleżankami, mogło naprowadzić SB na fakt, iż ktoś jest homoseksualistą (co skutkowało śledzeniem go pod tym kątem).
 
Tuż po wyroku Rzecznik Interesu Publicznego stwierdził krótko, że sąd przekroczył swoje kompetencje. Kilkanaście znanych osób publicznych, m.in. Adam Strzembosz, Alicja Grześkowiak i Stanisław Iwanicki, stwierdziło w oświadczeniu z 26 XI 2002 r., że SN wkroczył w kompetencje władzy ustawodawczej. Głosiło ono m.in.: Dziennikarze wielokrotnie wytykali ?oczywiste fałsze historyczne i niedorzeczności? zawarte w orzecznictwie lustracyjnym. W jednym z nich ? dotyczącym Marka Belki ? znalazło się np. stwierdzenie ?bo do tańca trzeba dwojga?. (...)
 
Czy sądy mogą sobie uzurpować prawo do niepodważalnego ustalania prawdy historycznej i definiowania różnych aspektów życia społeczno-politycznego?
 
Działalność lustracyjną sądów powszechnych skrytykował także autor paru podręczników, b. sędzia SN prof. Andrzej Murzynowski 2).
 
Odpierając tę krytykę Marek Safjan, Lech Gardocki, Janusz Trzciński (prezes NSA) i Andrzej Zoll wydali 26 VI 2005 r. oświadczenie, w którym domagają się respektowania prawomocnych orzeczeń sądu lustracyjnego. Jednocześnie bezpośrednio zaatakowali IPN: Wytworzyła się niepokojąca sytuacja zastępowania władzy sądowniczej. Zamiast sądów werdykty wydają organy polityczne oraz instytucje naukowo-badawcze.
 
W odpowiedzi Ryszard Legutko zauważył, że historia zna całkiem sporo całkowicie prawomocnych i całkowicie błędnych wyroków: choćby w sprawie Sokratesa czy Galileusza.
 
Należałoby dodać, że stwierdzenie, iż to sądy winny być ostateczną instancją w sprawach lustracji, jest dokładnie sprzeczne z deklaracją Rady Sądownictwa, której czterej wymieni są emanacją: oznacza bowiem ich głębokie zaangażowanie w kwestie polityczne, od czego uroczyście się odżegnali w momencie powoływania Sądu Lustracyjnego.
 
Dlatego dzień ten można uznać za oficjalne ogłoszenie iuro-kracji: władzy sędziów.
 
(...)
 
Przypisy:
 
1 W związku z tym diecezja Orange zapłaci sto mln $ ofiarom tego przestępstwa, które zostały skrzywdzone przez księży w latach 1936-1996.
 
 2 Zob. ?Gdańskie Studia Prawnicze?, T. XI, 2003
Wyświetlony 3930 razy
Krzysztof Raszyński

Najnowsze od Krzysztof Raszyński

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.