sobota, 01 maj 2010 11:45

Powołany do śmierci

Napisane przez

Morderstwo popełnił, bo potrzebował pieniędzy na kupno jachtu, którym chciał opłynąć kulę ziemską. Trzy i pół roku później, 1 października 1957 roku, Jacques Fesch zginął na szafocie w opinii świętości.

Od początku wszystko szło źle. Pierwszy z towarzyszy, Croquinole, zrezygnował z napadu nieco wcześniej. Drugi, Criquet, wyraźnie się wahał, wreszcie wybiegł z kantoru w ostatniej chwili. Do tego stary bankier najpierw zwlekał z pokazaniem umówionej gotówki, a potem, kiedy Fesch wyciągnął pistolet, wcale się nie przestraszył. Nie był to pierwszy napad w jego życiu ? tym się różnił od napastnika. I było tę różnicę widać po nich. Silberstein próbował przekonać młodego człowieka, żeby zrezygnował ze swojego zamysłu. Nie powoływał się na swoją przyjaźń z ojcem Jacquesa ? tłumaczył mu tylko, że tym napadem narobi sobie kłopotu. Ale kiedy Fesch uderzył go kolbą pistoletu, zamilkł. Rabuś porwał z szuflady stos banknotów (w panice nie zauważył nawet, że była to kwota blisko dziesięć razy mniejsza, niż planował). Uderzył bankiera jeszcze raz, przy czym doszło do przypadkowego strzału, który zranił Fescha w palec.
Tymczasem Criquet zdążył powiadomić policjanta, że jego przyjaciel oszalał i chce dokonać napadu na kantor. Na miejsce przybyli jednak za późno.
Fesch wybiegł z kantoru i wpadł prosto na człowieka, do którego mimo głuchoty dotarł wystrzał. Z trudem ukrywając emocje ? i zranioną rękę ? uspokoił go, po czym oddalił się możliwie najspokojniejszym krokiem. Chwilę później z kantoru wypełzł jednak Silberstein, krzyczący ?morderca!?. Zaczęła się obława, Fesch uciekał ze wszystkich sił. W końcu ukrył się na klatce schodowej jakiejś kamienicy. Nie był jednak bezpieczny ? ścigający go zauważyli, gdzie uciekł. Na miejscu pojawiło dwóch, policjantów ? jeden z nich udał się po posiłki; drugi został pod kamienicą razem z grupą gapiów. Widząc co się dzieje, Fesch postanowił zaryzykować. Znów opanował emocje i wyszedł z kamienicy jak gdyby nigdy nic, udając jej lokatora ? w końcu nikt ze ścigających nie zdążył mu się przypatrzeć... W ostatniej chwili ktoś go jednak rozpoznał, a w zamieszaniu, jakie nastąpiło później, krótkowzroczny Fesch strzelił na oślep, przez kieszeń płaszcza ? trafiając prosto w serce policjanta. I znowu nastąpiła szaleńcza ucieczka, w czasie której bandyta oddał jeszcze cztery strzały, raniąc jedną osobę. Kiedy w końcu został obezwładniony przez emerytowanego policjanta trenującego wschodnie sztuki walki, tłum chciał go zlinczować. Przybycie policji uratowało go przed śmiercią ? i potępieniem.
Jacques Fesch urodził się 6 kwietnia 1930 roku w rodzinie bogatego bankiera. Rodzina to jednak słowo trochę zbyt dobitne ? ojciec, miłośnik podróży i marszałka Petaina, od tragicznej śmierci najstarszej córki znienawidził swoją żonę, a synem żadne z nich się nie interesowało. Mały Jacques opływał w luksusy, chodził do znakomitych szkół (między innymi do katolickiego gimnazjum Saint Erembert). Brakowało mu tylko prawdziwej rodziny ? bo jego rodzina była równie sztuczna, jak jej religijność ? odrobina przywiązania do tradycji (może stąd wybór katolickiej szkoły, choć prawdopodobnie przeważyła jej elitarność), a poza tym, jak napisał Fesch później, u nas w domu było tyle religii, co w stajni.
