wtorek, 06 kwiecień 2010 11:20

Marx Co.O

Napisał

Opisując w Kapitale fetyszyzm towarowy, Marks stwierdził, że towar wydaje się na pierwszy rzut oka rzeczą samą przez się zrozumiałą i trywialną. Analiza wykazuje, że jest to rzecz diabelnie zawikłana, pełna metafizycznych subtelności i kruczków teologicznych. W celu weryfikacji tego twierdzenia przedstawiciele redakcji "Opcji na Prawo" udali się do Trewiru, miejsca urodzin Marksa, aby odwiedzić znajdujące się tam, w jego rodzinnym domu, muzeum i na miejscu przeprowadzić wszelkie niezbędne badania.

 Już samo wejście do tej placówki sugeruje, że teza o politycznej i moralnej wyższości skolektywizowanego komunizmu nad kapitalizmem i własnością prywatną w tym akurat miejscu nie znajduje potwierdzenia. Wchodzących do sporej kamienicy rodziny Marksów wita reklama zachwalająca znajdujący się na parterze sklep z bogatą ofertą win marki ?Marks? tłoczonych z lokalnych szczepów winogron. Zresztą znajdujący się kilka ulic wcześniej ?Modehaus Marx? świadczy o tym, że nazwisko ideologa antykapitalizmu zostało sprytnie wykorzystane przez kapitalistów w celach reklamowych.

 
Samo muzeum jest natomiast doskonałym dowodem na to, że teoretyczny socjalizm jak na razie całkowicie przegrywa z praktycznym kapitalizmem, choćby nawet ten ostatni wykorzystywany był do promocji rewolucyjnych haseł. Muzeum składa się z części wystawowej oraz sklepu, przy czym ta pierwsza część jest kompletnie nieinteresująca i stanowi jedynie marketingowy dodatek do zasadniczego punktu całego tego przedsięwzięcia, jakim jest handlowanie marksowskimi gadżetami. W całym, zajmującym trzy piętra muzeum znajdujemy może ze cztery warte uwagi oryginalne eksponaty, z których najbardziej interesujący jest zegarek młodego Marksa oraz nóż do konserw Engelsa, używany przezeń do rozcinania porannej prasy. Pozostałą część wystawy zajmują powiększone zdjęcia i cytaty z pism autora Kapitału, uzupełnione o reprodukcje litografii i sztychów z epoki. Całość nie odbiega poziomem od przeciętnej wystawy urządzanej w domu kultury z okazji dnia górnika i wszystko to wygląda tak, jakby po prostu ktoś ściągnął te wszystkie obrazki z Internetu, powiększył i podświetlił. Jedną z niewielu atrakcji zwiedzania jest to, że przy kasie można zaopatrzyć się w urządzenie objaśniające w wybranym języku rozmaite fakty z historii życia Marksa przy wtórze rewolucyjnych piosenek. Podsumowaniem całego długiego wywodu jest stwierdzenie, że, co prawda, na razie marksizmu nie udało się wprowadzić w życie, a jeśli się udało, to przybrał on mordercze formy, ale na nadzieję nigdy nie jest za późno, więc póki co należy czekać. Nie brzmi to zachęcająco.
 
Panom kapitalistom nie zbraknie świeżego, nadającego się do wyzysku mięsa i krwi pisał Marks w Pracy najemnej i kapitale. To prawda, co więcej, nie zabraknie im również nieboszczyków, z których można wycisnąć ostatnie soki. O ile samo muzeum Marksa jest równie interesujące co gminna izba pamięci, o tyle sklepik z pamiątkami przedstawia się imponująco. Przypomina nieco skrzyżowanie przykościelnego Veritasu z wiejskim odpustem, na którym oferuje się plastikowe mauzery i gumowe diabełki z czerwonym jęzorem. Każdy zwolennik rewolucji i wielbiciel Marksa może się tu zaopatrzyć w kopie najważniejszych relikwii oraz niezbędne symbole świadczące o jego społecznym zaangażowaniu. Są więc znaczki do wpinania w klapę, plakaty na ścianę w rozmaitych formatach, gipsowe figurki w różnych kolorach i o różnej wielkości, a dla prawdziwych fanów są popiersia z brązu i re printy pierwszych wydań dzieł. Natomiast dla wiernych poszukujących bardziej intymnego kontaktu z ich bożkiem sklepik oferuje specjalnie oprawiony akt urodzin Marksa w cenie 1 euro, który można postawić sobie na dębowym biurku i kontemplować w chwilach wolnych od rozmyślań nad zbawieniem ludzkości.
 
