poniedziałek, 05 kwiecień 2010 21:43

My wszyscy tak mamy

Napisane przez

O wszyscy tak mają - mówi o korzystaniu z kas zapomogowych, w jednym z występów kabaretu "Tey", Zenon Laskowik do Bohdana Smolenia, ucharakteryzowanego na Pelagię - starszą pracownicę przemysłu zbrojeniowego. Publiczność wybuchła śmiechem. To zdanie jednak nie odpowiada rzeczywistości. Przecież obok szeregowych pracowników o niskich zarobkach istniały za komuny uprzywilejowane materialnie, i nie tylko materialnie, grupy: członkowie PZPR, funkcjonariusze MO, oficerowie SB, wojska i ich rodziny. Wypowiedź Laskowika, aby była zgodna z realiami, powinna więc brzmieć: "my" wszyscy tak mamy. Wszak byli też "oni".

 

Teraz nie jest inaczej. O tym, kto gdzie pracuje, jakie stanowisko zajmuje, w efekcie ile zarabia nie decydują zdolności, ale znajomości, protekcja, układy często wyniesione jeszcze z okresu komuny. Pan Grzegorz Braun w opublikowanym w majowym numerze ?Opcji na Prawo? liście do mecenasa Marcina Strzeszyńskiego nie bez ironii zauważył, że od roku we Wrocławiu nie ma dla niego pracy. Trudno się dziwić. Za komuny mówiono, że za prawdę się siedzi, oczywiste jest więc, że za mówienie prawdy spotykają go represje. Domyślam się bowiem, na podstawie przekazów medialnych, że jednak prof. Jan Miodek podjął współpracę ze służbami specjalnymi PRL (Proszę Redakcję, aby to puściła, a organom ścigania i ?nieznanym sprawcom? oświadczam, że tylko ja za to zdanie odpowiadam). Gdyby redaktor Braun wypowiadał się krytycznie o lustracji, uważał tych, co siedzieli przy okrągłym stole, za ojców założycieli demokracji w Polsce i opowiadał te wszystkie bzdury, które ględzą, albo gryzmolą ?autorytety moralne?, pewnie siedziałby na paru ciepłych posadkach i kosił bez wysiłku grube pieniądze. Tak jak mają ?oni?.
 
?My? mamy jednak inaczej. Nie muszę daleko szukać. Po tym jak wytknąłem ówczesnemu naczelnikowi wrocławskiego oddziału IPN, byłemu członkowi PZPR, nieprawidłowości w obiegu dokumentów, ten w bardzo ostrym tonie groził mi, że ?jeżeli nie?, to? IPN przestanie udostępniać mi akta. Tak się stało: minęło już kilka lat, a ja od tego czasu teczki z IPN nie widziałem na oczy. Artykuł opublikowałem więc taki, jaki udało się napisać, a mógł być lepszy. Moje starania o pracę w IPN zakończyły się dość kuriozalnie, najpierw zatelefonowano do mnie, zapewniano, że chcą mnie zatrudnić, a później okazało się, że ten stołek zajął jakiś magisterek. Pretekst był mało wiarygodny: nie pracowałem wcześniej ani w szkole, ani w urzędzie. Nie wiem co ma piernik do wiatraka, ale widocznie ma. Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że IPN ma niewielu takich historyków jak Piotr Gontarczyk czy Sławomir Cenckiewicz. Większość z równą gorliwością mogłaby pracować w Instytucie Marksizmu-Leninizmu, aby od wypłaty do wypłaty.
 
O pracy na Uniwersytecie nie mogę nawet marzyć. Nie okazałem się wierny żadnej z klik walczących o wpływy w Instytucie, nie podlizywałem się promotorowi, nie brałem łapówek, uczciwie oceniałem, nie ulegałem niewybrednym naciskom jednego z doktorów habilitowanych (a mówiąc wprost ? szantażowi, cytuję: ?jeżeli nie, to??), który chciał wymusić na mnie ustępstwa na rzecz kilku studentek i studenta piszących u niego magisterki, a którzy uczęszczali na prowadzone przeze mnie zajęcia. Co więcej, krytykowałem otwarcie dziwne zdarzenia w Instytucie, np. ukrywanie regulaminu studiów doktoranckich przed doktorantami, mówiłem studentom wprost o tym, że o przyjęciu na studia doktoranckie decydują znajomości, a nie wiedza i umiejętności, o przyznawaniu grantów według tej samej zasady, o załatwianiu różnych spraw nie według przepisów, ale w zależności jakiej osoby sytuacja dotyczyła, o habilitacjach pisanych na poziomie słabych prac doktorskich? Dodam, że mój antykomunizm i nieeuropejskość były rażące. Antykomunizm pracowników Instytutu jest dokładnie na poziomie Platformy Obywatelskiej, przecież dobrze wiedzą, kto w stolicy Dolnego Śląska dzieli pieniądze. Europejskość jest jedynie słuszna i nie podlega dyskusji. Przekonałem się o tym, gdy spotkała mnie bardzo czytelna sugestia, że krytykowanie ?jedynie słusznej linii?, tym razem europejskiej, ograniczy moje szanse na pozytywne zakończenie studium.
 
Ossolineum okazało się bardzo uczciwe, najzwyczajniej odesłali mi moje podania o przyjęcie do pracy, jakie wysyłałem tam w ciągu kilku miesięcy. Zresztą, po co tak wysoko mierzę, skoro od kilku lat nawet nie mogę dostać pracy w szkole na wsi na pół etatu? Dotacji z Urzędu Pracy na założenie działalności gospodarczej też oczywiście nie otrzymałem. Pracowałem więc kilka miesięcy na czarno, jako pracownik fizyczny działu produkcji ? to była moja pierwsza praca, załatwiona dzięki pomocy kolegi ze szkolnej ławy. Teraz jest trochę lepiej: mam przynajmniej umowę. Długo tam jednak nie będę pracował. Trzeba będzie wrócić do szukania puszek po piwie. Za kilogram płacą 2,50 zł (w większych miastach z pewnością więcej), a na kilogram trzeba ? ok. 54 puszek. Niestety, nikt nie zatrudni osoby w mojej sytuacji: brak znajomości, przeklęty tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie historii, który skutecznie odstrasza pracodawców, stan zdrowia. A jednocześnie stada głupawych magisterków zatrudniają państwowe i samorządowe instytucje, ale oni widać mają znajomości. O tym, że ?głupawych?, świadczy choćby poziom prac wydawanych przez IPN z serii ?Konferencje IPN? czy praca Marka Lassota pt. ?Donos na Wojtyłę? ? niby praca doktorska, a w rzeczywistości rozwlekłe streszczenie dokumentów z paru teczek. Jeśli ktoś usiłuje przedstawić tą książkę jako pracę doktorską, to najzwyczajniej nie wie, na czym polega praca naukowa.
 
(...)
Wyświetlony 3758 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.