Młody człowiek dorastał w poczuciu bezsensu i pustki. Jego ojciec marzył o śmierci, bo świat go nudził. W szkołach Jacques miał problemy, mimo niewątpliwej inteligencji i wielkiego oczytania. W wieku 21 lat, w tajemnicy przed rodzicami, wziął ślub z pochodzącą z żydowskiej rodziny Pierette Polack. Jej ojciec zatrudnił zięcia fajtłapę w swojej firmie. Kiedy jednak na świat przyszła córka, Weronika, Fesch przestał ukrywać swoje małżeństwo ? a następnie (pod naciskiem nienawidzącej Żydów rodziny) porzucił żonę i córeczkę. W tym samym czasie rozeszli się także jego rodzice. Wkrótce potem, oskarżony o malwersacje, stracił również pracę. Pomału zaczęło do niego docierać własne nieudacznictwo. Pragnął się z niego wyrwać ? i wtedy do głowy wpadł mu szalony pomysł opłynięcia świata dookoła. Pomimo fatalnej atmosfery panującej w domu, opowieści ojca o dalekich wyprawach wywarły na nim ogromne wrażenie. Liczył też na zrozumienie i pomoc starego bankiera i podróżnika ? kiedy jednak poprosił ojca o sfinansowanie wyprawy, ten odmówił. W głowie Jacquesa zaczęła kiełkować myśl o napadzie ? rzecz wydawała mu się banalnie prosta... Jakby jednak mało było jego upadku, miesiąc przed tragicznym dniem 25 lutego 1954 roku, Fesch haniebnie założył się z kolegami, że uwiedzie pewną młodą dziewczynę, Teresę Troniou. Zakład wygrał ? a owocem ich jedynej wspólnej nocy był nigdy przez Jacquesa niepoznany syn, Gerard, którego później ? w więzieniu ? tak bardzo pokochał.
W chwili, w której emerytowany policjant, Marcel Riedel, powalił Fescha na ziemię, ten był zabójcą, rabusiem, niewiernym mężem, nieomal gwałcicielem (o Teresie Jacques zeznał: Przyznaję, że nie całkiem z własnej woli miała ze mną stosunek płciowy... Ale nie użyłem siły) ? a do tego życiowym nieudacznikiem i skrajnym nihilistą. I właśnie wtedy na scenie pojawił się mecenas Paul Baudet.
Paul Baudet był adwokatem niezwykłym. Nazywany ?sumieniem paryskiej adwokatury?, człowiek wielkiej odwagi i twardych zasad ? nigdy nie bronił swoich klientów ?za wszelką cenę?. Jednocześnie był idącym po niełatwej drodze nawrócenia pederastą. Walczył ze swoim upodobaniem, miał w sobie żarliwość katolickiego neofity ? a ilekroć upadał, z zacięciem powstawał, aby z tym większą żarliwością pokutującego grzesznika służyć Bogu. Bronił, ze zmiennym szczęściem, niejednego ?beznadziejnego? klienta. Teraz przyszła pora na Fescha. Jednak celem Baudeta było ? obok uratowania klientowi życia doczesnego ? ocalenie go na wieczność.
Fesch był jednak oporny. I chociaż wzruszył go pierwszy uścisk dłoni adwokata ? jedynego w tym czasie człowieka, który odnosił się do niego bez wrogości i pogardy ? wykpiwał jego kaznodziejskie zapędy. Podobnie nie chciał z początku rozmawiać z kapelanem, o. Jeanem Devoyod. Nie mam wiary, to nie ma sensu, powiedział mu przy pierwszym spotkaniu. Jednak zarówno adwokat, jak i dominikanin byli cierpliwi i uparci. To swoją serdecznością, a nie wiarą zjednali sobie więźnia. Feschowi serdeczności bardzo brakowało ? a poza tym zwyczajnie się nudził; słowne potyczki z tymi nawiedzającymi go ?apostołami? były dla niego rozrywką. O ojcu Devoyod napisał Gilbert Collard: Na dłuższą metę, w miarę kolejnych odwiedzin, rozmów i milczenia, ich spotkania stają się regularnym, kojącym zwyczajem. Rozmawiają ze sobą o wszystkim i o niczym. W czasie któregoś z tych spotkań zakonnik przyniósł Feschowi Ewangelię ? a ten, czytający w więzieniu wszystko, co mu wpadło w ręce, zanurzył się w lekturze.