Tożsamość sprzedaży i kupna pociąga więc za sobą to, że towar staje się bezużyteczny, jeżeli wrzucony do alchemicznego tygla cyrkulacji nie wychodzi z niego jako pieniądz, jeżeli więc nie zostanie sprzedany przez posiadacza towaru, a kupiony przez posiadacza pieniędzy czytamy w Kapitale. W tym mętnym języku Marks próbuje wyrazić prostą prawdę, w myśl której celem wymiany towarowej jest uzyskanie przez jedną stronę pewnego dobra, przez drugą zaś pieniędzy. Z tego, co mogliśmy zaobserwować, Marx-Shop radzi sobie całkiem nieźle. Gipsowe figurki schodzą na pniu, podobnie jak czekoladki, baseballowe czapeczki i koszulki, choć bez wątpienia Marks nie był równie fotogenicznym modelem jak Che Guevara i na niektórych ujęciach przypomina raczej skacowanego świętego Mikołaja, który przepił pieniądze na prezenty, niż dziarskiego wodza rewolucji. Ale to w sumie bez znaczenia, gdyż ? podobnie jak w wypadku koszulek z Bobem Marleyem, Kurtem Cobainem czy Leonardo di Caprio ? grunt, żeby mniej więcej było wiadomo, o kogo chodzi i jaką fazę buntu bądź miłości przechodzi właśnie właściciel koszulki.
 
Zwiedzających nie jest wielu ? ostatecznie Trewir ma do zaoferowania dużo bardziej interesujące zabytki niż ta leżąca nieco na uboczu kamienica. Część to przypadkowi turyści, którzy trafili tu za przewodnikiem miejskim, traktując to jako atrakcję w rodzaju rodzinnego domu Charlesa Mansona bądź restauracji, gdzie zapijał się Toulouse-Lautrec. Ich stosunek do marksistowskiej ideologii jest całkowicie obojętny, a gadżety traktują tak samo, jak sprzedawane nieopodal gipsowe modele trewirskiej bazyliki. Trafiają tu jednak prawdziwi wyznawcy, którzy z uwagą studiują cała wystawę, wsłuchują się w nagrane komentarze i na koniec schodzą do sklepiku, gdzie po długim namyśle wybierają pamiątkę, która przypominać będzie im bliską ich sercu myśl. I to właśnie sprawia, że całe to przedsięwzięcie ma wymiar nie tylko finansowy, ale i głęboko pouczający (choć nauka ta wynika z pewnych absurdów). Oto ludzie płacą spore pieniądze za to, żeby mieć na własność podobizny człowieka twierdzącego, że własność prywatna jest złem i przeżytkiem. O ile w wypadku zwykłych turystów nie ma to żadnego znaczenia, o tyle jednak w wydaniu osób ideologicznie zaangażowanych wygląda to dość komicznie. Świadczy to jednak tylko o tym, że myśl lewicowa jest dziś całkowicie wprzęgnięta w reguły kapitalistycznej produkcji i handlu, a czasem jest po prostu, jak w wypadku Slawoja Żiżka, jej ich prostym wytworem. Prawdopodobnie żaden z dzisiejszych zaangażowanych lewicowców, zwłaszcza młodszego pokolenia, nie zgodziłby się na to, aby w ramach kolektywizacji odebrano mu jego koszulkę z Che bądź zbiór dzieł Karola. A to świadczy o tym, że cała lewicowa ideologia, czy to, co z niej po rozmaitych mutacjach zostało, nie jest dziś chyba przez nikogo traktowana poważnie. Dla cwaniaków jest po prostu jedną z możliwości zrobienia kariery w strukturach politycznych bądź urzędniczych, dla pozostałych ? modą, którą równie dobrze mogłaby zastąpić scjentologia czy wschodni mistycyzm, o ile tylko dobrze trafiałyby w pewne potrzeby.
 
Podsumowując ? wizyta w muzeum Marksa potwierdza przynajmniej tę jego tezę, że problem towaru w ekonomii jest diabelnie zawikłany i z tego być może powodu nie został właściwie pojęty przez ekonomicznego dyletanta, jakim był kształcony na Heglu autor Kapitału. Natomiast ogólny wniosek potwierdza już nasze wcześniejsze obserwacje: antykapitalistyczne idee i symbole sprzedają się bardzo dobrze, co pozwala podejrzewać, że ich zwolennicy szczególnie się ich treścią nie przejmują. Z tego jednak wynika, że socjalizm w różnych formach głoszą dziś kuci na cztery nogi cwaniacy, nie zaś naiwni młodzieńcy tuż po mutacji. Co z tego wyniknie ? zobaczymy.
Wyświetlony 2967 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.