W październiku 1954 roku Fesch dostał także od matki (która po aresztowaniu syna stała się bardzo religijna) katolicką książkę ? dotyczącą objawień fatimskich. Zrobiła ona na nim ogromne wrażenie, przeczytał ją wielokrotnie i, jak napisał Collard, pokochał Maryję duchową miłością od pierwszego wejrzenia. Jednocześnie działał niezłomny mecenas Baudet, który oprócz dyskusji ze swoim klientem mobilizował całe klasztory do modlitwy o jego nawrócenie. Później Fesch wspominał ten czas: Po miesiącach więzienia, nieustannie pobudzany przez mojego adwokata, próbowałem uwierzyć (...) Straciłem pewność, że Bóg nie istnieje, stawałem się chłonny. Przełom nastąpił cztery miesiące później, w chwili szczególnej rozpaczy samotnego więźnia; właśnie wtedy wyrwał mi się z piersi krzyk, wołanie o pomoc: ?Mój Boże?, i natychmiast, jak gwałtowny wicher, który przychodzi nie wiadomo skąd, Duch Pana pochwycił mnie za gardło. To nie jest żadna przenośnia, rzeczywiście odczuwa się, jak gardło się zaciska; i że duch powraca do siebie, zbyt potężny dla powłoki, która ma go przyjąć (...) I od tej chwili wierzyłem z niezachwianym przekonaniem, które nie opuściło mnie od tamtej pory.
Fesch jeszcze o tym nie wiedział (choć naturalnie przeczuwał to), ale pozostały mu już tylko dwa lata życia. Nie marnował tego czasu. Prowadził obfitą korespondencję, bardzo dużo czytał ? od nawrócenia właściwie wyłącznie lektury religijne. Ojciec Andre Manaranche, jezuita, przyrównał jego celę do celi zakonnej. Z dziennika Fescha istotnie spogląda na nas człowiek całkowicie odmieniony: w pełni ufający Bogu, ale także pokutujący i świadomy własnych grzechów, nie tylko tych z tragicznego roku 1954; W ciągu sześciu czy siedmiu lat, które przeżyłem jak niegodziwiec, wyrządzałem zło, dużo zła, nie tyle przez złośliwość, ile z nieświadomości, egoizmu i oziębłości. Byłem niezdolny do miłości (...) stałem się maszynką do produkowania egoistycznych doznań w stopniu absolutnym, która czerpała przyjemności, nie przejmując się innymi. Jego przemiana przypomina przemianę św. Augustyna ? jest jednak o tyle większa, o ile kradzież gruszek różni się od (choćby nawet niezaplanowanego) morderstwa. Więzień bezgranicznie zawierzył Maryi, nie było to jednak zawierzenie pozbawione głębszej refleksji. Nawrócony Fesch niewątpliwie oparł się na filarach fides et ratio, zachowując jednak skarb dziecięcości swej wiary. Oto, jak wspaniale potrafił pisać o Matce Bożej: Czasami myślę, że gdybym był protestantem, to nie mógłbym ani tak często przystępować do komunii, ani modlić się do Maryi Dziewicy. Co by się ze mną wtedy stało? (...) Maryja to Matka pocieszenia, taka, jaką wyobrażamy sobie w naszych modlitwach, z łagodnym uśmiechem rozjaśniającym twarz, przesuwająca paciorki różańca, z którego spływa na ludzi nieskończone mnóstwo łask.
(?)
Piotr Tadeusz Waszkiewicz

 
Wyświetlony 3584 razy
Więcej w tej kategorii: « Ars moriendi Złe wiadomości »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.